• Wpisów: 64
  • Średnio co: 21 dni
  • Ostatni wpis: 162 dni temu, 00:58
  • Licznik odwiedzin: 9 770 / 1418 dni
 
sayorinekomori
 
Minęło już półtora tygodnia, od kiedy ostatni raz widziałam się z Louisem. Nasze spotkanie nad jeziorem było mniej niż cudowne! Ciągle czułam jego dotyk na skórze, słyszałam jego głos w głowie… Chciałabym, aby tamte chwile trwały wiecznie. Bez zmartwień, bez kłamstw. Tylko my dwoje. Jednak im dłużej to ciągnęłam, tym mocniej uderzała we mnie prawda. Nawet moja egoistyczna prośba nie pomoże. On mnie znienawidzi.

Nadszedł ten dzień. Pełnia. Wreszcie się z nim zobaczę. Wymienianie między sobą esemesów to nie to samo, co spotkanie twarzą w twarz. Potrzebowałam tych chwil. Chciałam czerpać z tego, co mam zanim to stracę. A to jest nieuniknione. Bałam się. Strach jest rzeczą ludzką. Mimo wszelkich nauk, że władcy nie powinni okazywać strachu ani słabości, nie potrafiłam powstrzymać tego uczucia.
Sztuczny uśmiech od kilku dni jest moją najczęściej noszoną ozdobą. Nie chciałam, aby ktoś się przeze mnie niepotrzebnie martwił. Nie jestem z tych ludzi, którzy celowo chcą zwrócić na siebie uwagę. Gdyby nie fakt, że urodziłam się w królewskim rodzie, prawdopodobnie byłabym zwykłą szarą myszką. Przynajmniej nie musiałabym tak perfidnie okłamywać kogoś, kogo kocham. Każde kłamstwo, które on słyszy, pali moje wnętrze, jakbym celowo łykała kwas. Kłamstwa, w które wierzy dla mnie są jak sznur, który zaciska się na moim sercu. Łzy cisną mi się do oczu, ale nie mogę pozwolić, aby w spokoju wypłynęły. Nienawidzę tego. Nienawidzę tego, co robię. Nienawidzę samej siebie.
Dźwięk przychodzącej wiadomości rozszedł się po mojej komnacie. Leżąc na wielkim łóżku sięgnęłam na szafkę nocną po telefon.
   
Od: Louis: Dziś pełnia :) Nasze plany są aktualne? ;)
   
Uśmiechnęłam się na widok zwykłego esemesa. „Ale on był od niego”. Za każdym razem usprawiedliwiałam się tak samo zwalając moje zachowanie na Louisa. Jak egoistycznie.

Do: Louis: Oczywiście :* O 23 tam gdzie zawsze

Od: Louis: Już nie mogę się doczekać ;*

Westchnęłam głęboko przyciskając telefon do serca. Przez ten czas, w którym się nie widzieliśmy, poznaliśmy się lepiej. Wiem, jaki jest jego ulubiony kolor, co lubi jeść. Wiem, że nie zdał w gimnazjum, czemu woli psy od kotów… Takie błahe rzeczy, niby nieistotne, sprawiają, że zbliżamy się do siebie. Jestem szczęśliwa, ale jednocześnie odczuwam ból.
Louis przyznał mi się, że jestem pierwszą dziewczyną, z którą jest wstanie rozmawiać na takie beznadziejne – jak to ujął – tematy. Jednak mu to nie przeszkadza, bo to „ja”. Dla mnie może poświęcić swój image zimnego dupka. Też bym tak chciała. Porzucić to, kim jestem. Jednak nie mogę. Nie zrezygnuję z korony. Nie pozwolę, aby moja matka zniszczyła to państwo. To byłoby zbyt egoistyczne z mojej strony.

Razem z ciocią Alexandrą siedziałyśmy za wielkim stołem w jadalni powoli smakując zupę krem z grzybów, którą podano nam minutę temu. Była wręcz wyśmienita. Aksamitna i wyrazista w smaku. Przez głowę przeszła mi myśl, że wszyscy powinni zakosztować tak wspaniałych dań, jakie ja miałam na co dzień. A może…
- Coś cię gryzie – stwierdziła księżna uderzając łyżką o swoje wargi. Potrząsnęłam głową przerywając swoje rozmyślania o przyszłości i spojrzałam na nią zdziwiona. Głównie faktem, że to zauważyła.
- Nic mi nie jest. Nie martw się ciociu – uśmiechnęłam się starając się, aby ta nędzna podróbka uśmiechu wyglądała na prawdziwą.
