• Wpisów: 64
  • Średnio co: 22 dni
  • Ostatni wpis: 194 dni temu, 00:58
  • Licznik odwiedzin: 9 864 / 1450 dni
 
sayorinekomori
 
~Rozdział nie sprawdzany~

O czym to ja wcześniej mówiłam? Czas, tak? Cóż… Minęło pół roku od tego pamiętnego wydarzenia. Wiele się pozmieniało.
Zacznijmy od tego, że zdetronizowali moją matkę. Dwa miesiące temu lud wszczął bunt na tyle potężny, że gwardziści pałacowi nie dali rady powstrzymać powstania – tym bardziej, że wielu członków armii krajowej brało w nim udział. Królowa przegnieciona do muru zrzekła się korony i uciekła. Nikt nie wie gdzie, ale każdy ma nadzieje, że więcej się nie pokaże. Wiedziałam o wszystkim, jednak nie uprzedziłam matki. Mam lekkie wyrzuty sumienia, ale czy jej się to nie należało? Uciskanie ludu nie jest sposobem uzyskania zaufania. Mimo wszystko to moja matka i czasami łapię się na pytaniach czy jest zdrowa, czy dobrze sobie radzi.
Władzę przejęła ciocia Alexandra do czasu, aż nie ukończę dwudziestu lat. Jednak mam wgląd i decydujący głos w sprawach państwa. Powoli uczę się, jak wszystko funkcjonuje i małymi kroczkami staram się polepszyć życie mieszkańcom – już niedługo – mojego państwa.
Karin i Ronowi urodziła się córeczka. Lorina jest taka śliczna. Od kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy zaczęłam rozmyślać, jakby to było gdybym to ja miała dziecko. Na samą myśl o trzymaniu na rękach takiej małej istotki uśmiecham się.
Po wywiadzie ze mną Ron otrzymał premię i awans społeczny. Kłopoty z pieniędzmi już tak bardzo im nie doskwierają biorąc pod uwagę również to, że co jakiś czas jest wysyłany do mnie o informacje.
Maya i Dorian… są parą. Ich podchody trwały cztery miesiące, ale wszystko dobrze się skończyło. To miłe patrzeć, jak twoi przyjaciele wreszcie znajdują w sobie tyle odwagi, aby wreszcie zmierzyć się z własnymi uczuciami. Cieszy mnie ich szczęście. Choć mam wrażenie, że przy mnie starają się zachować dystans. Nie wiem czy robią to z przyczyn czysto moralnych czy litują się nade mną. Nie muszą. Pogodziłam się z faktem, że straciłam Louisa.
I wreszcie dochodzimy do momentu, który pewnie ciekawi was wszystkich. Od spektaklu nikt nie widział Louisa. Nawet Ron nie miał z nim żadnego kontaktu. Moje wyrzuty sumienia zostały spotęgowane o zniszczenie wieloletniej przyjaźni.
Ciągle starałam się znaleźć dla siebie jakieś zajęcie, aby nie myśleć o nim, ale i tak kończyło się tym, że przeglądałam nasze rozmowy na telefonie. Już nawet nie zwracałam uwagi na to, że płakałam. Często śniła mi się jeszcze scena pod wierzbą na polance czy nad jeziorem. Tak jakby moja własna podświadomość dawała mi w twarz z szyderczym śmiechem przypominała mi na każdym kroku, jaką jestem idiotką. Wiedziałam o tym doskonale, ale czasami ludzie dla siebie samym są większymi potworami niż dla innych. Tyle razy błagałam o wybaczenie, jednak nikt nie słyszał moich modlitw.
Boże, słyszysz mnie?
   
