• Wpisów: 64
  • Średnio co: 22 dni
  • Ostatni wpis: 194 dni temu, 00:58
  • Licznik odwiedzin: 9 864 / 1450 dni
 
sayorinekomori
 
Obudziłam się z dziwnym przeczuciem, że dziś coś się stanie i to niekoniecznie będzie dobre. W związku z tym, że to był najgorętszy dzień w sierpniu od lat, nie miałam siły, aby dalej zagłębiać się w tą zagadkę.
Ubrana w jasnożółtą zwiewną sukienkę na ramiączka „nieodpowiednią dla kogoś, tak szlachetnie urodzonego, jak ja” oraz złote sandałki na rzemyku i tak spacerowałam po korytarzach pałacu, jednocześnie wachlując się pięknym wachlarzem z różowym kwiatowym wzorem, zakończonym czarną koronką. Chłodne powietrze dodawało ukojenie rozgrzanej skórze, ale nadal brakowało mi chęci do czegokolwiek. Zastanawiałam się nad przejażdżką, ale Ramon nienawidzi takich temperatur w takim samym stopniu, co ja, więc nie mogłabym zrobić mu czegoś takiego.
Z Louisem nie widziałam się od dłuższego czasu, ponieważ właśnie trwały ostateczne przygotowania do premiery ich spektaklu. Miał się odbyć w następnym tygodniu. Bardzo chciałam na niego iść, ale wolałabym nie pojawiać się na premierze z przyczyn oczywistych.
   