- Nie oszukuj mnie – kiwnęła na mnie palcem. – Zawsze, gdy do mnie przyjeżdżałaś ciągle chodziłaś po posiadłości, mimo że znasz ją na pamięć, a teraz? Cały czas przesiadujesz w swojej komnacie, a jak już z niej wychodzisz, to zamykasz się w swoim świecie. Przejmujesz się tak tą sytuacją ze swoją matką? – Zapytała chwytając mnie czule za dłoń.
- To nie o to chodzi, przynajmniej nie aż tak bardzo – zamilkłam. – Ciociu… - zaczęłam nieśmiało. – Czy zdarzyło ci się kiedyś, że zrobiłaś coś złego i wiedziałaś, że tak nie powinnaś robić, ale mimo wszystko ciągle to robiłaś, bo nie chciałaś czegoś stracić? – Patrzyłam jej w oczy czekając na jej odpowiedz. Oczekiwałam zszokowania, ale ciocia odwróciła wzrok, jakby sobie coś przypominała albo celowo unikała mojego spojrzenia.
- Przykro mi – rzekła przenosząc z powrotem na mnie swój wzrok. – Nie miałam tyle odwagi. Co się stało?
Jej słowa mnie zdezorientowały. Nie miała odwagi? Co to znaczy?
- Na co nie miałaś odwagi? – Zapytałam zanim zdążyłam się powstrzymać.
-Kiedyś ci o tym opowiem, ale teraz zajmijmy się twoimi problemami – oznajmiła starając się za wszelką cenę odwrócić moją uwagę od tego tematu. Westchnęłam.
- Nie mogę ci powiedzieć. Przepraszam. Muszę sama się z tym uporać – powiedziałam i w tej samej chwili dwuskrzydłowe drzwi jadalni się otworzyły, a ja poczułam intensywny zapach pieczonej kaczki w sosie czekoladowym.

Stałam oparta o drzewo i czekałam na Louisa. Jedną nogę miałam zadartą do góry i podeszwą od jeździeckich butów lekko uderzałam o korę. Nasłuchiwałam kroków, których tak bardzo oczekiwałam. Jednak słyszałam tylko las. Księżyc próbował przebić się przez korony drzew i rozświetlić dróżkę, jednak jego starania były daremne. Tak samo, jak moje czekanie tutaj. Sprawdzanie, co chwila telefonu, czy przypadkiem nie napisał na nic się nie zdało. Wystawił mnie. Pociągnęłam nosem czując, że zbiera mi się na płacz. Gdyby tylko odwołał spotkanie w normalny sposób…
I nagle do moich uszu dobiegł odgłos łamanej gałęzi. Rozejrzałam się i ujrzałam postać, która zbliżała się do mnie żwawym krokiem. Zaświeciłam na przybysza latarką, a ten z syknięciem zasłonił swoje oczy ramieniem.
- Nie w oczy – głos Louisa wypełnił moje serce taką radością, że nie zdołałam powstrzymać mojego ciała przed rzuceniem się na niego.
Pod moim ciężarem Louis prawie stracił równowagę. Zaśmiał się obejmując mnie mocno w talii. Wtulił głowę w moją szyję łaskocząc mnie włosami.
- Tęskniłam – wyszeptałam drżącym głosem lekko zażenowana, że doprowadził mnie do stanu, w którym otwarcie wyrażałam mu swoje prawdziwe uczucia. – Bałam się, że mnie wystawiłeś.
- Nie zrobiłbym tego – musnął moje usta i spojrzał mi w oczy. Dwa szmaragdy kusiły swoją wspaniałością. Wydawały się dziś jeszcze bardziej cudowne, o intensywniejszym zabarwieniu. Takie czyste i piękne, jakby pełnia oddziaływała również na nie.
Pogładziłam chłopaka po policzku i popchnięta jakąś dziwną mocą wpiłam się w jego wargi. Nawet nie był zaskoczony moim ruchem, bo od razu odwzajemnił pieszczotę dając mi ukojenie od zmartwień, jakie mnie ogarniały. Jego język delikatnie drażnił moje podniebienie. Pocałunek był spokojny acz namiętny. Cieszyłam się, że to moje usta całował. I wierzyłam, że jako jedyne.
- Chodźmy – rzekłam odrywając się od jego ust i pociągnęłam go w stronę wejścia do podziemnych korytarzy.
Louis pomógł mi otworzyć wnękę. Zeszłam pierwsza. Gdy wygładzałam beżową koszulę z dekoltem brunet zamknął drzwiczki i zeskoczył ze spróchniałych szczebli tuż obok mnie.
- To są te słynne podziemne tunele – bardziej stwierdził niż zapytał.
Przewróciłam rozbawiona oczami i ruszyłam w stronę najbliższego skrzyżowania oświetlając sobie drogę latarką. Louis, co chwilę trącał mnie ramieniem, ni to przypadkiem, ni to zaczepnie. Uśmiechałam się pod nosem. Był czasem dziecinny, ale to również w nim kochałam.