Mimo iż mieliśmy luty na dworze było wyjątkowo ciepło. Słońce przyjemnie ogrzewało moje policzki, gdy żwawym krokiem podążałam na przystanek autobusowy. Chciałam pojechać do centrum zanieść swoje buty do szewca. Czasami, gdy nadarzała się ku temu okazja lubiłam sama załatwiać swoje sprawy. Ostatnimi czasy przyzwyczaiłam się do samotności, więc trzeba było wyjść do ludzi! Nie przewidziałam tylko, że droga na przystanek jest tak długa. Gdy zobaczyłam, jak pojazd ma zamiar ruszać popędziłam, co sił w nogach, aby zdążyć. Następny miał być za godzinę. Przywitała mnie czarna chmura dymów spalinowych. Zaczęłam się dusić. Gdy już w miarę ochłonęłam ze złości kopnęłam grudkę brudnego śniegu. Zdjęłam czapkę z głowy i w akcie wyładowania resztki agresji trzepnęłam nią o słupek ze znakiem przystanku. Przeczesałam srebrne włosy wyjmując je spod kurki i poprawiłam szal. Zaczęłam się poważnie zastanawiać czy lepiej iść do centrum na pieszo czy raczej zawrócić i poprosić, aby ktoś mnie podwiózł.
Rozejrzałam się i zauważyłam, jak w moją stronę podąża czarny samochód. Od razu wpadłam na genialny pomysł. Zaczęłam machać czapką na znak, aby kierowca się zatrzymał. Gdy tylko stanął obok mnie schyliłam się i poczekałam aż potencjalny wybawca otworzy przyciemniane okno. Wreszcie zaczęło się obniżać. Jednak to, kogo ujrzałam we wnętrzu auta zmroziło mnie bardziej niż tegoroczna zima. Mimowolnie cofnęłam się. Moja dolna warga niebezpiecznie zadrżała. Nie…
- Kopę lat – odparł tym swoim zachrypniętym seksownym głosem. – Wsiadasz? – Zapytał lekko zirytowany. Niemrawo pokiwałam głową i dosłownie wgramoliłam się do samochodu. – Dokąd panienka sobie życzy? – Spytał ruszając.
- Do centrum – odpowiedziałam cicho. Byłam zażenowana.
- A trochę więcej szczegółów?
Czułam, że robi się coraz bardziej rozdrażniony. Postanowiłam wziąć się w garść.
- Do szewca – potrząsnęłam swoją skórzaną torbą, mimo iż wiedziałam, że tego nie widzi. – Do Lawlieta – Dodałam. Louis tylko kiwnął głową na znak zrozumienia. Jego grzywka urosła, co było widać po tym, jak zabawnie falowała przy każdym najdrobniejszym ruchu głowy. Miałam wielką ochotę wtopić palce w te puszyste włosy, ale wiedziałam, że nie mogę. Zacisnęłam udami swoje dłonie manifestując zdenerwowanie.
   Cisza, jaka panowała w aucie była przytłaczająca. Po raz pierwszy nie czułam się przy nim komfortowo. Postanowiłam coś z tym zrobić.
- Co u ciebie słychać? – Zapytałam niepewnie starając się go nie zdenerwować. Jeszcze by mnie zostawił w środku lasu.
- Jakoś leci – odparł zbywając mnie. Zacisnęłam wargi i po chwili je zagryzłam. Wjechaliśmy w jakąś dziurę, przez co ugryzłam się tak mocno, że poczułam metaliczny posmak w ustach.
- Auuu – jęknęłam.