Właśnie miałam wejść do kuchni, aby wziąć sobie coś do picia, gdy ni stąd ni zowąd pojawił się Dorian. Był zziajany i lekko przerażony.
- Co się stało? – Spytałam i automatycznie położyłam mu dłonie na ramionach.
- Louis… - sapnął.
- Boże, co z nim!? – Przestraszona potrząsnęłam przyjacielem. W głowie zaczęły pojawiać mi się najczarniejsze scenariusze.
- On tu jest! W pałacu!
Momentalnie zdębiałam.
- Co? Ale jak? Po co? Co!? – Zaczęłam nerwowo chodzić w kółko, aby tylko nie wpaść w histerię.
- Przyszedł, aby zaprosić KSIĘŻNICZKĘ i SUSAN na spektakl – powiedział to z takim wyrzutem, że poczułam się, jakby to moja matka mnie karciła.
- Co mu powiedziałeś? – Starałam się myśleć w miarę trzeźwo próbując jednocześnie wymyślić jakiś dobry plan wymigania się.
- Księżniczka jest na przejażdżce i nie wiadomo, kiedy wróci, ale pójdę po Susan.
- Dobrze, dobrze, dobrze… Ugh! Trzeba coś wymyślić…
- Mam doskonały pomysł. Skończ tą maskaradę – spojrzałam mu w oczy. Spodziewałam się gniewnego spojrzenia, a napotkałam tylko współczucie. – Ranisz nie tylko jego, ale również siebie i tych, którzy przypadkowo się w to wmieszali. Daj już spokój. Ile jeszcze tak pociągniesz? On się w końcu dowie i to niekoniecznie od ciebie.
Jego słowa kłuły niczym kolce róży. To bolało tak bardzo, ponieważ wiedziałam, że to prawda.
- Wiem – zamknęłam oczy, aby powstrzymać łzy. – Ale nie chcę go stracić – wyznałam dość egoistycznie. Czy wszystkie zakochane nastolatki mają takie problemy?
- Jeśli jego uczucia względem ciebie są prawdziwe to wybaczy ci. Ja bym tak zrobił – posłał mi delikatny uśmiech i przygarnął do siebie. Jego silne ramiona dawały mi pewność, że zawsze mogę na niego liczyć nawet, jeśli chodzi o podanie chusteczki, bo czuję, że zaraz pobrudzę mu koszulę.
- Dziękuję – rzekłam odrywając się od niego. – Doceniam to. Gdzie on jest? – Zapytałam.
- W saloniku dla gości.
Po usłyszeniu tego zdania zbladłam. To było ulubione miejsce cioci. Jeśli by go tam spotkała wszystko momentalnie by się skończyło, a ja nie miałabym szans na wybaczenie z jego strony.
- Dzięki – pocałowałam go w policzek, wcisnęłam mu w dłonie wachlarz i wbiegłam do kuchni. Porwałam jeden z fartuszków wiszących na haczyku przy drzwiach. – Pożyczam! – Krzyknęłam i pognałam do salonu błagając w duchu, aby cioci tam nie było. Jednak biorąc pod uwagę, że los się na mnie uwziął ujrzałam, jak właśnie stamtąd wychodzi. Widząc mnie, biegnącą w jej stronę i jednocześnie zawiązującą fartuszek na plecach, zatrzymała się osłupiała.
- Umm… Skarbie?
- Co mu powiedziałaś? – Szepnęłam, aby przypadkiem Louis mnie nie usłyszał.
- Spytał o ciebie i jakąś Susan, twoją pokojówkę – ciocia również zaczęła szeptać. – Chciałam naprostować, że to Maya, ale Dorian mnie uprzedził mówiąc, że jesteś na przejażdżce i zaraz pójdzie po Susan. O kogo mu chodziło?
- O mnie – widząc jej zdezorientowany wzrok dodałam szybko. – Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię.
Ciocia uśmiechnęła się ciepło i pogłaskała mnie po głowie.
- Wysłucham wszystkiego, co masz mi do powiedzenia. I wierzę, że poradzisz sobie w tej… skomplikowanej sytuacji – pocałowała mnie w czoło. – Powodzenia.
I odeszła. Wzięłam głęboki oddech i uśmiechając się od ucha do ucha weszłam do salonu.
- Sue! – Louis od razu się podniósł z fotela i wziął mnie w ramiona.
Boże, nie dam rady!
- Louis… - zaczęłam, a on jak oparzony odskoczył ode mnie.
- Przepraszam. To nie jest miejsce na to, ale cieszę się, że cię widzę – posłał mi tak zniewalający uśmiech, że poczułam, jak miękną mi kolana.
- Też tęskniłam. Czemu nie napisałeś?
- Chciałem, żeby to była niespodzianka. Dwie pieczenie na jednym ogniu! Spotkanie z tobą i księżniczką! Ale skoro jej nie ma, to mam więcej czasu dla ciebie – posłał mi ten swój chytry uśmieszek.
Oj, te pieczenie to się chyba już spaliły na węgiel.
Dopiero teraz zauważyłam, że ma białą koszulę wciągniętą w czarne lniane spodnie. Wyglądał elegancko i niezwykle pociągająco.
Boże, za co?
- Usiądźmy – zaproponowałam. Louis usiadł na swoim poprzednim miejscu, a ja na fotelu naprzeciwko. Dzielił nas tylko mały, niski, okrągły stoliczek. – Więc?
- Chciałem zaprosić ciebie i księżniczkę na nasz spektakl, choć osobiście zależy mi na twojej obecności – nachylił się nad stolikiem i chwycił mnie za dłoń, która spoczywała na podłokietniku. Potarł delikatnie kciukiem jej wierzch, a ja nie mogłam przestać myśleć, jak bardzo ta sytuacja jest popaprana.
- Louis… - westchnęłam, mimo wszystko wzruszona. – To naprawdę miło z twojej strony. Dziękuję.
- Dla ciebie wszystko – uśmiechnął się ukazując rzędy białych zębów.
- Nie jestem pewna, czy księżniczka zgodzi się przyjść na premierę – odezwałam się smutno po chwili ciszy.
- Hmm… To mogłaby być niezła reklama dla naszego teatru. Może wtedy główny urząd dałby nam dotacje na remont, a nie tylko o tym „myślał” – mówiąc to skrzywił się.
- Rozumiem, ale to… - zawiesiłam się nagle nie wiedząc, co powiedzieć. – Nie jest takie proste – zwiesiłam głowę.
- Proszę cię.
Louis nagle znalazł się obok mnie. Klęczał przede mną chwytając moją twarz w swoje dłonie. Już nie były zimne. Były ciepłe. Widać, że takie temperatury oddziałują również na niego.
- Spróbujesz? – Zapytał błagalnym tonem. Jego oczy wydawały się lśnić. Nie potrafiłam im odmówić. Nie potrafiłam mu powiedzieć „Nie”. Ten teatr jest dla niego naprawdę ważny, a on jest ważny dla mnie, dlatego nie pozostawił mi wyboru.
- Spróbuję – westchnęłam gładząc jego szczękę teraz idealnie gładką. Odwrócił głowę, aby ucałować wnętrze mojej dłoni.
Będzie mi tego brakowało.
- Louis… - Zaczęłam niepewnie.
- Tak? – Spojrzał na mnie tak czułym wzrokiem, że mogłoby się wydawać, że przede mną nie znajduje się Louis, a raczej anioł. Mój anioł, którego siłą usidliłam dając jakąś nadzieję na wspólne życie. Ciekawe, co wybierze? Mnie czy nicość i zesłanie do grona upadłych?
- Jest sposób, abyś zawsze był ze mną? – Zapytałam drżącym głosem. Zaczęłam nerwowo bawić się jego włosami. Sunęłam palcami po całej jego głowie. Puszyste włosy przerzedzały się między moimi palcami powodując przyjemne uczucie łaskotania.
- Kochaj mnie – powiedział pewnie i bez wahania. – Bądź ze mną – przywarł do mojego ciała wtulając głowę w mój brzuch. Objął mnie szczelnie ramionami wokół pasa i nie chciał puścić. Tak jakby się bał, że zaraz zniknę. – Nie okłamuj mnie.
Zagryzłam mocno dolną wargę, a pojedyncze łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Pochyliłam się dając mu jeszcze więcej bliskości. Przypominał mi małe dziecko, które opuszczone przez matkę szukało schronienia w ramionach kogoś innego.
Pociągnęłam nosem i spojrzałam w stronę drzwi mając przeczucie, że ktoś nas obserwuje. Miałam racje. Oparta o framugę stała księżna Alexanda. Patrzyła na nas ze współczuciem i czymś, czego nie potrafiłam rozszyfrować. Jednak moja intuicja podpowiadała mi, że to był zawód i rozczarowanie.