Szliśmy ponad piętnaście minut, zanim znaleźliśmy się w stajni. Wcześniej wysłałam jeszcze esemesa do Doriana z pytaniem czy nikogo nie ma w pobliżu.
Strzepywałam kurz ze spodni, gdy Louis zamykał klapę tak cicho, jak tylko się dało. Na dźwięk rżenia koni brunet podskoczył wystraszony.
- Boisz się koni? – Zapytałam dla pewności, choć wiedziałam, że duma nie pozwoli mu powiedzieć „tak”.
- Nie. Po prostu się tego nie spodziewałem – próbował się usprawiedliwić, na co pokręciłam głową.
- Nikt was nie widział? – Dobiegł do mnie głos Doriana, który zbliżał się w naszą stronę.
- Nie. A ciebie?
- Spokojnie. Mnie o nic nie będą podejrzewać – uśmiechnął się. – Ramon jest przygotowany. Będę tu do waszego powrotu – skinął głową z przyzwyczajenia.
Byłam mu wdzięczna. Wiedziałam, że nie akceptował Louisa, ale szanował moją decyzję. Był dobrym przyjacielem.
- Dziękuję Dorianie – posłałam mu wdzięczny uśmiech.
- Sprawdzę czy droga wolna – oznajmił i wyszedł ze stajni.
W pełnej ciszy Louis przyglądał mi się, jak wyprowadzałam Ramona z boksu.
- Ramon, to jest Louis – oznajmiłam, gdy koń był ustawiony frontem do chłopaka. Uchylił głowę, aby ich spojrzenia były na równi. Ramon opuścił uszy i nerwowo ruszał ogonem. Nie ufał mu.
- Louis, to Ramon – sięgnęłam po rękę bruneta.
- Ty sobie żartujesz? – Zapytał unosząc brwi z zdziwieniu.
- Dopóki Ramon ci nie zaufa nie pozwoli ci się dosiąść – odparłam. Spojrzał na mnie nieodgadnionym wzrokiem i niechętnie wyciągnął przed siebie rękę. Chwyciłam jego nadgarstek i powoli nakierowałam ją na pysk Ramona. Koń rozszerzył nozdrza, a jego uszy ciągle były opuszczone.
- Ramon – szepnęłam do jego ucha jednocześnie przeczesując palcami jego grzywę. – Ufam mu – wyznałam. Jego duże czarne ślepia były skierowane na mnie, ale zaraz odwrócił wzrok na Louisa i po chwili sam przybliżył głowę, aby ten go pogłaskał.
- Wow – wykrztusił brunet czując pod palcami delikatną strukturę mlecznego pyska Ramona.
- Chcesz go nakarmić? – Spytałam uśmiechnięta, po czym podeszłam do wiadra, który stał na stole między boksami i wyjęłam z niego jedną ligolę.
- Eh?
Przerażenie w jego oczach było wręcz komiczne. Oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał.
- Proszę – podałam mu jabłko. – Po prostu wystaw dłoń przed siebie. Resztę zostaw jemu. I nie martw się – rzekłam, gdy strach nie opuszczał jego szmaragdowych oczu. – Nie ugryzie cię.
Louis zrobił jak mu kazałam.
- Znaczy chyba – dodałam z udawaną niepewnością, gdy pysk Ramona był już milimetry od owocu.
- Co? – Podniósł głos i w tej samej chwili koń pochłonął ligolę. – Nie żartuj sobie tak – mruknął obrażony widząc moje rozbawienie.
- Kto by pomyślał? Louis, łamacz damskich serc, boi się konika – zacmokałam ledwie powstrzymując śmiech.
- Nie boję się koni – burknął zirytowany.
- Oczywiście.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc nie spieszyliśmy się z dotarciem na polankę. Mimo iż skręcało mi żołądek z oczekiwania reakcji Louisa na to magiczne miejsce, nie zamierzałam przesadzać, skoro to jego pierwsze doświadczenie z jazdą konną.
Brunet siedział za mną i obejmował mnie delikatnie w talii. Od czasu do czasu składał na moim karku delikatny pocałunek, który przyprawiał mnie o dreszcze, co Ramon od razu wyczuwał i swoim rżeniem i prychaniem upominał Louisa. Mężczyźni, pomyślałam rozbawiona tą walką „samców alfa”.
Las robił się coraz gęstszy. Na końcu naszej dróżki dostrzegłam przebłyski światła księżyca, co oznaczało, że jesteśmy na miejscu.