Louis zjechał na pobocze i spojrzał na mnie dziwnie przerażonym wzrokiem.
- Co się stało?
- U-ugryzłam się – przyznałam cicho kuląc się w sobie i lekko oddalając od niego. Nie chciałam go rozzłościć faktem, iż zatrzymał się tylko dlatego, że przegryzłam sobie wargę.
Louis przechylił lekko głowę i przyjrzał mi się bacznie.
- Boisz się czegoś? – Zapytał poważnie.
- N-nie – wyjąkałam.
Brunet zmarszczył brwi i chwycił mnie za podbródek. Kciukiem rozchylił moje wargi, aby mieć lepszy podgląd na „szkody”.
- Nie zagryzaj warg – powiedział puszczając mnie jakbym parzyła. – Takie marnotrawstwo – dodał tak cicho, że nie byłam pewna, czy aby przypadkiem sobie tego nie wyobraziła. – A co panienka robi sama w lesie? – Spytał ponownie wracając na szosę. – Nie boi się panienka, że panienkę ktoś napadnie? - Subtelnie próbował mi przypomnieć, że go okłamałam.
- Spóźniłam się na autobus – odparłam starając się zachować obojętność na jego docinki.
- Dama błękitnej krwi jeździ autobusem? – Udał zszokowanie. Zacisnęłam szczęki i zamknęłam oczy. Policzyłam w myślach do pięciu starając się uspokoić i nie dawać po sobie poznać, że jego werbalne ataki robią na mnie wrażenie.
- Przestań, proszę – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. W odpowiedzi tylko się zaśmiał. Gdzie się podział tamten Louis? Ah tak… Zniszczyłam go.
Próbowałam powstrzymać łzy. Marzyłam, abyśmy wreszcie byli na miejscu. Chciałam wysiąść z tego samochodu i uciec od tego upokorzenia.
- Gratuluję – przerwał ciszę. – Wreszcie pozbyłaś się mamusi.
- Nie ja. Lud wreszcie się zbuntował – mówiłam, jakby ten temat był mi zupełnie obojętny.
- I nie miałaś z tym problemu? To jednak twoja matka – co takiego on próbował osiągnąć?
- Sama jest sobie winna – zacisnęłam pięści, a paznokcie nieznośnie wbijały mi się w skórę. Nic już nie odpowiedział. Resztę drogi przejechaliśmy w milczeniu. Miałam wrażenie, że ta cisza mnie dusi. Tęskniłam za tymi niby-przypadkowymi dotknięciami, za delikatnymi uśmiechami, za czułymi słówkami… Tęskniłam za nim, ale teraz, gdy siedzi obok mnie wiem, że te czasy już nie wrócą.
Louis zatrzymał się pod warsztatem Lawlieta. Spuściłam wzrok.
- Dzi-dziękuję, za podwiezienie. Odwdzięczę się – oznajmiłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Drobiazg – odparł nawet nie mnie nie patrząc.
- To… Do zobaczenia – ostatni raz na niego spojrzałam. Odwrócił twarz w moją stronę. Nasze oczy się spotkały. Szmaragd stracił swoją intensywną barwę.
- Taa, cześć – pożegnał się beznamiętnie. Zdusiłam w sobie szloch i szybko wysiadłam z auta.
Zrobiło się chłodniej. Jakby pogoda była jakoś powiązana z moim nastrojem. Poprawiłam szalik i zaciskając palce na pasku od torby ruszyłam do warsztatu.