Od wieków w naszym państwie panował zwyczaj, który mówił, że podczas ważnych uroczystości państwowych, religijnych czy choćby wystawnych bankietów lub zwykłego wyjścia do teatru ubierano się w iście królewskie stroje. To było naprawdę niesamowite uczucie widzieć tylu wystrojonych ludzi mając jednocześnie świadomość, że w hierarchii są prawie na dnie. Tak, jak dzisiaj.
Z nerwów zaciskałam pięści na muślinie mojej rudej sukni i co chwila poprawiałam okulary przeciwsłoneczne lub kapelusz. Zrobiłam wszystko, aby moja tożsamość pozostała tajemnicą, przynajmniej do czasu zakończenia spektaklu. Nie mniej jednak ciągle miałam wrażenie, że wszyscy patrzą akurat na mnie. Musiałam zachować spokój. Strzepałam niewidzialny kurz z sukni i wyprostowana i pełna gracji ruszyłam w stronę mojego miejsca, które – o zgrozo – było w pierwszym rzędzie.
- Myślisz, że dasz radę? – Zapytała Maya, która mi towarzyszyła. Szła krok za mną z przyzwyczajenia, dlatego zwalniałam, abyśmy mogły iść ramię w ramię. Czułam się wtedy spokojniej.
- Muszę. Podjęłam decyzję i nie mogę się teraz wycofać.
Ciągle powtarzałam sobie w myślach ewentualny przebieg wydarzeń. Niestety większość kończyła się istną katastrofą.
Zajęłyśmy nasze miejsca. Zdjęłam kapelusz, po czym Maya od razu go pochwyciła. Rozejrzałam się dookoła znad okularów i obserwowałam tłum. To dziwne, ale będąc wśród tych ludzi bez żadnej ochrony, z prawdopodobieństwem rozpoznania, czułam się… Dumna z siebie? To dobre określenie? Będąc w tym miejscu, to tak, jakbym publicznie zrzuciła kajdany władzy rodzicielskiej i weszła na swoją własną drogę ku władzy, na zupełnie innych zasadach. Nie byłam jednak pewna, czy po tym, co niedługo się wydarzy, nadal będą chcieli takiej królowej.
Zmarszczyłam brwi i zagryzłam wargę.
- Nie gryź – Maya uścisnęła mi dłoń ukrytą pod białą aksamitną rękawiczką. – Zrobi się rana. Nie martw się. Nie jesteś sama – uśmiechnęła się do mnie promiennie, na co ja delikatnie odpowiedziałam tym samym mocniej ściskając jej szczupłe palce.
- „Prosimy o zajęcie miejsc. Spektakl już za chwilę się rozpocznie” – z ukrytych głośników wydobył się zniekształcony głos.
Widownia zaczęła się zapełniać. Ktoś usiadł obok mnie. Był to starszy mężczyzna w okularach. Ubrany był w stary frak z kilkoma łatami. Uśmiechnęłam się do siebie na myśl, że sentyment może mieć aż taką siłę, że pozbycie się jakiejkolwiek rzeczy jest niezwykle trudnym zadaniem.
- Uwielbiam teatr – starszy pan lekko pochylił się w moją stroną zaczynając rozmowę. Zdjęłam okulary z nosa i spojrzałam na niego przyjaźnie.
- Ja również. Niestety, nie było mi dane często się pojawiać w takich miejscach – odparłam obserwując, jak mężczyzna przez chwilę bacznie mi się przygląda, po czym skina głową w sposób charakterystyczny. Tak, jak wita się monarchę.
- Wielka szkoda – westchnął. Światła zaczęły powoli gasnąć. – O, zaczyna się – rzekł podekscytowany.
Westchnęłam w zwróciłam głowę w kierunku sceny. Kurtyna poszła w górę.