- Prrrrr – pociągnęłam na lejce i zatrzymałam konia. –Możesz już zejść – oznajmiłam Louisowi, a on szybko, choć trochę nieporadnie, wykonał moje polecenie, a potem pomógł mi stanąć na ziemi. Chwyciłam za wodze i ruszyliśmy w stronę celu naszej podróży.
- To miejsce – zaczęłam mówić. – Jest związane z wieloma legendami i przesądami. Jest uznawane jako miejsce magiczne.
Louis przytaknął, a wyraz jego twarzy mówił, że jest zaciekawiony tym, co właśnie usłyszał i chciałby dowiedzieć się więcej.
Odsunęłam gałąź, abyśmy mogli bez przeszkód wejść na polankę. Podczas pełni jest tu wspaniale. Niczym w bajce, którą opowiadał mi tata, gdy nie mogłam zasnąć. Bezchmurne niebo rozciągające się nad nami było ozdobione nie tylko pięknym księżycem, ale również milionem gwiazd. Polana otoczona gęstym lasem była oświetlona w taki sposób, że dawała efekt magicznego portalu do świata, w którym władza, pieniądze i wszystkie problemy teraźniejszości nie miały znaczenia. Migoczące punkciki wydawały się śmiać do nas z góry, a delikatny ciepły wiatr niósł ze sobą historie, które były związane z tym miejscem.
Powoli zbliżaliśmy się do wielkiej wierzby i małego stawu na samym środku polanki. Louis wiernie podążał za mną w milczeniu, jakby podświadomie wyczuwał, że ta chwila potrzebuje ciszy.
Puściłam Ramona i obserwowałam, jak podchodzi do jeziorka, pochyla się nad nim i zaczyna pić.
- Legenda głosi – zaczęłam. – Że gdy wędrowiec przybędzie tu wraz ze swoim zwierzęciem i pozwoli napić mu się pierwszemu to ten będzie mu wierny do końca swoich dni.
- Wierzysz w to? – Spytał zaciekawiony.
- W coś trzeba. – Wzruszyłam ramionami. – Jak dotąd się sprawdza. Ramon jest mi najdroższym przyjacielem – zamknęłam oczy i napawałam się chwilą, gdy delikatny podmuch wiatru bawi się moimi włosami.
Gdy Ramon zaczął skubać trawę uklęknęłam przy małym stawie i nabrałam trochę krystalicznej wody w dłonie. Odbicie księżyca falowało na tafli, dopóki Louis nie stanął za mną i się nie pochylił zasłaniając satelitę. Jego kocie oczy były spokojne, utkwione w odbiciu moich. Lekki uśmiech zdobił jego przystojną twarz. Stał tak i patrzył, a ja nadal nie wiedziałam, kim dla siebie jesteśmy. Wolałam nie pytać, aby później ból nie był tak dotkliwy. Ale kogo ja chcę oszukać? To będzie boleć. Jakbym była palona na stosie, jakby tysiące ostrzy były zatapiane w moim ciele, jakbym umierała od środka czując, jak moje wnętrzności gniją… To będzie taki ból.
Louis wreszcie uklęknął obok mnie i tym razem patrzył w moje prawdziwe oczy, a nie w ich odbicie.
- Czy ta legenda dotyczy też ludzi? – Zapytał z uśmiechem. Nie wyśmiewał mnie, bo w to wierzę. Iskierki w jego oczach nie pozwalały mi myśleć o tym w taki sposób.
- Hmmm… - zamyśliłam się. – Myślę, że bardziej tu chodzi o więź między człowiekiem a zwierzęciem. Istnieje inny przesąd dotyczący ludzi.
- Opowiesz mi?
- Jak ci o tym powiem, to straci sens i może być odebrane, jako wymuszone i się nie spełni.
- Ale ty wiesz. To się liczy?
- Ja tego nie zrobię – uśmiechnęłam się i znowu nabrałam wody w dłonie i napiłam się jej. Była zimna i orzeźwiająca. Słodka. Najlepsza woda w pałacu nie mogła się równać z tym smakiem.
Louis poszedł z moje ślady. W chwili, gdy jego wargi zetknęły się z wodą wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił. Był zaskoczony. Wyglądał, jakby właśnie przypomniał sobie coś bardzo szokującego i nie potrafił uwierzyć, że to miało miejsce.
- I jak smakuje? – Spytałam. W odpowiedzi tylko wypuścił z ust powietrze. Nie potrafił znaleźć odpowiednich słów.
Wstałam podpierając się ramienia Louisa. Chłopak również się podniósł i pozwolił się poprowadzić do wierzby. Wskazałam mu miejsce, w którym ma usiąść – między dwoma wystającymi grubymi korzeniami, które tworzyły prowizoryczny tron. Louis nie spuszczając ze mnie wzroku pociągnął mnie i usadził na swoich kolanach. Oparłam się na jego klatce piersiowej i od razu poczułam żar bijący od jego ciała.