- Dziękuję. Dowidzenia – pożegnałam się z Lawlietem i wyszłam z ogrzanego budynku. Zimny wiatr uderzył w moją twarz. Opatuliłam się szalikiem i ruszyłam w stronę przystanku. Było już dość ciemno, więc musiałam bardziej uważać na lód.
- Hahahaha, przestań! – Usłyszałam czyjś śmiech i mimowolnie zerknęłam w tamtą stronę. Ujrzałam na ławce dwójkę nastolatków. Dziewczyna siedziała na kolanach swojego chłopaka, śmiała się z jego słów i co jakiś czas obdarowywała subtelnym całusem. Uśmiechnęłam się smutno. Miło jest patrzeć na zakochaną parę, ale trudniej to znieść, gdy jeszcze niedawno siedziało się obok swojej miłości, którą się zraniło.
Próbowałam powstrzymać łzy mówiąc sobie, że już niedługo będę w domu i tam będę mogła ryczeć do woli. Jednak one najwyraźniej postanowiły nie słuchać. Pociągnęłam nosem i przetarłam oczy zimną dłonią.
Boże, chciałabym zacząć wszystko od nowa. Proszę… Błagam…
Nagle na kogoś wpadłam. Los, jak zwykle postanowił wziąć sobie mnie na cel swoich żartów, więc pod moimi nogami znalazła się zamarznięta kałuża, na której się poślizgnęłam i wpadłam w ramiona sprawcy całego zdarzenia.
Zacisnęłam powieki nie mając zamiaru ich otworzyć. Chciałam, aby w ramionach trzymał mnie Louis, jak tamtego dnia. Bałam się, że gdy je otworzę to nie będzie on.
- P-przepraszam. Zagapiłam się – rzekłam. Nieświadomie powiedziałam to samo, co wtedy.
Boże, to jest to Twoje „wszystko od nowa”?
- To ja powinien przeprosić. Nie zauważyłem cię – moje serca na moment stanęło. Ten głos. Ten sam rozbawiony ton. – Pierwszy raz cię tu widzę – odparł, a ja odważyłam się otworzyć oczy. Ujrzałam go. Twarz anioła. Rozbawione szmaragdy zamiast oczu. Promienny uśmiech.
Boże…
Mimo iż jego słowa powinny mnie rozzłościć, zaśmiałam się. Postanowiłam zagrać w jego grę.
- Ah, przyjechałam ze stolicy. Dopiero niedawno zdecydowałam się tu zamieszkać – bez kłamstw. Czysta prawda.
- Przyjechałaś sama? – Najwyraźniej spodobała mu się niewypowiedziana zasada: „Zero kłamstw”, bo rozpromienił się jeszcze bardziej. Zeszliśmy ze środka chodnika i ukryliśmy się pod latarnią, która już rozświetlała przechodnią drogę.
- Nie, z służbą.
Jego brew uniosła się, a sam przybliżył się do mnie.
- Czyli pani z wyższych sfer, tak? – Zapytał pokazując mi rzędy swoich białych zębów.
- Można tak powiedzieć – zaśmiałam się. Nasza rozmowa nie miała sensu.
- Co masz na myśli? – Próbował wyciągnąć ze mnie słowa, których nie wypowiedziałam wtedy.
- A zachowasz to w sekrecie? – Przybliżyłam usta do jego ucha. Widziałam jak zadrżał pod wpływem mojego ciepłego oddechu.
- Zależy, co z tego będę miał – wymruczał. Oboje czuliśmy, że to już nie jest zabawa.
- Uwierz mi, że cena będzie adekwatna do tajemnicy – uśmiechnęłam się do niego i patrzyłam, jak seksownie zagryza wargi.
- W takim razie słucham – uśmiechnął się chytrze. Zbliżyłam się bardziej do jego ucha i wyszeptałam muskając ustami płatek jego ucha.
- Nazywam się Rosaline Susan. Jestem księżniczką – odsunęłam się od Louisa i spojrzałam mu w twarz. Jego usta były wykrzywione w promienny uśmiech, a oczy lśniły znowu swoim intensywnym kolorem. Wyciągnął dłoń i pogłaskał mnie po policzku.
- I nie mogłaś powiedzieć tego wtedy? – Zapytał ze śmiechem. Przyłożyłam swoją dłoń do jego i splotłam ze sobą nasze palce.
- Bałam się – wyszeptałam. Poczułam, jak łza, które właśnie wypłynęła z mojego oka zamarza mi na policzku. Louis szybko ją starł.
- Już się nie boisz? – Spytał przyciągając mnie jeszcze bliżej siebie.
- Boję, ale czegoś innego – przyznałam przylegając do jego ciała.
- Powiesz mi? – Objął mnie w talii i oparł brodę na mojej głowie.
- Że znów cię stracę.
- Cóż… Za dochowanie tajemnicy czeka mnie nagroda, prawda? – Jego klatka piersiowa zadrżała, kiedy się zaśmiał. Zadarłam głowę do góry, abym mogła spojrzeć mu w oczy.
- Z-zrobię wszystko – oznajmiłam z lekkim wahaniem. Jakaś cząstka mnie obawiała się, że za tym jego zachowaniem kryje się zemsta.
Louis uśmiechnął się i ujął moją twarz w swoje dłonie.
- Kochaj mnie – rzekł całując mnie w czoło. Serce mi zadrżało. – Bądź ze mną – ucałował mnie w zmarznięty nos. Boże. – Nie okłamuj mnie – złączył nasze usta w delikatnym pocałunku. Na początku wargi tylko się muskały. Westchnęłam i rozchyliłam je dając mu jednocześnie pozwolenie na dalsze działanie. Od razu skorzystał z okazji i wtargnął językiem w czeluści moich ust. Wchodził i wychodził językiem drażniąc się ze mną. Jednak ta zabawa nie trwała długo. W końcu i jego to znudziło i zaczął całować mnie w ogromną pasją. Jakby chciał nadrobić te pół roku.
- Obiecujesz mi to? – Wydyszał odrywając się ode mnie na kilka centymetrów.
- Obiecuję.
Uśmiechnął się i znowu wpił w moje usta.