Widziałam kawałek próby, ale to nie mogło się równać z tym, co ujrzałam na scenie. Gra wszystkich uczestników była fenomenalna! Nie rozumiałam, czemu nikt nie chciał ich wspomóc finansowo.
Jako pierwsza wstałam i zaczęłam klaskać. Cała reszta poszła w moje ślady. Miałam wrażenie, że pomiędzy dźwiękami obijanych o siebie dłoni słyszałam: „Księżniczka”.
Błagam, niech to nie będzie prawda.
Aktorzy ukłonili się chyba z dziesiąty raz i za każdym razem widziałam, jak Louis patrzy na mnie ze sceny i posyła mi promienny uśmiech.
Boże, błagam. Nie zabieraj mu tego uśmiechu.
Artyści zaczęli powoli opuszczać scenę, aby zejść do widowni. Niestety moje przypuszczenia się sprawdziły. Ludzie przylgnęli do mnie pytając, czy to na pewno „ja”. Nie miałam szans na dojście do głosu w tym hałasie.
- Przepraszam, przepraszam – wśród tego całego szumu usłyszałam donośny głos Louisa i po chwili ujrzałam, jak przepycha się między ludźmi.
Przepraszam.
Wśród zgromadzonych zapanowało niezadowolenie, że ktoś w ogóle śmiał się tak zachować. W końcu Louis stanął ze mną twarzą w twarz.
Przepraszam!
- Sue, tak się cieszę, że przyszłaś – rzekł i wziął mnie w ramionach, co było tylko dolaniem oliwy do ognia rozgniewanego tłumu.
- Jak on śmie?
- Kim on jest?
- Czy jest blisko z księżniczką?
- Cóż za brak wychowania!
- Louis – jęknęłam bliska rozpaczy. Odsunął się ode mnie. Patrzył mi w oczy z szokiem i niedowierzaniem. Obejrzał się. Ciągle było słychać te wszystkie uwagi na nasz temat.
- Louis – odepchnęłam go na długość moich ramion. Wyprostowałam się i spojrzałam mu w oczy. Dolna warga i podbródek niebezpiecznie zadrżały. Przełknęłam wielką gulę, która pojawiła się w moim gardle.
PRZEPRASZAM!
- Nazywam się Rozaline Susan. Jestem następczynią tronu – powiedziałam to tak obojętnym tonem, jakbym była wyprana z wszelkich emocji. Uwierzcie, w tej chwili tego chciałam, bo ból, jaki wywołało pęknięcie mojego serca był nie do zniesienia.
Zacisnęłam oczy i wargi, po czym je otworzyłam i ujrzałam coś, co mnie zabiło już ostatecznie.
W oczach Louisa pojawiły się łzy. Smutek, ból, rozczarowanie… Żadna obietnica, jaką sobie złożyliśmy nie była istotna, bo one już nie istniały. Zmieniły się w pył i odleciały.
- Louis, ja… - zaczęłam próbując dotknąć jego ramienia, ale on odtrącił moją dłoń. Publicznie.
- Nie chcę teraz tego słuchać – warknął. Jęknęłam żałośnie pozwalając łzom spłynąć po moich policzkach. Pokręcił głową zrezygnowany i uciekł wciskając się między ludzi. Nie odwrócił się. Nawet nie śmiałam marzyć, że wróci.
Zadrżałam, ale starałam się opanować. Do moich uszu dochodziło tysiące głosów, jednak nie rozumiałam nic. Wszystko słyszałam, jakby pod wodą. Łzy ograniczały mi widoczność. Starłam je z twarzy pozostawiając resztki makijażu na palcach białych rękawiczek. Ruszyłam do wyjścia ignorując pytania dziennikarzy. Nogi miałam, jak z waty, ale mimo to szłam dalej wyprostowana z dumnie uniesioną głową. Chciałam zachować resztki godności.
Zepsułam wszystko.
Zepsułam to, co było między mną a Louisem.
Zepsułam swoje relacje z matką, jakie by nie były.
Zepsułam spektakl, który mógł uratować to miejsce.
Zepsułam reputację mojej rodziny.
Przepraszam tato… Chyba nie jestem godna, aby nosić twoją koronę. Nie jestem godna, aby być twoją córką… Przepraszam, tato…