- Opowiedz mi o tym miejscu – szepnął mi do ucha obejmując w talii. – Opowiedz mi te legendy – lekka chrypka sprawiała, że wszystkie moje mięśnie wiotczały.
- Dawno, dawno temu – zaczęłam zamykając oczy i opierając głowę na jego ramieniu. – Nikt dokładnie nie wie, kiedy… Żyła kobieta niezwykle pobożna, ale biedna, bez grosza przy duszy z trójką dzieci do wykarmienia. Zakradła się do królewskiej kuchni i ukradła trochę jedzenia. Niestety została przyłapana. Uciekała przez ten las goniona przez królewską straż. Po drodze pogubiła wszystko, co ukradła, ale żołnierze ciągle ją ścigali i strzelali do niej z łuku. W ich oczach, jak i w oczach wszystkich była tylko złodziejką, która odważyła się okraść króla. Za to groziła kara śmierci – mówiłam, a Louis słuchał mnie z uwagą. Wokół słychać było tylko odgłosu lasu i rżenie Ramona, który leżał niedaleko nas i przyglądał się nam, jakby również wsłuchiwał się w opowieść.– Zbierała się burza. Kobieta ciągle się modliła, aby jej dzieciom dobrze się powiodło i aby wybaczyły jej, że nie przyniosła im jedzenia. Zagrzmiało i nagle w ziemię uderzył piorun. Tak blisko niej, że z szoku straciła równowagę i upadła. Iskry pioruna podpaliły krzaki, a ogień szybko się rozprzestrzenił. Stworzył krąg, ale jego środek był nietknięty. Tam właśnie leżała ona. Ogień jej nie skrzywdził, ale skutecznie odstraszył straże. Wszyscy uznali, że zmarła w pożarze, ale tak naprawdę uciekła wraz z dziećmi. W tym właśnie miejscu – wskazałam na miejsce, w którym siedzieliśmy. - Leżała kobieta błagając Boga o pomyślność swoich dzieci. A tam gdzie uderzył piorun jest to jeziorko. Jednak nie mam pojęcia jak ono się napełniło. Wiem tylko tyle, że nigdy nie wyschnie.
- Czy to miejsce, jak i te legendy są znane tylko rodzinie królewskiej? – Zapytał zdumiony historią tej polanki.
- Nie. Te historie są znane wśród starszego pokolenia. Zwykle babcie opowiadają je swoim wnukom.
Przytaknął, a jego oczy potwierdziły fakt, że jemu nikt nie opowiadał bajek w dzieciństwie. Pogładziłam go po policzku i musnęłam jego wargi, aby nie myślał o tym, co było i skupił się na teraźniejszości. Tylko ona nam została, bo w przyszłości tylko te chwile nam pozostaną. Wspomnienia, które będę sobie przypominać każdego dnia, pozwalając, aby dręczyły mnie w każdej minucie życia. Ten wieczny ból będzie mi towarzyszył do końca moich dni. Nawet, gdy wyjdę za mąż te wspomnienia będą trwać w mojej głowie. Nie pozwolę im odejść, nie pozwolę sobie zapomnieć. On może, ale ja tego nie chcę.
- Opowiedz coś jeszcze – poprosił, a tonie jego głosu wyczułam swego rodzaju desperację i dziecięce podniecenie. Błagał mnie o więcej. Jakby chciał nadrobić wszystkie legendy, których nie usłyszał z ust swojej babci czy matki.
Odwróciłam się i dotknęłam dłonią kory wierzby. Louis podążył wzrokiem za moją ręką.
- Widzisz kształt tego pnia? – Zapytałam, choć nie potrzebowałam jego odpowiedzi. – Wygląda, jakby dwie wierzby były ze sobą poskręcane.
Objęłam jego szyję ramionami. Jego oczy lśniły w blasku księżyca i były skupione tylko na mnie. Za każdym razem, podczas jakiejś parady czy balu ludzie na mnie patrzyli, obserwowali mnie. Nie przeszkadzało mi to, bo wiedziałam, że mój status wymaga tego ode mnie, ale nigdy nie patrzyli na mnie tak, jak Louis. Oni patrzyli na przyszłą królową, a on na… Właśnie, na kogo?
– Tuż przed wybuchem wojny w XVIII wieku para kochanków spotkała się tutaj i przyrzekła sobie, że w dzień jej urodzin będą tu i razem uciekną. Ona pochodziła z mieszczańskiej rodziny, a on był imigrantem z wrogiego kraju, więc ich związek nie był akceptowany. Jednak ich miłość była o wiele głębsza i byli gotowi poświęcić wszystko, byleby być razem. Wojna trwała, a ona każdego roku w swoje urodziny przychodziła tu i czekała, ale on nie przychodził. Czasami myślała, że zginął albo nie kochał jej na tyle, by ryzykować i postanowił wcale się nie pokazywać. Jednak uparcie wierzyła w jego miłość.
