• Wpisów:71
  • Średnio co: 20 dni
  • Ostatni wpis:194 dni temu
  • Licznik odwiedzin:9 870 / 1450 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
zajakiegrzechy
 
sayorinekomori
 
Licznik odwiedzin :
666/126 dni
:3
Tak szatańsko u ciebie }:3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

zajakiegrzechy
 
sayorinekomori
 
Zrób opowiadanie gdzie główną bohaterką będę ja
To może przejść do historii
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

mlizze
 
sayorinekomori
 
Dobra teraz napiszę na twojej tablicy coś ciekawszego :3
.
.
.
.
.
Nudzi mi się
.
.
.
.
.
Koniec
.
.
.
.
.
.
Żarcik xd już zaczynam xd
.
.
.
.
.
Była sobie kiedyś Angela o imieniu dziewczynka Chyba pokręciłam. No więc była sobie kiedyś dziewczynka o imieniu Angela. Miała wymyśloną lamę przyjaciółkę o imieniu jakoś tam. Pewnego dnia pokłóciła się z nią i uśmierciła lamę śmiercią samobójczą, w końcu to ona decydowała co robi, mówi, je itd. Gdy to zrobiła dowiedziała się, że zabiła jednocześnie swoją prawdziwą przyjaciółkę. Po tym odkryła, że jest pieprz*ną psycholką i całe jej życie to jedno wielkie urojenie Oprócz psa. Ale w sumie to dziwne, żeby w psychiatryku pozwalali trzymać jej zwierzę :O
  • awatar Sayori Nekomori: @Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Ludzka wyobraźnia jest jak czarna dziura. Twoja lama na pewno tam czeka, tylko musisz ją odnaleźć ;) I ja jestem jej lamą ;) ale tą prawdziwą ^.^
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Jej przyjaciółka była LANĄ? Gdzie mogę takie dostać? :D
  • awatar Sayori Nekomori: Twórcze, nie powiem ^.^ I powiem ci jedną ważną rzecz... Zainspirowało mnie to i już mój przegrzany móżdżek pracuje nad fabułą :) Ty wiesz, jak mnie inspirować ;) Aishiteru <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

mlizze
 
sayorinekomori
 
Opowiem wam pewną historię.
Pewnego dnia moja ukochana wymyślona lama zmarła, powiesiła się. Bolało to niezmiernie szczególnie dlatego, że sama to wymyśliłam.
KONIEC!
 