Siedzieliśmy wtuleni w siebie na fotelu przed kominkiem w salonie głównym opatuleni w puszysty koc. Trzymałam głowę na jego ramieniu, a on bawił się kosmykami moich włosów.
- Gdzie się podziewałeś tyle czasu? – Zapytałam nie odrywając wzroku z ognia.
- Tu i ówdzie. Jeździłem po kraju z pewną trupą teatralną. Chciałem się trochę odizolować od tego miejsca i przemyśleć parę rzeczy – odpowiedział. – Chciałem cię znienawidzić – przyznał po chwili. Auć. Wmawianie sobie czegoś, a usłyszenie tego, to dwa zupełnie różne rzeczy. – Ale nie potrafiłem – pocałował mnie we włosy. – Kochałem cię, więc trudno mi było zapomnieć o tych wszystkich chwilach. Zastanawiałem się, które z nich były prawdziwe, a które nie. To było trudne – zadrżałam i to bynajmniej nie z zimna. Wtuliłam się bardziej w Louisa, a on czule objął mnie ramieniem wciągając na swoje kolana. – Będąc ciągle w drodze trudno było dowiedzieć się czegokolwiek o tym, co się dzieje w kraju, ale jakoś na początku września kupiłem pierwszą lepszą gazetę. A co w niej było? Artykuł mojego najlepszego przyjaciela o tajemnicy księżniczki – zaśmiał się. – Na początku chciałem to ominąć, ale coś mi mówiło, że powinienem to jednak przeczytać. Gdy dotarłem do fragmentu, że jednak mi powiedziałaś o tym, kim jesteś miałem ochotę dać sobie w twarz. Rose, przepraszam – odwrócił mnie w swoją stronę i mocno przytulił. – Przepraszam.
- To nie ty jesteś tą osobą, która powinna przepraszać – zaśmiałam się nerwowo odsuwając go od siebie. Oparliśmy swoje czoła o siebie. – To ja powinnam przepraszać.
- Wybaczam ci. W końcu nie robiłaś tego z premedytacji – pocałował mnie w policzek. – A ty? Wybaczasz mi? – Zamruczał niczym kot wtulając się w moją szyję. Westchnęłam z rozkoszy, gdy poczułam jego wargi na wrażliwej skórze. Przekręciłam się tak, że teraz siedziałam na nim okrakiem. Zarzuciłam mu ręce na szyję i nawet nie przejęłam się tym, że koc zsunął się na podłogę.
- Wybaczam – musnęłam jego wargi i pociągnęłam lekko za włosy.
- Mmmm… - wymruczał kładąc jedną dłoń na mojej talii, a drugą zaczął sunąć po moim udzie. – Pokażesz mi, jak bardzo tęskniłaś? – Zapytał z tym swoim złośliwym uśmieszkiem, a ja poczułam, jak moje policzki zaczynają przybierać barwę dorodnych pomidorów. – Oh, ktoś się tu zawstydził – zaśmiał się przesuwając swoje dłonie na moje pośladki. Ścisnął je, a z moich ust wydobył się jęk. – To chyba znaczy, że bardzo – spojrzał mi w oczy i mocno wpił się w moje usta. Sunął językiem po mojej dolnej wardze, a ja bez wahania je rozchyliłam. Całował namiętnie i czule. Czułam, jakbym się rozpływała pod wpływem jego warg. Przylgnęłam do niego jeszcze bardziej sprawiając, że nie istniała już między nami żadna odległość.
- A… Co… Jeśli… Ktoś… Wejdzie – wzdychałam między pocałunkami.
- To może się gdzieś przeniesiemy? – Zapytał odsuwając się ode mnie. Widziałam, jak za mgłą. Louis obrócił mnie bokiem do siebie. Jedną dłonią mnie objął, a drugą wsunął pod moje kolana i jednym płynnym ruchem wstał. Czułam się, jak dziecko, ale byłam szczęśliwa, że to on się mną zajmuje.
- Prowadź, moja pani – pocałował mnie w czoło i skierował się do mojego pokoju według moich wskazówek.