Po raz kolejny pogładziłam Louisa po policzku, a on jakby nieświadomy tego ruchu wtulił się w moją dłoń. Teraz zrozumiałam, że on całe życie był aktorem. Maska zbuntowanego chłopaka, łamacza damskich serc miała ukryć jego prawdziwe „ja”. Teraz widziałam wrażliwego chłopca, który potrzebował tylko trochę miłości. Przełknęłam gulę w gardle. O wiele łatwiej byłoby mi się z nim rozstać gdyby naprawdę był dupkiem i zależałoby mu tylko na moim ciele, a nie na mnie. Jednak tak nie jest. Można stwierdzić, że właśnie w tej chwili gra, ale oczy nie kłamią. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy, a jego aż krzyczy o odrobinę czułości. Do tej pory najwyraźniej nie spotkał kogoś, kto by mu ją ofiarował. Ja to zrobiłam, a niedługo perfidnie mu to odbiorę. Mój diabeł okazał się upadłym aniołem, który chwyci się wszystkiego, byleby wrócić do nieba. Skosztowałam zakazanego owocu i będę smażyć się w piekle, aby odpokutować grzechy. Wyrywałam mu pióra ze skrzydeł, a on nawet o tym nie wiedział.
- Co dalej? – Zapytał zaciekawiony zupełnie nieświadomy małej bitwy, która toczyła się w moim umyśle.
- Usłyszała szmer w krzakach – szepnęłam niepewna czy mój głos odzyskał swój normalny ton. – Jej serce zabiło szybciej ze strachu i podniecenia – mówiłam już głośniej. – Czuła, że to on, ale nie pozwoliła sobie stracić czujności. Jednak to był on. Jej kochanek wyszedł na polankę. Cały umazany krwią i ze złamaną ręką. Zaczęła płakać, ale nie rzuciła się na niego, jak chciała. Wiedziała, że to może pogorszyć jego stan. Rozłożyła ręce i czekała. Oboje się uśmiechali, choć jego uśmiech przypominał grymas. Kiedy wreszcie znaleźli się w swoich objęciach on cicho powiedział: „Wszystkiego najlepszego”. Jednak chwila radości nie trwała długo. Ścigali go. Padł strzał. On zasłonił ją swoim ciałem przyjmując śmiertelny pocisk. Ona próbowała go podtrzymać, aby nie upadł, ale padły kolejne strzały i razem z ukochanym padła na ziemię. Nie żyli. Żołnierze uciekli zostawiając ich na pastwę dzikich zwierząt. Po kilku dniach wojna zakończyła się pokojem. Do tego miejsca trafił staruszek. Znalazł ich i zakopał oddając szacunek ich duszom. Po jakimś czasie w miejscu ich pochówku zaczęło wyrastać drzewo. Właśnie ta wierzba. Stąd ten kształt. Kochankowie zostali prawdziwie połączeni dopiero po śmierci – westchnęłam kończąc tą opowieść.
Louis milczał. Jego spojrzenie było utkwione to we mnie to w pniu drzewa. Księżyc już znajdował się na szczycie nieba. W gąszczu drzew widać było świetliki przypominające oczy strasznej bestii, dla tych bardziej straszliwych, a dla tych, którzy wierzyli w baśnie o magicznych stworzeniach wyglądały jak mały orszak zwiastujący przybycie leśnego ducha. Czy ja wierzę w takie rzeczy? Trudno stwierdzić. Jako królowa muszę mieć bardziej rzeczywisty podgląd na otaczający mnie świat. Nie mogę rządzić krajem jednocześnie wierząc w magiczne wróżki. Za każdym razem, gdy słyszę: „Monarchii żyje się lepiej” chce mi się śmiać. Te wszystkie nakazy, zakazy, reguły… One uczą, jakim MAM być idealnym człowiekiem, jednocześnie zabierają moją prawdziwą naturę, to, kim jestem naprawdę. Ale patrząc pod kątem majątku to tak… Monarchii żyje się lepiej. Jednak mi to bogactwo nie jest potrzebne. Jedyny skarb, którego pragnę właśnie trzyma mnie na kolanach. To, co niedługo się wydarzy będzie idealną lekcją, która pokaże, że nawet ci na samym szczycie popełniają błędy i to nawet nie małe.
- O czym tak myślisz? – Zapytał Louis trącając mój policzek nosem.
- O wszystkim… Głównie o przyszłości – odparłam posyłając mu delikatny uśmiech.