154228_er6b4xcg02toj9z8yifw1ukhla73vnsq5pdm.gif


Czy ktoś tu jeszcze jest?? Mam nadzieję ;)
Bardzo, bardzo, ale to bardzo przepraszam was, że musieliście tak długo czekać, ale jak zawsze pod koniec jakiegoś opowiadania tracę w nie wiarę. Jakby dołożyć do tego brak czasu to już w ogóle :'(
Chciałam wycisnąć z was łzy, ale nie sądzę iż mi się to udało :/ Jakiś cichy głos w mojej głowie mówi mi, że coś schrzaniłam, ale pozostawmy to w spokoju ^^ Lepszy już chyba nie będzie xd
Mam małe wrażenie, że robię z Louisa ciapę ;p
Dobrze... Czekają nas prawdopodobnie jeszcze dwa rozdziały i koniec. Muszę spiąć dupsko i skończyć to do świąt (taaaa, ciekawe kiedy znajdę na to czas, gdy ma się sprawdzian z historii i WOS-u i do tego poprawę z obu tych przedmiotów :( Dodam, że oba w rozszerzeniu), ale jak to mówią: Dla chcącego nic trudnego ^^
Dobrze więc ja już się żegnam :)
Dobranoc, Robaczki :*
Sayori :*

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
  •  
     
    Ja jestem :D to było takie smutne, aż mam łzy w oczach. Szkoda, że mu nie powiedziała w tym salonie... bo robić z tego oficjalną opereretkę nie było far wogec Luisa. I że ten się wcześniej nie zorientował że wszyscy wokół nazywają ją księżniczką... co cóż to tylko moje spostrzeżeni, czekam na kolejne rozdzialy :D