 
Znałam w tym pałacu wszystkie tajemne pokoje i podziemne przejścia. W dzieciństwie często dla zabawy wymykałam się cioci, ale nigdy nie była na mnie zła. Była zmartwiona, ale nie zła. Z czasem przestałam to robić „dla zabawy”. Przechadzki tymi korytarzami pełnymi pajęczyn, kurzu i wilgoci pozwalały mi poczuć wolność, którą mi odebrano. Niczego, tak nie pragnęłam od życia, jak chwilki na zewnątrz, bez strażników, bez tych niewygodnych sukien, fikuśnych fryzur i tony pudru na twarzy. Marzyłam, aby stanąć na środku ulicy wśród tłumu nierozpoznana. Żeby być tam jako zwykła dziewczyna im równa, a nie jako księżniczka Rosaline.
„Księżniczka”. Czym jest ten przydomek? Co on daje? Władzę? Status? Wszystko co drogie i piękne? Dla mnie to nie ma najmniejszego znaczenia. Dla mnie „księżniczka” to dziewczyna wychowana w królewskiej rodzinie tłamszona przez władze, nie mogąca nic zrobić bez wyraźnej zgody „tych u góry”. Jak słowik zamknięty w złotej klatce.
Czym są dobra materialne w porównaniu z prawdziwą wolnością? Niczym. One są tylko marnym wyznacznikiem ludzkiej chciwości i pazerności. Nienawidzę ich. Z całego serca nienawidzę takich ludzi. To co oni nazywają skarbem znajduje się w sercach prostych ludzi, który chcą po prostu godnie przeżyć swoje życie. Niestety w tych czasach takie wartości są uznawane za niepotrzebne. Przecież wszystko się rozwija, świat idzie na przód. Im bogatszy jesteś tym więcej uda ci się zrobić, więcej osiągnąć… Ale szkoda, że te rzekome osiągnięcia nie przynoszą żadnych korzyści „plebsowi”.
Jednak jest księżniczka, która szła ciemnymi zakurzonymi korytarzami mając za towarzyszy jednie pająki wijące swoje sieci w rogach sufitu. Która w prostej, rudej sukience do kolan i zwykłych sandałkach kierowała się do tajnego wyjścia z posiadłości. Tą księżniczką byłam ja.
Z wielkim uśmiechem na twarzy otworzyłam klapę nad swoją głową i po starej spróchniałej drabince wyszłam na zewnątrz. Zamknęłam przejście. Otrzepałam dłonie z kurzu i ziemi, po czym rozejrzałam się. Znajdowałam się jakieś pięć metrów od głównej drogi prowadzącej do posiadłości. Las, który ją otaczał był naprawdę wspaniały. Miewałam z nim pewne fantazje, aby zgubić się w nim razem z moim ukochanym. Oczywiście, nie był to szlachcic ani arystokrata. Był prostym człowiekiem, który kochał mnie ze względu na to, jaka byłam, a nie ze względu na mój status. Piękna miłość, tylko nieprawdziwa. Takie historie zdarzają się tylko w książkach i filmach. „Księżniczce tak nie wypada”.
Miałam cztery godziny do śniadania. Szłam szosą w stronę miasta, które było dobre dwadzieścia minut pieszo. O moje biodro wesoło odbijał się wiklinowy koszyk, który zabrałam ze sobą. Mimo wczesnej godziny było dość jasno. Słońce leniwie wynurzało się spod horyzontu, a jego promienie miło grzało moje policzki.
Dziś był targ. Tłum ludzi, masa straganów, tyle zapachów i kolorów. Nie wiedziałam na co skierować wzrok, gdzie podejść najpierw. A najwspanialsze w tym wszystkim było to, że nikt mnie nie rozpoznał. Aż ścisnęło mnie w sercu, gdy co chwilę jakiś mężczyzna, przeważnie staruszek, chylił przede mną głowę i z uśmiechem mówił: „Dzień dobry”. To było wspaniałe! Miałam świadomość, że nie zawsze jest kolorowo, ale wolałabym być zwykłą dziewczyną, jak te, które teraz mijałam, niż być księżniczką, która już pewnie została zaszufladkowana razem ze swoją matką, jako łasa na pieniądze i władzę bezwzględną kobietę. Ale zmienię to. Nie wiem dokładnie kiedy, ale zrobię to.
Już miałam ruszyć do straganu z owocami, gdy wpadłam na kogoś i już prawie poleciałabym na ziemię, gdy silne ręce podtrzymały mnie w talii. Spojrzałam na mojego wybawcę i aż zakrztusiłam się powietrzem. Był piękny. Tylko to nasuwało mi się na myśl. Piękny chłopak o zielonym spojrzeniu. To nie był byle jaki odcień wymieszany z inną barwą. To był czysty szafir.
- P-przepraszam. Zagapiłam się – wybełkotałam wyswobadzając się z uścisku nieznajomego.
- To ja powinien przeprosić. Nie zauważyłem cię – uśmiechnął się do mnie łagodnie, po czym zaśmiał się, prawdopodobnie widząc moje zakłopotanie. – Pierwszy raz cię tu widzę – odparł rozpoczynając rozmowę. Czyżby moja bajka właśnie się rozpoczęła?
- Ah, przyjechałam na wakacje – nerwowo wsunęłam kosmyki włosów za ucho.
- Razem z rodziną królewską? – zapytał zainteresowany. Czy miałam mu powiedzieć, że jestem księżniczką? Uwierzyłby?
- Tak – odpowiedziałam decydując się na coś, co było całkowicie sprzeczne z zasadami idealnej księżniczki. Postanowiłam go okłamać. – Jestem służką księżniczki – poczułam uścisk w sercu, w żołądku, w umyśle, a nawet w duszy.
- Oh, tak wcześnie cię wysłała na targ? To rodzina królewska nie wie, że każdy potrzebuje chwili odpoczynku? – prychnął zakładając ramiona na pierś. Jego wypowiedź zakładała jednoznacznie, że uważał władzę za takie same bezuczuciowe istoty, jak ja, ale bolało, że i mnie, księżniczkę, za taką uważał.
- To nie tak – podniosłam nieco głos. – Ona nie wie, że się wymknęłam – spuściłam głowę. – I ona nie jest, jak reszta tej zniewieściałej arystokracji – powiedziałam unosząc wzrok dumnie wypinając pierś. Postanowiłam obronić swój honor, nawet jeśli wiedziałam, że nie pomoże to na kłamstwo.
- Co masz na myśli? – uniósł brew. Nie przejmowaliśmy się tłumem wokół nas, bo i po co? Sami nie zwracali na nas uwagi, więc dlaczego my byśmy mieli? Nie przeszkadzaliśmy sobie nawzajem.
- Księżniczka nie popiera teraźniejszych rządów. Uważa tych wszystkich bufonów za nic nie wartych kretynów, którzy ślinią się na widok młodych dam i złotych monet – wzruszyłam niedbale ramionami. To było miłe uczucie, tak się wyżalić, nawet jeśli zupełnie obcej osobie, która swoją drogą mogła wszystko wypaplać. Jednak nie musiałam się niczym przejmować, bo przecież służka, którą grałam nie istnieje. – Dla niej ważniejsze jest dobro poddanych.
- To dlaczego jeszcze do nas nie wyszła? – zapytał z wyrzutem. Aż się we mnie zagotowało.
- A skąd wiesz, że nie wyszła? Może właśnie to zrobiła, tylko, że nie jest ubrana w te durne kiece. Nie wiesz tego, tak samo, jak nie wiesz, co ona myśli czy chce zrobić. Ona zmieni ten świat, a takim typkom jak ty szczęka opadnie – szturchnęłam go lekko palcem w pierś.
- Oh, jaka zawzięta w bronienie swojej pani. Ale skoro tak mówisz, to chyba muszę uwierzyć – wzruszył ramionami uśmiechając się delikatnie. Miał naprawdę ładny uśmiech. – Oh, gdzie moje maniery – chwycił mnie za dłoń i subtelnie pocałował jej wierzch. – Jestem Louis – rzekł patrząc na mnie z dołu. Moje serce zabiło mocniej. Wyglądał tak… pociągająco? Nawet nie wiem, jak wygląda osoba pociągające, seksowna! Nie wiedziałam, bo tego królewska etyka nie obejmuje!
- Susan – odparłam przełykając wielką gulę w gardle, która powstała na skutek wyrzutów sumienia, że go okłamałam. Ale i tak by mi nie uwierzył, że to ja jestem księżniczką Rosaline.
- Miło mi, Susan – uśmiechnął się zadziornie i nagle usłyszeliśmy krzyk. Od razu odwróciłam się w stronę, z której dobiegł ten odgłos i zobaczyłam starszą kobietę, pod której nogami walały się rozbite jajka, warzywa i owoce. Bez większego namysłu podbiegłam do niej.
- I wszystkie jajka szlag trafił! – biadoliła i spróbowała się schylić, by pozbierać to, co jeszcze się nadawało do spożycia, ale nagły zastój i chwyt za krzyż mówił, że jednak nie da rady tego zrobić.
- Pomogę pani – odparłam i spojrzałam na leżące produkty. – Ale to już się do jedzenia nie nadaje – rzekłam smutno. Koszyk, który kobieta miała ze sobą był połamany.
- I co ja zrobię? Nie mam więcej pieniędzy, a mój wnuczek jest chory – w jej piwnych oczach otoczonych zmarszczkami ujrzałam łzy. Ten widok i mnie przyprawiał o łzy, ale jako księżniczka nie mogłam ich pokazać. Na pewno nie publicznie.
- Proszę – powiedziałam podając jej własny koszyk. – Proszę to przyjąć – wręcz wcisnęłam kobiecinie kosz w ręce i wręczyłam jej mały plik pieniędzy, który był strategicznie ukryty w małej kieszonce na piersi w sukience i już chciałam je podać starszej pani, gdy energicznym machaniem dłoni mnie zatrzymała. Patrzyła mi w oczy lekko zlękniona i zdumiona zarazem.
- Nie mogę tego od ciebie przyjąć – odparła. – Nie… Nie mogę!
- Ale dlaczego? – zdziwiłam się. Kątem oka spojrzałam na Louisa. Nadal tam stał i przypatrywał się tej sytuacji. Nie pomoże? Zapytałam się w myślach. Może on nie jest taki wspaniały, jakim mi się wydawał?
Kobieta zbliżyła się do mnie i lekko pochyliła, aby nie nadwyrężać pleców.
- Brać pieniądze od księżniczki? Nie wypada. To nie godne – szepnęła, a ja zaniemówiłam. Jedyną oznaką zdziwienia, jaką zdołałam pokazać to opuszczona żuchwa i rozszerzone oczy.
- Nie jestem nią – zaprzeczyłam piskliwym głosem. Staruszka spojrzała na mnie z politowaniem i rozbawieniem.
- Masz oczy króla Rafaela. Rude, a w słońcu czerwone – kobieta mówiła ściszonym głosem, aby nikt nie mógł nas, a raczej jej, usłyszeć. Swoją drogą, i tak nikt nie zwracał na nas większej uwagi. Nawet Louis tylko przeglądał coś w swoim telefonie wyraźnie znudzony. – I ten nietypowy kolor włosów dla młodych ludzi – rzekła i chwyciła w swoje kościste palce kosmyki moich włosów. – Srebro. I nawet cię nie postarza, Rosaline – przełknęłam wielką gulę w gardle. – Zachowam nas sekret w tajemnicy – puściła do mnie konspiracyjnie oczko.
- Uwierzę, jak przyjmie pani ode mnie te pieniądze. Nie będzie pani nic winna ani mi, ani nikomu. W tej chwili tylko tyle mogę zrobić – powiedziałam po chwili zaćmy umysłowej i przybrałam poważny wyraz twarzy. Do tego wszystkiego moja wyprostowana sylwetka aż raziła dostojnością i szlacheckim urodzeniem. Nic dziwnego, że dopiero teraz kilka osób raczyło spojrzeć w naszą stronę. Kobieta tylko się uśmiechnęła i skinęła na mnie głową przyjmując pieniądze.
- Dziękuję, panienko – rzekła. – Nasz sekret pójdzie ze mną do grobu – oznajmiła przyciskając zaciśnięte w pięści banknoty do piersi.
- Oby to się stało jak najpóźniej. Wnuczek pani potrzebuje, prawda? – uśmiechnęłam się przyjaźnie, na co się zaśmiała.
- Tak. Jeszcze raz dziękuję – kobieta mnie przytuliła, a ja z ochotą oddałam ten gest. – Znów wszystko wróci do normy – powiedziała do siebie idąc w swoją stronę.
Podeszłam do Louisa, który tylko patrzył na mnie zdumiony.
- Co? – zapytałam.
- Zawsze jesteś taka dobroduszna? Szastać tak nie swoimi pieniędzmi? – spytał jawnie szukając zaczepki.
- Księżniczka tak by właśnie postąpiła. Nie to co ty – powiedziałam nie ukrywając swojego rozczarowaniem jego postawą.
- Uznałaś, że dla wszystkich jestem taki miły? – prychnął. – Wychowałem się w patologii. Obcy ludzie traktowali mnie, jak śmiecia. Jak mógłbym teraz pomagać im, skoro oni mieszali mnie z błotem? – spytał całkiem poważnie.
- Ale wszyscy? Ta biedna kobieta też? – nie wierzyłam w to. Mój księże z bajki właśnie zdjął maskę.
Louis zamilkł na krótką chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią. Wyglądał jakby walczył z własnym sumieniem. Ostatecznie westchnął ciężko i rozluźnił wszystkie mięśnie.
- Nie wiem, jak pomagać ludziom, okej? Pomagam tym, którzy mi pomogli, a jest ich naprawdę mało. Nie potrafię podejść do obcego mi człowieka i zaoferować pomoc.
Uśmiechnęłam się.
- Jednak masz uczucia – spiorunował mnie wzrokiem. – A to już dużo. Małymi kroczkami, aż na końcu wstąpisz do jakieś wolontariatu – powiedziałam dumnie.
- Ej, ej, ej! Nie zapędzaj się tak, dobra matko chrzestna – zaśmiał się.
- Żartowałam – szturchnęłam go lekko w ramię. – I tak sądzę, że by cię nie przyjęli.
- A co to miało znaczyć? – udał oburzenie.
- Bo kiedy się nie uśmiechasz wyglądasz strasznie – zanim się spostrzegłam te słowa już opuściły moje usta. Louis uniósł brew i przybliżył się do mnie.
- Więc podoba ci się mój uśmiech, tak? – spytał zniżając ton. Przeszedł mnie dreszcz, a w podbrzuszu poczułam jakiś dziwny ucisk. Moje policzki zaczęły piec i zrobiło mi się gorąco. – Wezmę to za „tak” – zaśmiał się, a ja odwróciłam głowę, by tylko nie patrzeć mu w oczy. Taki wstyd! – Hej! – podniósł głos zmuszając mnie do ponownego spojrzenia na jego osobę. – Może pójdziesz dziś ze mną na imprezę do mojego kumpla z teatru? – zapytał, a w jego oczach ujrzałam iskierki podekscytowania. Czasem był taki uroczy. Szkoda, że te chwile nie trwały długo.
- Teatru? – spytałam, jakbym tylko to zrozumiała.
- Jestem aktorem – odpowiedział. Rozszerzyłam oczy w zdumieniu. Podziwiałam pracę aktorów. Mogli na zawołanie wywoływać u siebie przeróżne emocje. Doskonale maskowali swoje prawdziwe uczucia. To bardzo przydatna cecha w towarzystwie arystokratów.
- Wow – tylko tyle dałam radę z siebie wykrztusić. Louis tylko słodko zarechotał.
- To przyjdziesz? – zapytał jeszcze raz z nadzieją, którą dałam radę wyczuć, mimo tego „muru”, który wybudował wokół siebie, abym to przypadkiem nie dostała się do jego wnętrza. Jednak w tym murze była szczelina, którą odnalazłam i zamierzałam powoli się przez nią przeciskać, a pod koniec wakacji zgrabnie wyjść i prawdopodobnie już go nie spotkać.
- Nigdy nie byłam na TAKIEJ imprezie – przyznałam wykrzywiając usta w grymas. Nudne przyjęcia i bale to nie było to samo, co „impreza”.
- Ty chyba nigdy nie korzystałaś z życia na całego, co? – spytał przechylając głowę na prawo.
- Nie miałam ku temu okazji – odpowiadałam w taki sposób, by nie zrazić go do „księżniczki”, gdyż postanowiłam, że wyznam mu prawdę, gdy będę wyjeżdżać. Oczywiście, gdybym go jeszcze spotkała.
Louis zaczął od niechcenia bawić się moimi włosami, a ja znów zadrżałam, nie wiedząc co mam zrobić.
- To może cię nauczę? – zaproponował. – Pokażę ci, jak się bawią ludzie z niższych sfer – spojrzałam na niego niepewnie. – Niesie to ze sobą tyle korzyści… Wreszcie poczujesz się wolna, zabawisz się, będziesz mogła powiedzieć wszystko, czego się dowiedziałaś księżniczce, aby w przyszłości zmieniła coś w tym kraju. Jedyne co musisz zrobić, to dać mi się porwać do tego innego świata – ostatnie zdanie wyszeptał mi wprost do ucha. Czułam, jak się roztapiam. Zrobiłam się ciężka i ledwo zmuszałam swoje ciało do utrzymania pionu. – Chcesz ze mną tam iść? – spytał aksamitnym głosem, a ja jedyne co mogłam zrobić to zgodzić się.
- Tak – westchnęłam oczarowana jego urokiem. Okazało się, że mój książę jest czarodziejem albo nawet czarnoksiężnikiem… Jakimś magicznym zaklęciem powoli opanowywał mój umysł i kazał mi tańczyć, jak mi zagra. Mimo że wiedziałam, że to może się źle skończyć chciałam za nim iść. Chciałam by chwycił mnie za dłoń i poprowadził do miejsca, w którym zapomnę o etykiecie i będę mogła być sobą. Sobą z nim.
- Świetnie – odsunął się trochę puszczając moje włosy, a mi od razu wróciła jasność umysłu. Spojrzałam na zegarek i aż krzyknęłam. – Co? – spytał zdezorientowany.
- Muszę już iść – odpowiedziałam.
- Odprowadzę cię – zaproponował, a ja bez słowa zaczęłam iść w stronę lasu. – Masz telefon? – zapytał po chwili ciszy.
- Nie – starałam się zachować jakiś dystans. Po tym co się przed chwilą stało bałam się nawet spojrzeć mu w oczy. Taki wstyd!
- Oh, powiało chłodem – prychnął. – Powiedziałem coś nie tak?
- Nie. To nic. Nie chcę aby królowa była zła – powiedziałam co mi ślina na język przyniosła.
- Kiepsko kłamiesz. Słaba byłaby z ciebie aktorka – zaśmiał się.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo się mylisz – burknęłam pod nosem, tak cicho, aby nie usłyszał. Zachowywałam się, jak rozpieszczony bachor, ale co mogłam zrobić? Czułam się tak zażenowana, że wyładowałam się na nim. – Boję się – odparłam szczerze.
- Czego?
- Tego nowego świata – odpowiedziałam speszona.
- Myślę, że ci się spodoba. Oczywiście to są twoje wakacje, więc pokażę ci tylko to, co miłe i przyjemne. Chcę abyś miała dobre wspomnienia ze mną w roli głównej – powiedział uśmiechając się.
- Jesteś zakochany w sobie? – spytałam czując, że dobry humor mi wrócił.
- Nie mam kogo kochać – wzruszył ramionami.
- A przyjaciele? Mówiłeś, że masz kogoś komu ufasz.
- Ale nie o taką miłość mi chodzi. Nigdy nie marzyłaś, aby się zakochać? Tak naprawdę i na zawsze? – spojrzał na mnie. Uśmiechnęłam się w duszy. Sam zaczął poszerzać dla mnie dziurę w murze.
- Codziennie – westchnęłam. – Ale mi chyba nie jest dane się zakochać – prawdopodobnie wyjdę za jakiegoś starego buca, który pragnie tylko władzy i pieniędzy, pomyślałam.
- Na dworze królewskim nie ma kogoś, kto ci się podoba? – spytał, a ja od razu spochmurniałam. Chciał zachęcić mnie do związku, a nie widział, jak na niego reaguję. Oczywiście to nie jest miłość. Miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje. To bajka.
- Nie. To zbyt skomplikowane – westchnęłam.
- Uważasz, że skoro jesteś służką to nie zasługujesz na szczęście?
Nieuchronnie zbliżaliśmy się do skrzyżowania, który zwiastował nasze rozstanie. Chwilowe, ale jednak.
- Mówię, że to skomplikowane. Możemy zostawić ten temat, proszę? – poprosiłam z nadzieją lekko poirytowana.
- Eh, dobrze. Takie małe, a takie nerwowe – potargał mnie po włosach, a ja sapnęłam rozdrażniona.
- A tak w ogóle, to ile masz lat? – zapytał, a ja parsknęłam śmiechem.
- Nie wiesz, że kobiet nie pyta się o wiek? – kiwnęłam na niego palcem przypominając mu, że jest coś takiego, jak dobre wychowanie.
- Chyba już wiesz, że do dżentelmena mi daleko – spojrzał na mnie z politowaniem, co powoli mnie denerwowało.
- Eh, siedemnaście – westchnęłam. - A ty?
- Zgadnij – uśmiechnął się chytrze. Dorian ma dwadzieścia dwa lata, a wygląda na kogoś w moim wieku, więc myśląc w tym kierunku jego wiek jest zbliżony do wieku mojego przyjaciela, pomyślałam. Postanowiłam strzelać.
- Dwadzieścia, dwadzieścia dwa, coś takiego – wzruszyłam ramionami.
- Blisko – uśmiechnął się. – Mam dwadzieścia trzy lata – wytrzeszczyłam oczy. – Co taka zdziwiona? – zaśmiał się. Miał taki piękny śmiech.
- Wyglądasz na nastolatka – stwierdziłam.
- To ty dałaś mi ponad dwadzieścia – przypomniał.
- Bo mój przyjaciel też wygląda, jak nastolatek, a jest od ciebie rok młodszy – machnęłam ręką i weszłam na leśną ścieżkę.
- Gdzie ty idziesz? – zdziwił się.
- Wchodzenie główną bramą byłoby niebezpieczne, nie sądzisz? – uśmiechnęłam się do niego słodko i ruszyłam dalej w las.
- No w sumie – posłusznie ruszył za mną. – O dziewiętnastej zdołasz tu być? – zapytał, gdy już otwierałam klapę.
- Postaram się. Do zobaczenia – odparłam i zaczęłam schodzić w dół. – O! – zatrzymałam się na stopniu modląc się, aby spróchniałe drewno mnie utrzymało. – Nie mów nikomu o tym przejściu, okej? – spojrzałam na niego poważnie wzrokiem nieznoszącym odmowy.
- Możesz mi zaufać – uklęknął przy wnęce i pocałował mnie w policzek. – Będę tutaj czekał – uśmiechnął się łagodnie.
- Nie zgubisz się?
- Postaram się tego nie zrobić – puścił mi oczko i podniósł się. – Załóż coś seksownego. Narazie – posłał mi całusa i ruszył w stronę głównej drogi. Aż spadłabym z drabinki, ale zdołałam utrzymać równowagę. Mruknęłam pod nosem, jaki to on jest zarozumiały i zamknęłam klapę. Podniosłam z ziemi latarkę, którą tu zostawiłam i ruszyłam z powrotem do pałacu. Po drodze rozmyślałam jeszcze, która z moich sukienek jest seksowna. Szczerze powiedziawszy nawet nie za bardzo wiedziałam, jak wygląda taka sukienka. Machnęłam na to ręką i szłam dalej przez ciemny korytarz podświetlając sobie drogę latarką i rozmyślałam, jak fascynujące będą tegoroczne wakacje.


Na początku od razu dziękuję za te miłe słowa pod poprzednim rozdziałem ^^ I takie komentarze to ja lubię najbardziej xd
~
Tak, więc dziś poznaliśmy Louisa Szczerze powiem, że na samym początku Lou miał być spokojnym i ułożonym aktorzyną, ale ja lubię zmieniać i uznałam, że taka mimoza nie może wprowadzić Rose w ten inny świat
Miałam w tym rozdziale zamieścić także tą imprezę, ale z obawy o limit i kolejne zdenerwowanie postanowiłam go skrócić
Mam nadzieję, że się spodobało
Jakiś ślad zawsze mile widziany
Oyasumi
  • awatar książkoholiczka123: świetne :)
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Chłopak? Awww... Beszczelny jak Timi :D (cóż za porównanie) Już go lubię ♥
  • awatar Lisa Angels: Nie przejmuj się limitem, ja się nie obrażę nawet jak będzie w dwóch postach jeden rozdział :D Lou jest taki zabawny, wie jak poderwać dziewczyny. I oto w kolejny raz w ciekawy sposób opisałaś bohaterkę, czekam na kolejny rozdział :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Gomen Nie wyrobię się z rozdziałem
Postaram się na jutro go skończyć
Mam nadzieję, że mi to wybaczycie

 

 
- Rose – poczułam lekkie szarpnięcie za ramię. Potrząsnęłam głową, aby całkowicie się obudzić. – Jesteśmy już na miejscu – oznajmiła cicho Maya uśmiechając się do mnie życzliwie. Odwzajemniłam ten gest. Brunetka była ode mnie dwa lata młodsza, ale za to bardzo piękna. Współczułam jej takiego losu. On powinna teraz przeżywać swoje pierwsze miłości i chodzić do szkoły, a nie usługiwać rodzinie królewskiej.
Drzwi od limuzyny otworzył mi młody mężczyzna o łagodnych rysach twarzy. Od razu pomyślałam o swoim ojcu. Potrząsnęłam głową, aby wypędzić złe myśli. Nie pora na melancholie. Wysiadłam z samochodu i kiwnęłam głową w stronę lokaja.
- Dziękuję – powiedziałam miłym głosem. Nie wydawał się fałszywy, przez co zasłużył sobie u mnie na dobre maniery.
- Witamy panienkę. Nazywam się Dorian i na czas pobytu u nas będę panience służył – ukłonił się nisko. Te wyuczone na pamięć regułki wywoływały u mnie irytację, ale jako dobra księżniczka nie dałam tego po sobie poznać.
- Ale mam już służkę – wskazałam na Mayę, która wysiadła z limuzyny. Na jej policzkach widniał uroczy rumieniec, który próbowała zakryć grzywką. Bezskutecznie.
- Nalegam przyjąć moją pomoc. Ten pałac jest wielki, a sądzę, że ta urocza dama jest w nim po raz pierwszy – uśmiechnął się uwodzicielsko w stronę brunetki. Ta natomiast zgarbiła się, a jej twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona. – Nie chciałbym, abyście się zgubiły. Jaśnie pani nie lubi spóźnialskich – odparł już do mnie. Jakbym o tym nie wiedziała, burknęłam w myślach. Już się zadomowiła.
- W takim razie, zaopiekuj się nami, Dorianie – z mojej twarzy nie schodził uśmiech, gdy widziałam te ukradkowe spojrzenia wysyłane między tą parą. Romantyczne, pomyślałam.
Szatyn otrząsnął się przybierając już wyraz twarzy godny idealnego lokaja.
- Proszę za mną – skinął głową, a ja złapałam go pod ramię i pozwoliłam się poprowadzić. Byłam pewna, że wolałby Mayę, zamiast mnie, ale dopóki moja matka ma na wszystko oko nie mogę dopuścić, aby ich nowonarodzone uczucie zostało zduszone w zarodku. Ona była do tego zdolna. Kochała niszczyć, a uczucia, takie jak miłość już w szczególności.
- Mogę o coś zapytać? – spytał Dorian, gdy już znaleźliśmy się w odpowiednim skrzydle pałacu, który należał tylko do mnie.
- Ale najpierw sobie coś wyjaśnimy – zatrzymałam się i stanęłam przed nim. Mimo obojętnej miny w jego oczach widziałam rozczarowanie. Moja matka pewnie już nim zmiotła podłogę. – Nie musisz zwracać się do mnie tak oficjalnie. Kiedy jesteśmy w moim skrzydle i nie ma w pobliżu mojej matki albo jakiejś z jej służek to możesz śmiało mówić mi po imieniu – uśmiechnęłam się szeroko powstrzymując śmiech na widok jego zszokowanej miny i opadającej żuchwy.
- Yyy.. Eee? – wyjąkał, a ja nie wytrzymałam.
- Oho, pewnie uznałeś, że jestem taka sama, jak moja matka. Rosaline, ale możesz mi mówić Rose – wyciągnęłam do niego dłoń, jak do równego sobie. Bo tak też uważałam. Pod statusem i skórą jesteśmy tacy sami.
Dorian niepewnie odwzajemnił gest. Był skołowany. Nie wiedział co robić.
- Proszę wybaczyć. Ten ton mnie zdezorientował – speszył się.
- Spokojnie, droczyłam się tylko – machnęłam ręką. Spojrzałam na Mayę, która tylko stała za mną ze spuszczoną głową. Pokręciłam z ulitowaniem głową. Jeśli tak się prawy mają, to wyjedziemy zanim się do niego odezwie, pomyślałam i przyciągnęłam biedną dziewczynę do siebie. – A to jest Maya – czy można być jeszcze bardziej czerwonym? Oh, Maya pobiła chyba wszelkie rekordy. – Musisz jej wybaczyć, jest bardzo nieśmiała.
- Miło mi cię poznać, Mayu – chwycił jej drobną dłoń i ucałował jej wierzch. Dorian złamał kolejną zasadę „idealnego” lokaja witając w taki sposób zwykłą służkę w obecności arystokracji. Ba! W obecności samej księżniczki. Jednak ja nie jestem swoją matką. Taki widok tylko raduje moje serce. Sama chciałabym się poczuć w ten sposób.
- Maya – szepnęłam nagląco wymuszając na niej odpowiednie maniery.
- M-miło mi, D-Dorianie – wyjąkała szybko odsuwając od niego dłoń, gdy ten ją puścił.
- Przed wami jeszcze wiele pracy – mruknęłam, ale bardziej do siebie. – Chodźmy dalej – zarządziłam. – Chciałeś o coś zapytać, prawda? – przypomniałam.
- Ah, tak! – otworzył drzwi do mojej komnaty o szaro-różowych ścianach i wskazał ręką, abyśmy weszły. – Chciałem zapytać, czemu panienki nie przyjechały razem z królową – odparł, a ja spojrzałam na niego karcąco.
- O ile dobrze pamiętam przeszliśmy na „ty” – westchnęłam siadając na miękkiej mocno różowej kanapie poprawiając suknię.
- Oh, przepraszam – speszył się. – Więc, czemu nie przyjechałyście z królową? – zapytał już poprawnie.
- Bo chciała trochę wami poomiatać, aby was, hmmm… utemperować? To jej sposób na pokazanie mi, że królowej każdy jest posłuszny, nie ważne, że nie jej służą bezpośrednio – powiedziałam beznamiętnie. – Ta kobieta – warknęłam. – Zrobiła ci coś? – zapytałam z troską. – Maya! – krzyknęłam widząc poczynania dziewczyny. Ta wzdrygnęła się wypuszczając z rąk jedną z moich sukienek. – Zostaw to. Po obiedzie się rozpakujemy – zarządziłam w poklepałam miejsce obok siebie, aby usiadła. – A ty nie stój tak, tylko siadaj – wskazałam Dorianowi fotel. Ten wykonał posłusznie mój „rozkaz”. – To na czym my to… - zamyśliłam się próbując sobie przypomnieć temat naszej rozmowy. – Ah! To co? Zrobiła ci coś? – zapytałam patrząc na niego wzrokiem wymuszającym całkowitą prawdę.
- Nic specjalnego. Tylko krzyczała, że jestem do niczego. Na początku miałem służyć królowej, ale kiedy uznała, że jestem beznadziejny we wszystkim czego się dotknę kazała mi czekać na ciebie i tobie uprzykrzać życie – spuścił głowę lekko zażenowany.
- Mam nadzieję, że jej nie uwierzyłeś. Nie jesteś tak zły, jak ona mówi. Ona czepia się wszystkiego, nawet jeśli jest wykonane w idealny sposób – uśmiechnęłam się pokrzepiająco. – Prawda, Maya? – zwróciłam się do przyjaciółki szczerząc się, jak głupia do sera.
- T-tak – przytaknęła i zamknęła oczy. – Może nie powinnam tego mówić, ale królowa to nienajlepszy materiał na władcę – powiedziała na jednym wydechu. Byłam z niej dumna. Jakby jeszcze otworzyła oczy. Ale wszystko małymi kroczkami, a na pewno osiągniemy swój cel.
- Gdyby nie fakt, że mój tata zmarł, kiedy byłam dzieckiem to ja bym teraz rządziła. A tak, muszę czekać – wzruszyłam ramionami.
- Liczę, że ten dzień nadejdzie – Dorian uśmiechnął się, a ja już wiedziałam, że będzie dobrym przyjacielem. Szatyn spojrzał na zegarek. – Oh! – krzyknął. – Jak późno! - szybko podniósł się do pionu i ukłonił. – Bardzo przepraszam, miłe panie, ale muszę pomóc w przygotowaniach do obiadu. Gdy już wszystko będzie gotowe przyjdę po panie – wychodząc z komnaty wygładzał jeszcze swój uniform. Gdy drzwi do komnaty się zamknęły odwróciłam się twarzą do Mai i ostentacyjnie poruszyłam brwiami.
- Co? – zapytała zdezorientowana. Jej popłoch i zdenerwowanie wyparowały wraz ze zniknięciem młodzieńca.
- Jak to co? Dorian ci się spodobał. Dorian i Maya. Maya i Dorian. Jak to bosko brzmi! – klasnęłam w dłonie. Niestety brunetka nie podzielała mojego entuzjazmu.
- Nie wiem o co ci chodzi – burknęła, a na jej twarzy znów pojawił się rumieniec.
- Oj wiesz – szturchnęłam jej bark swoim. – Jest miły, przyzwoity, dobrze wychowany i do tego przystojny. Nic tylko brać.
- Czasem nie mogę uwierzyć, że jesteś księżniczką – pokręciła z politowaniem głową. – Ten twój język…
- Oj tam – machnęłam ręką. – Chyba we własnej komnacie mogę być sobą.
- Tak, tak. Ale jak to mówią, ściany mają uszy – oznajmiła jakby od niechcenia. Ta dziewczyna naprawdę mnie zadziwiała. Przy mnie taka wyluzowana, ale kiedy w grę wchodzili inni ludzie to zamykała się w sobie i nie potrafiła normalnie skleić zdania.
- To niech je zatkają – burknęłam i wstałam z kanapy. – Cóż… Trzeba się przebrać. Królowa będzie zdegustowana faktem, że jej córka je obiad w sukni, w której przyjechała – powiedziałam z udawanym dramatyzmem.
Otworzyłam wielką szafę i zaczęłam przyglądać się wiszącym w niej suknią.
- Hmmm… - zamyśliłam się sunąc wzrokiem po zawartości szafy. – O! – krzyknęłam i wyciągnęłam niebieską sukienkę. – Idealna.
Zza chmur wyłoniło się słońce i jego promienie wpadły przed szyby w ogromnych oknach rozciągających się po całej ścianie i zaczęły drażnić moje oczy. Od razu zasłoniłam je dłonią.
- Zasłonisz? – poprosiłam, a Maya od razu pociągnęłam za gruby materiał zasłon i uniemożliwiła dostęp promieniom słonecznym do pokoju.
- Twoje oczy… - zaczęła cicho. – Są piękne. Są rude, a w świetle słonecznym czerwone. Piękne – rozmarzyła się. Do dziś nie wiem, dlaczego tak lubiła barwę moich tęczówek.
- Dziękuję. To jedyne co mam po tacie – zaśmiałam się nerwowo. – Co za ironia. Nie chcę być, jak matka, a jestem jej małą kopią.
- Nie mów tak! Jesteś o wiele lepsza – Maya mnie przytuliła. Tego było mi trzeba. Ciepłego uścisku bliskiej mi osoby. – A teraz – odsunęła się ode mnie i złapała mnie za dłonie. – Wybierzemy buty do tej sukienki i jakieś dodatki – uśmiechnęła się promiennie.
- A jeszcze chwilę temu nie mogłaś się wysłowić – zakpiłam. Maya w odpowiedzi tylko prychnęła, ale zaraz potem się uśmiechnęła. Nigdy nie brała na poważnie takich żartów. Była naprawdę niezwykłą osóbką.

Ostatni raz przejrzałam się w lustrze. Niebieska sukienka bez ramiączek sięgała nieco ponad kolana. Kilka warstw spódnicy dodawały sukni objętości, a gorset ozdobiony był wyszywanym błyszczącą nicią wzorkiem przypominający pnące się winorośle. Na stopach miałam równie niebieskie cekinowe baleriny. Wyglądałam trochę, jak baletnica. Pięknie i delikatnie. Mimo że podobał mi się ten zestaw, moja matka nigdy nie podzieliłaby tego samego zdania. To przykre, że własna matka nigdy nie wyciągnęła do mnie ramion, nigdy nie przytuliła, nie powiedziała dobrego słowa. Wszystko robiłam źle. Nie tak, jak ona oczekiwała. Nieidealna córka „idealnej” królowej.
Maya właśnie zawiązywała mi szarą wstążkę na włosach, gdy rozległo się pukanie.
- Proszę! – krzyknęłam wiedząc kto do nas zawitał. Już poczułam spięcie przyjaciółki.
- Obiad podano, drogie panie – odparł figlarnie i bez ceregieli wszedł do garderoby.
- A gdybym była rozebrana to co? – ofuknęłam go nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Odwróciłbym się i poczekał, aż się ubierzesz, a potem eskortował do jadalni, gdzie królowa już się niecierpliwi – cieszyło mnie to, że już się za klimatyzował w naszej małej rodzinie.
- Już nie może wytrzymać? – zakpiłam zakładając na ramiona szary sweterek. – Co za kobieta! Jak jest taka głodna to niech zaczyna beze mnie. Maya, gotowa? – zapytałam spoglądając na przyjaciółkę. Ta poprawiła prostą żółtą sukienkę i przytaknęła.
Całą trójką ruszyliśmy do jadalni. Dorian znów przemienił się w cud-lokaja, aby pokazać mojej matce, że jest coś wart, a ja byłam pod wrażeniem jego zdolności aktorskich.
- Jak ty wyglądasz? – zero „Witaj” ani „Jak ci minęła podróż?”. Nic tylko kolejna dawka irytacji do mojej osoby.
- Mi też bardzo miło cię widzieć, matko – powiedziałam z ukrytą wrogością i dygnęłam, tak jak sobie tego życzyła matka. – Ta sukienka wisiała w szafie – oznajmiłam siadając na krześle, które odsunął dla mnie Dorian. – Spodobała mi się, więc postanowiłam ją założyć – kiwnięciem głowy podziękowałam chłopakowi. – Jest zbyt gorąco na tyle warstw, nie sądzisz? – zapytałam patrząc na kobietę, która mnie urodziła. Tylko i wyłącznie urodziła.
- Twoje zachowanie jest nieodpowiednie. Zmień je – zażądała, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Jakby prosiła kucharza, aby zmienił menu na następny dzień, tak mi kazała się zmienić, abym wreszcie była tą idealną księżniczką, którą mogłaby pomiatać.
- Przykro mi, ale oczekujesz niemożliwego. Tym bardziej nie sądzę, abym zachowywała się wobec ciebie nieprzyzwoicie – odparłam i zaczęłam rozkoszować się zupą z grzybów, która aż się prosiła, aby jej skosztować.
- Nie skończyłyśmy rozmawiać, a ty już zaczynasz jeść. Co za brak wychowania – syknęła. – Gdzie popełniłam błąd? – mruknęła bardziej do siebie, ale na tyle głośno, aby każdy w jadalni to usłyszał. Przemilczałam ten komentarz, aby nie przysporzyć sobie kłopotów.
Po krótkiej chwili dołączyła do nas ciocia Alexandra.
- Oh, przepraszam! Mały problem z ogrodnikiem, ale już wszystko w porządku – uśmiechnęła się i usiadła na swoim miejscu odmawiając przy tym pomocy lokaja. Uwielbiałam ciocię. Była dla mnie wzorem prawdziwej matki, mimo że nie miała dzieci. To ona mnie wychowała. Wszystko brała na spokojnie, nie denerwowała się, gdy nie było potrzeby i nie wykorzystywała innych. Ingerowała w życie swojej służby pomagając im w najdrobniejszych czynnościach. Była zupełnym przeciwieństwem swojej młodszej siostry. Czasem patrząc na nie, nie mogłam uwierzyć, że łączą je więzy krwi. To było takie nierealne, a jednak prawdziwe.
- Smacznego, moje drogie – uśmiechnęła się do mnie. – A wy? Czemu tu tak stoicie? W kuchni czekają na was wasze porcję – zwróciła się do służby.
Moja matka obrzuciła ja krytycznym spojrzeniem, ale ciocia to zbagatelizowała. Dorian razem z dwoma innymi lokajami się ukłonili, a Maya dygnęła i cała czwórka zniknęła w kuchni.
- Alexandro! Co ty robisz? Ich obowiązkiem jest pomagać nam w każdej możliwej sekundzie, a ty ich tak po prostu odsyłasz? – moja matka nigdy by tego nie zrobiła. Mogliby umierać z głodu, a ona nie odesłałaby ich, póki nie dokończyliby pracy. Po trupach do celu, tak?
- Mirando, to też są ludzie. Też mają swoje potrzeby. Chyba nie potrzebujesz lokaja, aby zjeść, co? – ciocia jawnie z niej zakpiła, a ja ledwo powstrzymywałam się, aby się głośno nie roześmiać. Zazdrościłam cioci, że mogła tak swobodnie mówić o mojej matce to, co chciała. Nawet jako królowa nie mogła nic jej za to zrobić, bo to zaszkodziłoby jej wizerunkowi.
Czerwień na twarzy mojej matki była rozbrajająca. Chciałabym ją kiedyś przyprawić o taki kolor tej bladej, od nadmiaru pudru, twarzy. Kto wie, może pobiłaby rekord Mai?
- Jak ci minęła podróż, kochanie? – spytała mnie ciocia, gdy matka dała za wygraną.
- Spokojnie i szybko. Dziękuję – spojrzałam na moją rodzicielkę, a ta tylko wzruszyła ramionami kompletnie mnie olewając. – Od kiedy jest tu Dorian? Pierwszy raz go widzę.
- Od pół roku – moja matka prychnęła. – Chłopak nie miał się gdzie podziać, więc poprosił mnie o pomoc. Bardzo szybko się uczy. Aż szkoda, że marnuje się jako zwykły lokaj – westchnęła ciocia.
- Nawet bycie lokajem mu nie wychodzi – burknęła pod nosem moja matka, ale nie zwróciłyśmy na nią większej uwagi.
- A ile on ma lat?
- Dwadzieścia dwa – rozszerzyłam oczy w zdziwieniu. Siedem lat różnicy między nim a Mayą… Ale to chyba nie jest problem? W tych czasach wszystkiego można się spodziewać. – Nie wygląda, prawda? Też byłam zdziwiona, ale cóż… Geny – zaśmiała się ciocia.
Resztę obiadu przegadałyśmy o błahych sprawach, co jakiś czas słysząc marudzenie królowej. Coś czuję, że to będą naprawdę ekscytujące wakacje. Ale to dopiero od jutra.



To pierwszy rozdział mamy za sobą ^^ Może nie jest za ciekawy, ale musiał taki być, aby wprowadzić w ogólne relacje Rosaline z niektórymi bohaterami. Ogólnie to nie sądzę, aby to opowiadanie jakoś szczególnie wstrząsnęło waszymi sercami ^^ Osobiście uważam je za słodkie Tak więc mam nadzieję, że nie zniechęcicie się po tym do całej mojej twórczości
Postaram się w piątek coś dla was naskrobać, ale niczego nie obiecuję Jakiś mały ślad, możecie po sobie zostawić
A teraz, oyasuminasai
  • awatar Dath: słońce przepraszam ale nie chce mi się czytać całego xd ale kawałek przeczytałam i bardzo mi się podobał, jak zawsze zresztą :)
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Czekam na drugi. Tematy księżniczek sa mi obce, więc poczytam ;) Może mi przypadnie do gustu.. Widząc jak piszesz, pewnie TAK XD EJ! MAM NADZIEJE NA MIŁOŚĆ!!!
  • awatar Lisa Angels: Skradłaśmoje serce opisem koloru oczu księżniczki. Osobiście uwielbiam uskryte opisy postaci przedstawiane mimochodem. Szczerze nawet się nie obejrzałam kiedy dotatłam do końca, co oznacza, że lekko się czyta. Może i nie było akcji, ale czasem miło przeczytać coś przyziemnego bez olbrzymich "fajerwerków"
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Przedstawiam państwu kolejny z ckliwych romansideł (które uwielbiam ^^) pt. "Princess"
To będzie krótka historia wakacyjnej miłości pewnej księżniczki, której nie podoba się sposób rządów.
Przewiduję cztery rozdziały, ale sądząc po limitach pingera to pomęczymy się z nim razem
Mam nadzieję, że się wam spodoba ^^
PS. Żadnych nazwisk i nazw państw!! To nie błąd czy moje przeoczenie. Tak ma być

GŁÓWNI BOHATEROWIE



BOHATEROWIE DRUGOPLANOWI

- królowa Miranda
- księżna Alexandra
- Maya
- Dorian
- Lady Tamara
- Ron
(bohaterowie mogę się pojawić w trakcie opowiadania...)

PROLOG

Ciężkie jest życie księżniczki. Ciągłe zakazy i nakazy. Tłamszenie swojego prawdziwego „ja” dla etykiet, długich, bogatych sukien i delikatnych dygnięć kierowanych dla spasionych lordów, którzy tylko udają miłych i dobrze wychowanych. Tak naprawdę są lubieżnymi zwierzętami, którzy chcą położyć swoje brudne łapska na młodych damach. Byłam kiedyś tego świadkiem. Od tamtej pory straciłam szacunek do tych starych pryków. Oh, gdzież moje maniery! Do tych wielmożnych arystokratów.
Gdybym tylko mogła, powiedziałabym co tak naprawdę myślę o tych wszystkich nadętych bufonach z wypchanymi portfelami. Jednak ten czas jeszcze nie nadszedł. Ani ja, ani społeczeństwo nie jest gotowe na takie rewelacje.
„Przecież księżniczce tak nie wypada! To bardzo wpływowi ludzie, którzy mogą wiele wnieść w nasze życie! Im więcej takich sprzymierzeńców, tym silniejsze jesteśmy! Powinnyśmy z nimi trzymać, inaczej ktoś zabierze nam nasz dobytek”. Tak mówi moja matka. Kocham ją, ale nie podzielam jej zdania. To, jak sprawuje władzę otworzyło mi oczy, jacy naprawdę są bogacze. Łasi na władzę i pieniądze. Nie uznający żadnych wartości. Tylko bogactwo. Nie chcę taka być! Wolę już być tym „nic niewartym plebsem” niż kiedyś zasiąść na tronie i rządzić w ten sposób. Przecież poddani i ich potrzeby są najważniejsze, a nie to ile mamy pieniędzy. Szkoda, że tylko ja tak myślę. Zmienię to. Zmienię wszystko. Nie będę taka, jak moja matka. Przekażę wszystkim całą prawdę i sprawię, że mój kraj będzie szczęśliwy. Wolny od dyktatury, nierówności i poniżenia. Czuję, że niedługo moje życie się zmieni. Już się nie mogę doczekać.
----------

Hah, prolog dupy nie urywa, nie zaciekawia, ale mam nadzieję, że was nie zniechęcił
Biorę się za rozdział pierwszy. Jeśli dobrze pójdzie, to jeszcze dziś go ujrzycie, a jak nie to ewentualnie w piątek wieczorem
Pozdrawiam
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

zajakiegrzechy
 
sayorinekomori
 
Podoba mi się twój blog.

#najlepsze_opowiadania
  • awatar Sayori Nekomori: Oh dziękuję ^^ Bardzo mi miło :* Ale nawiązując do twojego pytania, czy zerknę na twoje opowiadanie... Sama jestem jeszcze żółtodziobem, ale chętnie przeczytam :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Z racji tego, że Angela kocha yuri (a ja yaoi... ale żeśmy się dobrały >o< to narysowałam jej oto ten rysunek
Dałam go do ocenienia koleżance, która już od 7 lat rysuje i powiedziała, że jej się podoba i takie staranne ^^ Miło połechtało to moje ego


Mam w planach jeszcze jeden rysunek dla niej, ale jego nie dam do oceny i nie wiem czy tu go wstawię... Wątpię w to
Do następnego
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Gomen, że nic ostatnio nie wstawiałam Czas mi na to nie pozwala, no wiecie... Nauka Do tego wena się na mnie wypięła i jakoś tak wyszło
Pomysły są, ale kwestia ich zrealizowania to już zupełnie inna sprawa
Na pocieszenie pokażę wam moje wczorajsze dzieło ^^


Wyda się to trochę śmieszne, ale naszła mnie ochota na napisanie własnych wersji klasycznych baśni typu: Czerwony Kapturek, Kopciuszek itp.
^^
Tak to jest śmieszne, ale jak nawiedzi mnie jakiś pomysł, to go rozwijam, a gdy uznam, że jest nudne wtedy pozbywam się bez skrupułów. Te mi się natomiast, jak na razie podobają, więc prawdopodobnie za jakiś czas je tu spotkacie
To chyba tyle. Mam nadzieję, że zbytnio się nie zanudziliście
Do następnego
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Znalazłam swoją pracę domową z gimnazjum i postanowiłam się nią z wami podzielić ^^ Podoba mi się i mam nadzieję, że wam też
Jak sam tytuł wskazuje ma to nawiązanie do "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego. Pracą domową było wcielić się rolę cywila i opisać swoje przeżycia na podstawie fragmentu z książki. Wtedy nie byłam jakoś wszelako uzdolniona w kwestii pisania (nie to, że teraz jestem ;p) ale nie będę nic zmieniać

-----------------------

Coraz więcej bombardowań. Nic, słychać tylko huki, trzaski, wybuchy. Już nawet swoich myśli nie słyszę. Dni się niemiłosiernie wydłużają, a końca tego piekła nie widać. Cisza. Wybuch. Trzask. Mur lub inna ściana zrównana z ziemią. Modlę się. Błagam.Ale czy Bóg mnie wysłucha?
Schron pod ziemią jest teraz naszym domem. Nikt tu nikogo nie ocenia, nie obraża. Jesteśmy równi. Jak rodzina. Choć nie połączeni więzami krwi. Jest tu ciemno. Gdzieniegdzie zapalone lampy naftowe odganiają ciemność. Trzask! Pył z sufitu sypie się na nasze głowy. Już słychać kolejne wycie. Leci. Cisza.
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć... - słyszę jak liczą. Często to robią. - Sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwa-naś-cie, trzy-naś-cie...
Niewypał.
Od dawna... Gdzieś od 12 sierpnia noce nie są już normalnymi nocami. Zamiast spać i odpoczywać przed następnym dniem, musimy czuwać. Dziś też. Dzieci śpią. Budzą się. Znów zasypiają. Ja siedzę na jednej z prycz obok cioci Zosi. Nic nie mówię. WS głowie huczą mi pociski, a na zewnątrz to samo. Już nie wiem, co jest rzeczywiste.
Ranek - kolejny upalny dzień. Dym i samoloty zakrywają niebo. Coś się pali. To już nie jest ta sama Warszawa. Co chwilę coś się zawalało obok nas. To bliżej, to dalej. Pył z sufitu wciąż się sypie na głowy. Ktoś kaszle. Ktoś kicha. Inny klnie pod nosem. Do naszego schronu co rusz schodzili się nowi. Już należą do naszej rodziny. Jest coraz ciaśniej. Głośniej. Huk! Trzask! Cegły padają. I tak cały czas. Kolejni zbombardowani zawitali.
- Dzień dobry... Czy można... - zaczęli.
- Tak. Oczywiście. Tu jest miejsce. Skąd jesteście? - pytają, a nowo przybyli odpowiadają.
Wszyscy zawzięcie rozmawiali. Wszyscy. Nawet ja. Bomb nadal przybywało. Coś się waliło. Coś tylko uszkadzało. Sypało się na głowy. Samoloty, wycie, cisza, odliczanie, niewypał lub trzask. I tak cały czas. Wybuch! Nowi zasypani i ci ocalali, którzy wchodzili do nas.
Huki narastały. Nie tylko to były czeskie bomby. Niemieckie też. Kulki. Koło nas. Niedaleko. To było w nas? Czy to koniec? Zrobiło się gorąco. Słońce biło w oczy. Musimy uciekać.
Nie wiem ile szliśmy. Weszliśmy w najgorszy obszar. Każdy może zostać tu postrzelony. Nie wiadomo kiedy, przez kogo i czy przeżyje, co jest wątpliwe. Ziu! Ziu! Kulki lecą, ale nie w nas. Obok. Leciały kulki, pociski, wszystko. Trzask! Grzmot! Bicie serca. Nierówny oddech. Strach. Z tyłu było słychać wołanie.
- Miron! Widzisz, co się dzieje! Mirek! Zostaw to!
Nie odwracam się. Idę dalej.
- Już! Już idę!
Uspokaja mnie myśl, że dogonią nas.
Idziemy. Szybko. Jeszcze szybciej. Wpadamy w ruiny. Nie mogę określić, co to jest. Kościół? A może fabryka? Wszystko jest tak zmasakrowane, że nie da się odróżnić. Łubudu! Cegły lecą. Kupa gruzu. Wapnia. Tynku. Wszystkiego. Strzały. Kolejne. Czy ktoś dostał? Tak. Ja. Padam. Słyszę przeraźliwe krzyki zmieszane z trzaskami, wybuchami, strzałami. Zostawiają mnie. Ostatnie bicie serca. Ostatnie oddechy. Ostatnie słyszane pociski. Ostatni raz spoglądam na ruiny Warszawy. Potem cisza. Ciemność. Nic.

  • awatar Sayori Nekomori: @Lisa Angels: Hahahahahah każdy jest tu mile widziany ;) mam nadzieję, że ckliwe romansidła też cię jakoś zainteresują, bo te jakoś szybciej mi do głowy przychodzą ;)
  • awatar Lisa Angels: Przeczytałam wszystkie i jestem pod wrażeniem, masz bardzo przyjemny styl pisania i ciekawe mroczne pomysły te wszystkie tragiczne historiie(sceny samobójstwa na wiele sposobów) wstrząsnąwszy mną dogłębnie. Szczególnie chłopak z autobusu, pokazuje ile można stracić przez bezczynność i odwlekanie czegoś. OD dziś jestem stałym bywalcem tutaj i nawet jeśli będziesz chciała się mnie pozbyć to już za późno zadomowiłam się :D
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Śliczne opowiadanie. Jakbym czytała pamiętnik jakiejś dorosłej kobiety z tamtych czasów. Myslałam o pisaniu opowiadań?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Po raz kolejny spóźniłam się na autobus. Na samym początku po prostu odjeżdżał i zostawiał mnie za sobą, stojącą z luźno spuszczonymi rękoma po bokach. Czułam się niewidzialna, jakbym była tylko duchem, który żarliwie próbuje sobie wmówić, że jednak posiada ciało, które wszyscy widzą. Jednak żyłam, miałam ciało, ale ludzie traktowali mnie, jak powietrze. Nie patrzyli na mnie, nie rozmawiali ze mną, nic. „Co jest ze mną nie tak?” Często pytałam samą siebie, ale do dziś nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ciągle jestem niewidzialna, ale jest ktoś, kto mnie zobaczył. Od tamtej pory zawsze zatrzymywał dla mnie autobus. Nie wymieniliśmy ze sobą żadnego zdania, nasze spojrzenia się nie skrzyżowały, ale zawsze zatrzymuje dla mnie autobus.
Nie ważne, jakbym się śpieszyła, zawsze spóźniam się na autobus. Biegnę na przystanek, ale widzę, że już odjeżdża. Krzyczę i macham, ale kierowca jakby mnie nie widział. Nagle się zatrzymuje i otwiera drzwi dla mnie. Wsiadam i przepraszam. Widzę tego chłopaka. Ma blond włosy i niebiesko-szare oczy, w które mogłabym patrzeć godzinami. To miłość od pierwszego wejrzenia. Nie rozmawiałam z nim nigdy, ale wiem, że go kocham. Siedzę dwa siedzenia za nim i przyglądam się tyłowi jego głowy i słucham jego głosu, jego śmiechu. Zawsze siedzi ze swoim przyjacielem. Rozmawiają o błahych rzeczach, które nawet na moich ustach wywołują uśmiech. Gdy jego przyjaciel jest cichy, ten tylko patrzy w okno. Patrzę na niego i słucham jego głosu i myślę, że jest piękny.
Mimo że to czerwiec i koniec roku ciągle jeżdżę do szkoły tym samym autobusem i ciągle się spóźniam. Jednak on zawsze go dla mnie zatrzymuje. Chciałabym kiedyś podziękować, temu pięknego chłopcu, ale boję się. Boję się, że jeśli to zrobi pomyśli, że jest ze mną coś nie tak i nagle stanę się dla niego niewidzialna i już nigdy nie zatrzyma dla mnie autobusu. To jest nasz mały rytuał. Nie mogę pozwolić, aby to się skończyło. Jednakże od pewnego czasu coś jest nie tak. Uśmiecha się, ale ten uśmiech jest inny. Pusty, wymuszony, nieszczery. A jego oczy? Te błękitno-szare jeziorka teraz, jakby puste, zimne, bez tych iskierek, które porównać można do promieni słońca odbijających się w tafli wody. Jego przyjaciel stara się go jakoś rozweselić. Mimo to, nadal tylko pusto się uśmiecha. Na dworze jest ciepło, a on nosi bluzę z długim rękawem. Co jakiś czas naciąga rękawy jeszcze bardziej, jakby próbował coś ukryć. Stało się coś złego, a ja nie mam na tyle odwagi, aby podejść do niego i mu pomóc. Boję się, że stanę się dla niego niewidzialna, więc siedząc dwa siedzenia za nim myślę, że jest piękny.
To był właśnie chłopak, który codziennie o siódmej rano zatrzymywał dla mnie autobus. Chłopak, którego znaleźli rodzice, zaraz po tym, jak się zastrzelił. Obwiniam się, za to, że to zrobił. Codziennie zastanawiam się, jakby się to potoczyło, gdybym podeszła do niego i spróbowała pomóc. Jednak moje gdybanie go nie wskrzesi. To koniec. Codziennie myślę o tym pięknym chłopcu i o jego pięknych oczach. Chciałabym cofnąć czas. Moja pierwsza miłość popełniła samobójstwo. Tego nie da się już naprawić.
Idę chodnikiem aleją kolorowych drzew. Złote, czerwone i pomarańczowe liście tańczą wokół mnie na wietrze. Nie są już tak piękne, jak kiedyś. Dokładnie rok temu po raz pierwszy zatrzymał dla mnie autobus, a teraz? Ronię kolejną łzę, bo już nigdy go nie zobaczę, nigdy nie usłyszę jego głosu, jego śmiechu i nie spojrzę w jego oczy. To koniec.
Tym razem nie spóźniłam się na autobus. Weszłam do pojazdu, a kierowca spojrzał na mnie ze współczuciem. Posłał mi delikatny uśmiech pocieszenia i po raz pierwszy uznałam, że ten staruszek z siwym wąsem nie jest taki nieprzyjemny. Zauważył mnie. Chciałam usiąść na swoim stałym miejscu, dwa siedzenia za jego. Teraz będę przyglądać się pustce. Nagle czyjaś dłoń chwyciła mnie za nadgarstek.
- Usiądź tutaj – powiedział przyjaciel mojego ukochanego. Jego oczy były czerwone i podpuchnięte, ale jego uśmiech był szczery, skierowany do mnie. Bez słowa usiadłam na miejscu tego pięknego chłopaka. Było mi wstyd. Nie miałam prawa tam siedzieć, skoro nawet nie odważyłam się powiedzieć mu tego głupiego „dziękuję”.
- To dla ciebie – powiedział i wyciągnął ku mnie białą kopertę z moim imieniem. – Zostawił trzy listy. Dla rodziców, dla mnie i dla ciebie – jego warga zadrżała, a kiedy odebrałam od niego papier szybko odwrócił twarz w stronę okna, abym nie zauważyła, jak płacze. Jednak zauważyłam.
Drżącymi dłońmi otworzyłam kopertę i wyjęłam kartkę. To były tylko dwa zadania, ale trafiły w najczulsze miejsce. Jego pismo przyozdobiły moje łzy, które spływały po mojej twarzy. On odszedł. Już nie wróci. Ale nadal będę rozmyślała, jak bardzo był piękny.

„Przepraszam, że nie powiedziałem Ci tego wcześniej, ale uważam, że jesteś piękna. Kocham Cię”

  • awatar turkusowaa: rany... to było piękne ❤ nie wiem co powiedzieć .. cudowne
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: zarąbiste. Pozwól, że będę się od cb uczyć. Od małego marzę o pisaniu książek. Nawet w wieku pięciu lat pisałam pierwsze głupoty. Jednak mam problemy z ocenianiem swoich prac. Mogłabyś zerknąc na moje opowiadanie?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Konbawna!!
Tak, więc wzięłam udział w konkursie na najlepszego bloga lutego 2015 (tak przynajmniej wskazuje nazwa ;p)
Może mój blog nie jest jakiś mega-ultra-wspaniały i nie może równać się z innymi, jak tak patrzę po innych kandydatach, ale myślę, że najgorszy też nie jest
Więc, jeśli to nie sprawi wam żadnego kłopotu i choć trochę podoba wam się mój blog to zagłosujcie u niej --> http://hitsugaya.pinger.pl/
na nr 12
Arigato już z góry

I taka mała nutka ode mnie
 

 
Co wy na to, żebym wstawiała tu także swoje rysunki? Może nie są idealne, ale tak bardzo złe też nie są
Tylko denerwuje mnie to, że nie potrafię rysować z głowy muszę na coś patrzeć, bo inaczej rysunki są, jak z horroru
Przerwałam rysowanie na dwa lata. Chodzi, że sama dla siebie przestałam. Przez to, że zawsze musiałam robić jakieś plakaty po prostu mi to obrzydło i przestało mnie cieszyć. Ale za namową koleżanki powróciłam do tego Myślę, że nawet dobrze mi poszło (+10 do samozachwytu >.< )



Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Powiedz mi, jak mam z tym żyć. Z tym uczuciem, że jestem ale jednocześnie mnie nie ma. ciągle blisko, ale tak daleko. Oczekujesz ode mnie gwiazdki z nieba, ale jak mam jej sięgnąć? Jestem tylko człowiekiem, który cię kocha i ciągle żyje bez pewności, że ty też. Wierzę, że dałabym radę dokonać niemożliwego, ale jak tego dokonać bez motywacji? Ty tylko bierzesz. Kiedy i gdzie chcesz, nie patrząc na moje potrzeby. Nie wiem ile jeszcze wytrzymam, ale wiem, że nie dam rady cię zostawić. Kocham Cię tak bardzo, że to mnie zabija. W ataku furii mogłabym przebić twe serce mieczem, ale umierałbyś w moich ramionach, a potem sama bym odebrała sobie życie przez tą tęsknotę za tobą. Widzisz, jak bardzo Cię kocham?
  • awatar Seiti: Gif mi się kojarzy z : serce mu drgnęło nim w proch się obrócił. Szaleńcza i obłąkana miłość jest inspirująca.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Na wojnie nic nie ma znaczenia. Wojna to niszczycielska energia, która nikogo i nic nie oszczędza. Modlitwy tu nie pomogą. Jeśli nie zabijesz, zostaniesz zabity. O to jej chodzi. Słabi, którzy nie potrafią podnieść broni na innego człowieka zginą, bo Wojna ich nie potrzebuje. Słabi tylko przeszkadzają. Wojna jest siostrą Śmierci. Mimo że obie zbierają plony trupów jest między nimi zasadnicza różnica. Wojna czerpie przyjemność z bólu i cierpienia. Uśmiecha się, gdy widzi, jak zalani krwią niewinni ludzie giną. Namawia ich do tego, by pozbawiali życia. Śmierć nic nie może zrobić, aby powstrzymać tą rzeź. Może jedynie ze spuszczoną głową zbierać plon, który zasiała jej siostra.
Na wojnie nic nie ma znaczenia. Trzeba walczyć. Nie ważne czy jesteś mężczyzną, kobietą czy dzieckiem. Walczysz by przeżyć. Wojna rozdziela rodziny, niszczy ich domy, każe kochankom walczyć po dwóch różnych stronach. Są zmuszeni walczyć między sobą, choć tak bardzo pragną znów znaleźć się w swoich ramionach. Tak właśnie było z nimi…
Dwoje ludzi znających się od dziecka. Wszystko robili razem. Byli tak bardzo uzależnieni od siebie, że robili wszystko, by tylko spojrzeć na siebie nawzajem.
Wojna kocha patrzeć na cierpienie, więc postawiła ich po dwóch stronach konfliktu. To tak bardzo bolało, jednak nie byli wstanie nic z tym zrobić. Przecież jednostka nie przekona miliona do zakończenia walki. Wojna pochłonęła wszystko, a im pozostało jedynie wykonywać rozkazy i marzyć, że kiedyś znów się odnajdą i obejmując się będą się śmiać z tego wszystkiego. Będą po prostu razem.
Błękitnooki blondyn doskonale posługiwał się mieczem. Kamienna twarz pokazywała innym, że nie zamierza zostać zabitym. Jednak maska, którą nosił, sprawiała mu ból. Za każdym razem, gdy ostrze przebijało ciało innego człowieka dusił w sobie łzy. Musi zabijać, bo chce chociaż raz ujrzeć swojego ukochanego.
Czarnowłosy o czekoladowym spojrzeniu był niezwykle szybki. Prawdę mówiąc, po raz pierwszy trzymał w rękach miecz. Nie licząc dnia, w którym jego kochanek pokazał mu czego się nauczyć w dojo. Mieli wtedy po dwanaście lat i sam się sobie dziwił, że jeszcze pamięta tą namiastkę podstaw. Jednak w porównaniu do innych jego styl walki był prymitywny, mimo efektowny, bo przez te dwa lata nikt nie zdołał go zabić. On natomiast pozbawił życia już wiele istnień. Był człowiekiem wrażliwym i zawsze starał się nikogo nie skrzywdzić, a teraz? Zabija dla własnych korzyści… On chce po prostu jeszcze raz zobaczyć swojego ukochanego.
Nadeszła wiosna. Śnieg topnieje i razem z krwią poległych spływa do rzek i jezior. Zamiast zapachu kwitnących kwiatów w powietrzu unosi się smród zgniłych ciał, których jeszcze się nikt nie pozbył. Blondwłosy powoli skrada się do jednej z baz wroga. To nie jest rozkaz od władz. To jego prywatna sprawa. Chce go zobaczyć. Wie, że tu jest. Tyle razy tracił tą okazję, jednak teraz ma pewność, że go spotka. Choć wie, że jeśli on go nie zabije na własnym terenie, to jego „pobratymcy” zabiją jego.
„Jeśli mam umrzeć, to od twojego miecza” mówi co noc patrząc w niebo bez gwiazd i księżyca. Wszystko przysłania szara mgła palących się miast i wsi.
Niebieskooki rozgląda się uważnie, pilnując aby nikt go nie zobaczył ani nie usłyszał.
- Co tu robisz, śmieciu? – usłyszał za sobą głos tak srogi, że aż zadrżał. Ale nie ze strachu, tylko z podekscytowania, gdyż ten głos należał go niego. Do osoby, dla której tu przyszedł. Uśmiechnął się.
- Znalazłem cię – wyszeptał.
- Oh, jak miło. Chciałeś, abym to ja cię zabił? Masz szczęście, że to ja cię tu złapałem. Więc odwróć się, abym mógł patrzeć ci w oczy, gdy będę ci odbierał życie. Nigdy nie zabijam tego, kto stoi do mnie tyłem – mówił z wyższością. To była jego maska. Udawał kogoś, kto jest jego zupełnym zaprzeczeniem. Blondwłosy powoli się do niego odwrócił. Każdy centymetr jego ciała, który jego ukochany zdołał zobaczyć sprawiał, że maska powoli znikała, a w oczach pojawiły się łzy.
- Jeśli mam umrzeć, to tylko od twojego miecza – po jego policzkach, po raz pierwszy od rozpoczęcia wojny, spłynęły łzy. Jego marzenie wreszcie się spełniło i dziś może umrzeć.
- Idioto – załkał. – Masz cholerne szczęście, że to ja cię spotkałem – po jego twarzy również spłynęła łza. – Co tu robisz? Przecież wiesz, że wkradając się tu piszesz się na śmierć. Nie wyjdziesz stąd żywy – jego głos był tak złamany, że zadziwiał nawet jego.
- Powiedziałem już. Szukałem cię, abyś mógł mnie w końcu zabić, ale nie umrę bez walki – uśmiechnął się i z jego rękawa wysunął się sztylet. – Walcz ze mną. Chcę umrzeć honorowo! – rzucił się na swojego ukochanego, ale ten zrobił unik i sam zaatakował. Ostrze jego miecza przemknęła kilka milimetrów od szyi błękitnookiego.
- Też cię szukałem! Nie mogę tak dłużej żyć! Bez ciebie to nie życie! – nawzajem kierowali w siebie ostrza i unikali się nawzajem. To było jak niekończąca się walka. Umiejętności blondyna przeciw zwinności czarnowłosego.
Pobratymcy ciemnookiego obserwowali tą walkę nie mieszając się w to. Uznali, że ta walka ich nie dotyczy, bo on sobie poradzi. Nie był żółtodziobem i wiedział, jak załatwić wroga. Jednak to nie był ich jedyny powód. Słuchali ich rozmowy nic nie mówiąc. Doskonale rozumieli ich sytuację. Przecież oni też stracili najbliższych w tej wojnie.
- Nie jestem w stanie cię zabić i dobrze o tym wiesz! Jeśli ty umrzesz to ja też! – wrzeszczał brunet. – Ty też nie jesteś! – widział łzy i ból na twarzy ukochanego. To tak bardzo bolało. Czuł się, jakby jego serce pękało na miliardy kawałeczków. Sam mógł cierpieć, ale widok ukochanej osoby, która to robi jest gorsze niż cokolwiek innego. Zrobiłby wszystko aby mu ulżyć.
Blondwłosy szturchnął go barkiem i oboje polecieli na ziemię. Czarnowłosy trzymał przed sobą poziomo miecz, tak, że brzeszczot mógł z łatwością przebić gardło blondynowi. Ten natomiast trzymał sztylet przy jego klatce piersiowej. Brunet czuł ostry czubek na klatce piersiowej. Jego oddech był bardzo płytki. Głębszy wdech sprawiłby, że sam sobie wbiłby sztylet w ciało.
- Tak długo na to czekałem, ukochany – błękitnooki delikatnie odgarnął włosy chłopakowi za ucho odsłaniając spocone czoło. – Mógłbym pozwolić się zabić już na samym początku, gdy okazało się, że jesteśmy wrogami, ale nie mogłem. Chciałem cię zobaczyć. Chciałem po raz ostatni ujrzeć twoją twarz, pocałować cię i zapewnić, że cię kocham. A śmierć z twojej ręki jest tym, czego pragnę – wypływające łzy kapały prosto na twarz jego ukochanego, który aż się dławił własnym szlochem i łzami.
- Też tego pragnąłem. Pragnąłem, abyś to ty mnie zabił. Codziennie modliłem się, abyś żył. Chciałem, abyś zobaczył jeszcze prawdziwą wiosnę. Widział kwitnące drzewa i kwiaty, abyś czuł ich zapach. Żebyś po prostu żył – słowa, które wydobywały się z jego ust były niczym ciernie owijające jego szyję i wbijające się w serce blondyna.
- Żyć na świecie, gdzie ciebie nie ma? Z tą świadomością, że już nigdy nie przyjdziesz do mnie i nie przywitasz mnie z tym swoim głupkowatym uśmiechem? Że już nigdy nie usłyszę twojego śmiechu? Nie poczuję twoich ramion, które dawały mi spokój? Bez ciebie wiosna byłaby niczym. Życie byłoby niczym. Kocham cię, tak bardzo cię kocham – łkał nachylając się nad ukochanym tak, aby ostrze było jak najbliżej jego szyi, ale sztylet się nie wbił w ciało bruneta. Ta pozycja była niezwykle niewygodna, ale to nie miało znaczenia. Ból fizyczny był niczym w stosunku z bólem, jaki oboje odczuwali w duszy. Wojna odebrała im te szczęśliwe dni. Pozostały tylko wspomnienia, które dawały im nadzieje na lepsze jutro. Mieli tyle planów na wspólne życie, a Wojna im to zabrała, śmiejąc się im prosto w twarz. Wojna mogła odebrać im wspólną przyszłość, ale nie odebrała im miłości do siebie nawzajem. Właśnie ta miłość doprowadziła ich do tego miejsca, w którym teraz są. Leżąc na ziemi, mierząc w siebie ostrzami niosącymi śmierć, patrzyli sobie w oczy i wyznawali miłość.
- Zróbmy to razem – powiedział blondyn. – Skoro oboje pragniemy śmierci z ręki drugiego to będzie najlepsze wyjście. Wyobraź sobie… Ty i ja, plujących na Wojnę, wolni od tej szarości i smrodu. Szczęśliwi…
- A co, jeśli po śmierci nie ma nic? – brunet nigdy nie wierzył w życie po śmierci. Zawsze uważał to za bajeczki, które były tylko pretekstem dla samobójców.
- A ty, jak zwykle swoje… Nawet jeśli masz rację, to wolę to nic, niż życie bez ciebie – w jego oczach mieszała się radość ze smutkiem.
Brązowooki wpatrywał się w błękit oczu ukochanego i przypominał sobie, jak po raz pierwszy w nich zatonął. Miał wtedy trzynaście lat. Pamiętał doskonale, jak zazdrosny był, że jego pierwsza miłość ma dziewczynę. Próbował to ukryć, ale blondyn go przejrzał. Czuł to samo. Od tego momentu zawsze byli razem. Mimo kłótni nigdy się nie rozstali, bo to uczucie było silniejsze niż wszelkie uprzedzenia. A teraz? Patrzą na siebie i zbierają w sobie odwagę, aby się zabić. Razem.
- Razem – wyszeptał. Blondyn tylko się delikatnie uśmiechnął.
- Na trzy…
- Raz… – liczyli wspólnie uśmiechając się nawzajem do siebie. – Dwa… TRZY – blondyn opadł na ukochanego wpijając się w jego usta. Brzeszczot miecza bruneta poderżnął mu gardło. Śmierć zabrała go po kilku sekundach. Natomiast czarnowłosy czekał aż i po niego przyjdzie siostra Wojny z wbitym w serce sztyletem. Ostatnimi siłami pogłaskał ukochanego po głowie i z uśmiechem na twarzy zamknął oczy i razem z blondynem, trzymając się mocno za ręce, odeszli w stronę czekającej Śmierci, która rozpostarła swe ramiona, aby przyjąć ich do świata bez Wojny, bez cierpienia. Do miejsca, gdzie będą szczęśliwi.

Pobratymcy bruneta, wiedząc, że za to czeka ich śmierć, wynieśli ciała kochanków za bazę i pogrzebali ich nad pobliskim jeziorem pod starym dębem. W miejsce, gdzie zostali zakopani, wbili krzyż i postawili przy nim drewnianą tabliczkę, na której wyryli nożem napis:

„Wojna rozdzieliła ich ciała,
Ale nie zdołała rozdzielić dusz.
Ku pamięci kochanków,
Którzy zginęli od własnych mieczy ”

 

 
Zrobię to pod osłoną nocy. .. zostawiając po sobie tylko list pisany na szybko. Na kartce będą jeszcze widoczne plamy łez. Gdy ja będę witać świt owiana poranną mgłą z przeprosinami na ustach nacisnę spust. Gdy ja będę częścią tego pięknego świtu wy nic nieświadomi będziecie śnić czekając na dźwięk budzika. Lecz nagle się obudzicie ze złym przeczuciem, ale za nim się zorientujecie ja będę już daleko. Gdzie, nikt nie wie. Nie dogonicie mnie bo będzie za późno bym wróciła. Będzie za późno. Przepraszam... ale było już za późno...

  • awatar Sayori Nekomori: @Dath: Masz na myśli "The devil within"?? To powstało zanim jeszcze odkryłam tą piosenkę... odkryłam ją wczoraj, a to powstało w styczniu, misiu :*
  • awatar Dath: Czy to jest z tą piosenką? Jeśli tak to wgl doszłam do wniosku, że ona może być nasza jeśli chcesz xd no i śliczne jak zawsze :*
  • awatar LukaState: super :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Anioł...
Który miał kiedyś skrzydła...
Jednak je odebrano
i zostały tylko wspomnienia.
Wspomnienia białych skrzydeł.
A teraz czekamy, aż odrosną...
Jednak czy tak się stanie?
Tego nie wie nikt,
więc pozostaje nam tylko to wspomnienie
białych skrzydeł,
śnieżnobiałych piór.
Ich trzepot słychać w głowie,
pozostawiając nadzieję,
że kiedyś odrosną.

 

 
Już niedługo zacznie się rok 2015 Mam nadzieję, że dla was wszystkich będzie jeszcze lepszy od poprzedniego i wszystkie wasze plany i postanowienia się wypełnią

Nie wiem, jak u was, ale u mnie już strzelają i przez to nie mogę w spokoju oglądać anime (jestem sama samotna w domu... nikt mnie nie kocha (nawet nie czyta :' ))

Mam nadzieję, że w nowym roku będę się bardziej udzielać (w co wątpię, bo szkoła ssie) a wy będziecie komentować. Jeśli to czytasz i masz zamiar czekać na pierwsze one shoty itp. to napisz w komentarzu Wtedy będę wiedzieć, że mam dla kogo to robić To motywuje, naprawdę

Okay, nie będę wam zanudzać, świętujcie Sylwestra i Nowy Rok, a wszystkie nolife'y łączmy się!! Hahahaha

Więc... Akemashite omedetou gozaimasu!!



P.S. Ten art jest boski *__* jak ja kocham yaoi <3
 

 
Moje serce krwawi. Jeszcze tylko trochę... Czekam aż przestanie bić. Puls przestanie być wyczuwalny, a oddech ustanie. Umrę w samotności niepozostawiając po sobie nic, co byłoby warte zapamiętania mojej osoby. Umrę, a ziemia nad moim grobem nasiąknie łzami, ale w upalny dzień one wyparują i już ich nie będzie... Ulecą jako para, tak samo jak wspomnienie o mnie... Pozostanie tylko grób zarośnięty trawą i jeden palący się znicz, w którym ogień też niedługo zgaśnie
 

 
Iść, ale po co? Jaki jest tego sens? To już nie jest życie, tylko jałowa egzystencja. Może powinnam to zakończyć. Jak najszybciej. Jak najdalej. Zrobić to szybko i odejść. Stawiam powoli kroki. Jeden za drugim. Nie wiem dokąd zmierzam, ważne, że daleko. Głowę mam spuszczoną. Nie zamierzam jej podnosić. Nie chcę patrzeć na te wszystkie szczęśliwe twarze. Wtedy boli bardziej. Ich uśmiechy wbijają się w moje serce jak sztylety z trucizną. Rozlewa się po moim wnętrzu wyniszczając całą mnie. Nawet duszę. Iść, ale po co? Aby poczuć się szczęśliwą. Tu nie znajdę tego. Jest jedyny sposób, aby wreszcie pozbyć się tego okrutnego uczucia samotności i bólu i zastąpić go wolnością ducha i wszechogarniającym szczęściem. Idę, aby wyjść na powitanie świtu i Jego. Weźmie mnie w swe objęcia i powie, jak kocha swoje dziecko. Idę spotkać mojego Ojca. Nikt nawet nie zauważy. Jestem niewidzialną istotą, która zaraz zakończy swój marny żywot. Zaraz zacznie świtać, a stalowy strażnik zabierze mnie do Pana. Stoję na peronie i patrzę w beton. Słyszę dzwonki. Szlabany opadają. Zbliża się. Moje zbawienie. Moje wyzwolenie. Moja przepustka do szczęśliwego życia. Już widzę światła. Stalowy strażnik trąbi na moje powitanie. Uśmiecham się do siebie. "Będę szczęśliwa" powtarzałam jak modlitwę, której uczyłam się w dzieciństwie. Jeszcze tylko chwilkę. Tylko sekundy i spotkam się z Nim. Da mi szczęście, którego tu nie zaznałam. Trzy... dwa... Jeden. Skoczyłam pod koła stalowego strażnika. Nie poczułam nic.
  • awatar Dath: No kochana widze potencjal xd nie widzialam jeszcze zbyt duzo twoich mrocznych wydan ale podoba mi sie :) :* moze i ja w koncu cos napisze xd
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Witam was
Na tym blogu będę zamieszczać wszystko co mi wpadnie do głowy. Zwykle to będą jakieś one shoty lub krótkie opowiadania. Kocham pisać i w każdej wolnej chwili staram się coś naskrobać.
Bohaterowie będą z przeróżnych anime, mang, artow czy vocaloidy (jestem otaku i mam na tym punkcie fioła, więc jeśli ci to nie odpowiada odpuść ten blog teraz )
To nie jest mój pierwszy blog, ani pierwsze próby pisania Mam kilka innych blogów i głównie "specjalizuję się" w ff (głównie One Direction)(zainteresowani pytają o link)
Mam zamiar również wydać jakąś powieść
Jeśli macie jakieś pytania to śmiało pytajcie Odpowiem na wszystko
Pozdrawiam, Sayori