- A czy w tej przyszłości uwzględniłaś mnie? – Chytry uśmieszek i figlarny błysk w oku również należał do prawdziwego Louisa, a nie do tego aktora, który codziennie odgrywa swoją rolę, aby nie zapomnieć kwestii.
- Tak – odpowiedziałam przygryzając dolną wargę i przysuwając się bliżej niego. Nie skłamałam. Tylko lekko podkoloryzowałam. Kłamstwem by było, gdybym powiedziała, że nigdy nie fantazjowałam o naszym przyszłym wspólnym życiu, w którym to mi wybaczył… Jednak to tylko fantazje.
Louis oblizał wargi, które chciałam pocałować. Jego twarz zbliżała się do mojej, a ja cierpliwie czekałam na to, co ma niedługo nastąpić.
- Kocham cię – wypalił, a ja wybałuszyłam oczy, w których pojawiły się łzy. Chciałam to usłyszeć. Boże, jak ja pragnęłam to usłyszeć z jego ust! Byłam szczęśliwa, a jednocześnie zdruzgotana.
„Co ja teraz zrobię?!” To pytanie odbijało się w mojej głowie niczym echo.
Louis zmarszczył czoło, czując tą dziwną atmosferę wokół nas. Jego oczy zbladły. Mogłam się tylko domyślać, że w myślach właśnie się karci za to, co powiedział.
Nie miałam wyboru. Musiałam wyznać mu swoje uczucia i przyjąć z honorem konsekwencje. Przepraszam, Louis, pomyślałam zamykając oczy.
- Susan? – Desperacja w jego głosie była wręcz nie do wytrzymania. Chwyciłam jego twarz w dłonie i złączyłam nasze czoła.
- Kocham cię – wyszeptałam czując, jak łzy zaczynają spływać po moich policzkach. Louis automatycznie się rozluźnił i mocno przycisnął mnie do siebie, że prawie straciłam oddech. – Przepraszam – powiedziałam tak cicho, że nie było szans by to usłyszał.
Czułam ciepło bijące od jego ciała i szybkie dudnienie serca. Był szczęśliwy. Wiedziałam to, czułam… Ja też byłam, ale ta głupia świadomość, że on nie kocha Rosaline, a Susan była niczym nóż w plecy. Jednak nie mogę się teraz wycofać. Naważyłam piwa, to teraz musiałam je wypić.
Odsunął mnie od siebie i spojrzał mi w oczy. Ten przeklęty uśmiech na jego twarzy i te wesołe iskierki w oczach będą mnie prześladować każdego dnia i każdej nocy. Zgaszę je, ale do tego czasu będę podtrzymywać ten ogień.
Nagle przypomniałam sobie pewną przepowiednię: Jeżeli dwoje ludzi wyzna sobie miłość na tej polance w czasie pełni, a wcześniej oboje napili się wody z jeziorka, to ich miłość pokona każdą przeszkodę i będzie trwać wiecznie.
Poczułam, jak cała krew spływa mi z twarzy. Uświadomiłam sobie, że właśnie odebrałam mu szansę na nową miłość… Wierzyłam w to. Wierzyłam i czułam chorą satysfakcję, że oboje będziemy cierpieć z miłości. Ale czy on zdoła mi przebaczyć?
- Sue? – Jego zachrypnięty głos wyrwał mnie z rozmyślań. Pokręciłam głową, aby wyrzucić z głowy wszystkie niepotrzebne myśli. – Wiesz, co teraz zamierzam? – Spytał zsuwając dłonie na moje pośladki. Lekko się wzdrygnęłam, ale nie odepchnęłam go.
- Co? – Zapytałam, choć doskonale wiedziałam.
- Zamierzam cię pocałować – mruknął liżąc płatek mojego ucha. Poczułam jak temperatura wokół nas wzrasta. – Zamierzam cię dotknąć – ciągnął dalej przesuwając swoje usta wzdłuż mojej szczęki. Mój oddech przyśpieszył, tak samo jak serce. – Zamierzam cię kochać do końca życia – z moich ust wydobył się jęk, gdy przyssał się do mojej szyi. Łzy znowu znalazły ujście i po chwili moje policzki były mokre. Byłam wściekła na samą siebie, ale jednocześnie szczęśliwa, że mówi to mnie, że ja jestem tą, którą kocha.
Przekręciłam się tak, abym mogła usiąść okrakiem na jego kolanach. Przyszpiliłam go do pnia drzewa i złączyłam nasze usta. Powolne ruchy warg stopniowo zmieniały się w coraz bardziej chaotyczne. Jego język ocierał się o mój, jakby chciał udowodnić, że to on jest górą. Szarpnięciem wyciągnął moją koszulę ze spodni. Dłonie Louisa były zimne, przez co w miejscach, w których mnie dotykał pojawiała się gęsia skórka. Podobało mi się to. Pragnęłam, aby noc nigdy już nie ustąpiła dniu.