tumblr_m8vlrbWxfo1rbwurho1_500_large.png


Meri Kurisumasu Robaczki!!
No cóż... Miałam wstawić wczoraj... Ale hej! Jest dopiero pierwsza w nocy ^^ Godzinka w te czy we wte, nikogo nie zbawi ;p
Jezu, czy ze mną jest coś nie tak, skoro najlepiej się czuję pisząc takie sceny, jak ta pod koniec?? Że wtedy wydaje mi się, że jest najlepiej?? Gdyby nie fakt, że jest pierwsza, a mój komputer znajduje się w innym pokoju i klawiatura, jak i światło przeszkadza moim rodzicom to pewnie bym opisała ich seks -_-" Ale to przecież nie jest erotyk!! (Choć Sayori bardzo by chciała to opisać :) )
Dla naprostowania... Louis czekał, aż Rosaline wyjdzie od Lawlieta :) Po prostu nie chciał, aby wzięła go za jakiegoś stalkera ;) A pod przystankiem to przypadek :) Biedny musiał przemyśleć dalszy plan działania i nieźle się przy tym powstrzymywać, bo rzuciłby się na Rose ^^ Ah, mój niegrzeczny chłopczyk :3 (Udajmy, że tego nie było ;p)
Tak więc, czeka nas epilog... Tylko nie wiem czy jutro czy pojutrze... To zależy od wielu czynników. Im większa kurwica w domu tym prawdopodobieństwo wcześniejszego terminu większe :3
Moi kochani nauczyciele się zmówili i na święta trzeba się uczyć... Czy wy też 4 i 5 idziecie do szkoły, czy tylko moja dyrka jest taka wspaniałomyślna, aby nie wykorzystywać dni dyrektorskich?? Cudownie -_- ale co zrobisz?? Nic nie zrobisz :/

Ogólnie zamierzam założyć nowego bloga na bloggerze, na którym będą tylko opowiadania yaoi. Czekam tylko na szablon od koleżanki, aby ruszyć z parą :D Tu będą tylko na takie słodkości, jak Princess :3 Tak tylko pytam czy znajdzie się ktoś, kto będzie tam zaglądał??

Dobra, koniec tego!! Zaraz mnie opieprzą, więc spadam :*
Dobranoc, Robaczki :*

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
  •  
     
    Ja też idę 4 i 5 do szkoły, więc nie jesteś sama, a co do opowiadania. Serduszko bije mi jeszcze z wrażenia nad końcówką, naprawdę te sceny i są twoim konikiem :D Szkoda, że to już koniec, bo naprawdę lubię tą historię, cieszę się, że udało im się pogodzić i, że są razem :D