Prychanie Ramona, które wyrażało dezaprobatę nie zdołało nas zniechęcić. Louis chwycił między zęby moją dolną wargę i lekko ją pociągnął. Obraz przed oczami mi się zamazywał. Mój umysł był zamroczony. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym, tylko o Louisie.
Przylgnęłam do niego i wsłuchiwałam się w bicie jego serca. To było takie odprężające, przez co mimowolnie westchnęłam.
Jedna z dłoni Louisa przesunęła się z mojego pośladka na udo pocierając materiał spodni. Zadrżałam, gdy zaczął dotykać mnie po wewnętrznej stronie nogi. To było miłe uczucie. Nagle ścisnął mój tyłek, aż podskoczyłam całkiem nieprzygotowana na ten ruch. Śmiech Louisa, lekko zachrypnięty znów wywołał u mnie podniecenie. Jeszcze nigdy nie słyszałam tak seksownego śmiechu, a on nawet się nie starał, aby tak brzmiał. Może się myliłam? Może upadły anioł wcale nie chciał wrócić do nieba?
- Co ty ze mną robisz? – Zapytał kręcąc rozbawiony głową.
Nie miałam pojęcia, jak odpowiedzieć, więc milczałam wpatrując się w jego oczy, w których wesoło tańczyły iskierki.
- Ty nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak na mnie działasz, prawda?
Pokręciłam głową. Skąd miałabym wiedzieć? Spytałam samą siebie w myślach.
- Jesteś taka delikatna – westchnął gładząc mój policzek. – Taka niewinna – szturchnął nosem moje ucho, a mi kręciło się w głowie przez to podniecenie. – Czasem mam wrażenie, że jeśli zrobię coś nie tak, ty – przerwał, ale tylko na chwile, aby przełknąć ślinę, a ja z niewyjaśnioną fascynacją patrzyłam, jak jego jabłko Adama drga. – Się rozsypiesz.
- Jestem o wiele silniejsza niż się wydaje – oznajmiłam kładąc dłonie na jego klatce piersiowej i pochylając się nad nim.
- W to nie wątpię – oblizał usta i widziałam, jak walczy ze sobą, aby nie spojrzeć w mój dekolt. Nie mogłam się pochwalić, jakimś zachwycającym biustem, ale szczególnie mały też nie był. Jednak na myśl o tym, że mu się podoba zagryzłam wargę.
Louis przeklął pod nosem i agresywnie wpił się w moje usta brutalnie wbijając język w ich wnętrze. Był zachłanny, a jego nieco zwierzęce zachowanie powinno mnie zmobilizować do odepchnięcia go i ukarania, gdyż „tak się nie traktuje damy, a tym bardziej księżniczki”. Ale biorąc pod uwagę to, że nie wiedział o moim szlachetnym urodzeniu i, że niezwykle mnie to podnieciło, pozostało mi tylko jedno. Zanurzyłam palce w jego puszyste włosy i pociągnęłam za nie przylegając do niego jeszcze bliżej. Z jego ust wydobył się dziki pomruk, ale wiedziałam, że spodobało mu się to.
Nie miałam pojęcia ile czasu tu spędziliśmy. Wiedziałam tylko, że nie chciałam tego kończyć i prosiłam Boga, aby te wszystkie przepowiednie się spełniły.
Trwaliśmy w takiej pozycji, pieszcząc nawzajem swoje podniebienia, dopóki nie dostałam esemesa od Doriana z informacją, że pora wracać do rzeczywistości.

11130290_1586422808309553_4617999610480892548_n.jpg


Taki króciutki rozdzialik xd
Sprawdzałam go tysiące razy, ale nadal mam wrażenie, że coś ominęłam i wyszło chujowo, że się tak wyrażę ;p Może się mylę, może nie... kto wie? Wy! hehe
Na samym początku Louis wyszedł mi taki... mimozowaty, że aż musiałam poprawić -_- teraz jest w miarę dobrze i jak to ja musiałam na koniec dać coś takiego ;p Pewnie tego nie wiecie, ale jestem zagorzałą fanką romansów erotycznych, więc... :D
I nie wiem czemu, ale pisząc ostatnie zdanie tego rozdziału pomyślałam sobie: "Dorian - obrońca królewskiej cnoty" xd jestem dziwna ;p
No ale dobra... Zbliżamy się powoli do końca robaczki. Przewiduję trzy rozdziały + epilog, ale nie wierzcie w tą liczbę, bo wszystko może się zdarzyć :D
Oki... żegnam się z wami :* do następnego ♥

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego