• Wpisów: 64
  • Średnio co: 21 dni
  • Ostatni wpis: 162 dni temu, 00:58
  • Licznik odwiedzin: 9 770 / 1418 dni
 
sayorinekomori
 
Przejeżdżaliśmy przez las. Nie miałam pojęcia, gdzie wiezie mnie Louis, ale po jego spokojnym wyrazie twarzy mogłam wywnioskować, że nie miał złych zamiarów. Ale czy ja w ogóle kiedyś o nim pomyślałam w ten sposób?
Oparłam głowę o szybę i tępo wpatrywałam się w przemykające drzewa. Ciągle przejmowałam się tą zaistniałą sytuacją. Czy powinnam wracać do stolicy razem z matką? Wtedy moje przyszłe spięcia z Louisem nie będą aż tak mi doskwierać. Jednak nie chciałam tego zrobić. Tu mi jest dobrze. Ciocia jest dobrą osobą i naprawdę ją kocham. W tym miejscu czuję spokój i wolność, której mi tak brakuje. I Ramon jest tu szczęśliwy. W stolicy nie ma miejsc, w których mógłby się wybiegać. Nie chcę go zostawiać, ale również nie mogę odpierać mu wolności.
Pytanie niby łatwe. Odpowiedź znana już na samym początku. Tylko czemu powiedzenie tego na głos jest takie trudne?
- Coś cię gryzie? – z rozmyślań wyrwał mnie lekko zachrypnięty głos Louisa, a jego zimna dłoń znalazła się na moim odsłoniętym kolanie.
- Nie, to nic – skłamałam, choć na samym początku chciałam się wypłakać w jego ramię.
- Nie wierzę ci – stwierdził stanowczo. – Możesz mi powiedzieć.
Westchnęłam ciężko.
- Księżniczka dostała ultimatum. Albo pod koniec wakacji wraca z królową do stolicy albo zostaje z księżną Aleksandrą bez możliwości powrotu.
Louis milczał. Jego dłoń przeniosła się na kierownicę. Zacisnęłam powieki prosząc, aby coś powiedział.
- Czyli, że zostaje wydziedziczona? – zapytał, gdy zatrzymaliśmy się na małej plaży.
- Nie – pokręciłam szybko głową. – Ale nie będzie mogła prosić o pomoc, ani o niczym nie będzie się dowiadywać od królowej w sprawach państwa. Ha! – zaśmiałam się. – I tak nic nie mówiła. „Księżniczka powinna świecić przykładem doskonałości”, „Księżniczka nie powinna interesować się takimi sprawami”, „Zostaw to władzy”… - cytowałam słowa swojej matki przerażona tym, jak bardzo drżało moje ciało. – Nawet gdybym chciała, nic nie zrobię – załkałam.
- Ty akurat niewiele możesz – westchnął Louis biorąc mnie w ramiona. Wtuliłam głowę w jego szyję. On nie zrozumie moich problemów, dopóki nadal będzie wierzył, że jestem niższej klasy. – I to chyba nie jest twój problem, prawda? – chwycił mnie za podbródek i uniósł tak, abym spojrzała mu w oczy. – Ty tylko za nią podążasz. Nic nie zrobisz – jego słowa były zimne, ale szmaragd jego tęczówek emanował czułością i łagodnością. On nie chciał źle.
- Czy ty traktujesz służbę, jak psy, które są pozbawione wolnej woli? – zapytałam, a on trochę oddalił głowę w zdziwieniu. – Jak królowa? – wymsknęło mi się.
- Nie to miałem na myśli – odparł lekko rozdrażniony tym, że porównałam go do tyrana.
- Ale tak zabrzmiało. Nie muszę tam być i ty dobrze o tym wiesz, ale chcę służyć dobrą radą i pomocną dłonią.
- Kiedyś to dobre serce kiedyś cię zgubi – wypalił szturchając mnie w lewą pierś palcem.
- To, wtedy będzie moim problemem – westchnęłam czując się zmęczona. Ta rozmowa skręcała na bardzo zły tor. – Księżniczka nie chce wracać – powiedziałam cicho.
- To niech nie wraca. Ma wybór, tak?
- Księżniczka nie może myśleć tylko o sobie. Wszystko co robi, co mówi, musi być z myślą o przyszłych konsekwencjach. Jeśli zostanie… Królowa może nastawić szlachtę przeciw niej i wprowadzić swoją dożywotnią dyktaturę. A tutaj, będzie wolna. Będzie mogła poznawać ludzi i ich problemy… - jego uścisk trochę złagodniał. Cieszyłam się, że mimo małego napięcia nadal trzyma mnie w ramionach.
- Myślę, że odpowiedź jest prosta. Skoro tam jest tłamszona to powinna zostać tu. A co do szlachty… to sądzę, że da sobie z nimi radę. Ma poparcie u niższej klasy.
- Hah, pewnie dlatego, że każdy jest lepszy niż królowa – zaśmiałam się.
- Nie. Oni widzą w niej drugiego króla Rafaela.
- A co ty o tym myślisz? – zapytałam z czystej ciekawości.
- Nie wiem jaka jest, więc nie mogę powiedzieć czy jest dobra czy zła. Jednak skoro ty tak bardzo bronisz jej honoru to mogę przymknąć na to oko i w razie jakiegoś zamieszania stanąć po jej stronie – w oku zakręciła mi się łza.
- Zrobisz to? – mój głos się załamał.
Louis tylko się uśmiechnął i pochylił. Nasze usta się zetknęły, a ja przez chwilę nie miałam pojęcia co się dzieję. Jego język przejechał po mojej dolnej wardze, a ja gwałtownie wypuszczając powietrze z płuc otworzyłam usta dając mu zielone światełko. Drażnił moje podniebienie. Przymknęłam oczy i zarzuciłam mu ręce na barki całkowicie oddając się rozkoszy, jaką mi dawał. Jeszcze nigdy się tak nie czułam. Subtelność tego pocałunku dawała mi złudne nadzieje, które to ja rozgniotę w drobny mak. Jednak w tamtej chwili o tym nie myślałam. Chciałam tego. Pragnęłam dalej smakować tego zakazanego owocu. Przedtem tylko skubnęłam lśniącą skórkę, a teraz wgryzłam się w miąższ. Słodki, ale z nutką goryczy. Czułam się, jak Ewa skuszona przez diabła. W moim przypadku, zakazanym owocem okazał się sam szatan.
Myśl, że właśnie złamałam kolejne punkty etykiety królewskiej niezwykle mnie podniecała. To uczucie było uzależniające. Chciałam więcej i więcej. Nagle pomyślałam, że mogłabym zrezygnować z korony i już na zawsze wieść życie jako Susan u boku Louisa, ale to byłoby samolubne i egoistyczne z mojej strony. Zażenowanie tą myślą spowodowało, że oderwałam się od bruneta i ciężko dysząc patrzyłam na niego zamglonym wzrokiem.
Louis zaśmiał się łobuzersko i oblizał wargi, na których została jeszcze moja ślina. Czy to mnie obrzydziło? Wcale. To raczej podziałało na mnie w zupełnie odwrotny sposób.
- Chodź – odezwał się i dopiero teraz się zorientowałam, że wyszedł z auta. – Nie przywiozłem cię tu po to, aby siedzieć w samochodzie – uśmiechnął się do mnie, a ja jak zahipnotyzowana poszłam za nim w stronę molo.
Moje zachowanie było niedojrzałe, jednak nie potrafiłam się opanować. Czułam się, jakby ktoś rzucił na mnie czar i pozbawił wolnej woli. Czy teraz jestem, jak ten pies jej pozbawiony?
Stanęliśmy na samym końcu pomostu. Jezioro było ogromne. Piękne. W czystej tafli wody odbijały się promienie słońca. Niebo było bezchmurne, a wiatr delikatnie owiewał moją twarz. Znów byłam spokojna.
Louis zaszedł mnie od tyłu i objął moją talię. Swoją głowę oparł na moim barku i westchnął głęboko.
- Pięknie, nie?
- Tak. Cudownie – odpowiedziałam wciągając nosem świeże powietrze. Nagle oderwał się ode mnie i zaczął zdejmować buty i spodnie.
- C-co ty robisz? – spytałam zdziwiona i lekko przerażona.
- Chyba nie chcesz pływać w ubraniach? – odpowiedział pytaniem kpiącym tonem. – Czasem jesteś taka głupiutka – zaśmiał się i wtedy zdjął koszulkę. Rozszerzyłam oczy widząc jego wyrzeźbione ciało. Odbijające się promienie padały na niego tworząc wokół jego boskiego ciała lśniący okrąg. Albo to tylko mi się wydawało.
- Ślinisz się – powiedział Louis uśmiechając się złośliwie. Od razu poczułam, jak moje policzki zaczynają piec. Zakryłam usta dłonią i zaczęłam wycierać domniemaną ślinę. Co za wstyd! – Żartowałem – zaśmiał się podchodząc. Objął mnie w talii splótł swoje palce na moim krzyżu. – Ale sądząc po tym, jak na mnie patrzysz to podoba ci się to, co widzisz – musnął moje usta, a moje kolana zaczęły drżeć pod ciężarem ciała.
- M-mylisz się. To nie ma w sobie nic nadzwyczajnego – z każdą chwilą byłam coraz bardziej czerwona na twarzy. Takie zachowanie nie przystoi księżniczce.
- Nie wierzę ci – wyszeptał mi do ucha i zaczął rozpinać moją różową sukienkę. Przestraszona tym gestem odskoczyłam od niego, jak oparzona. Louis patrzył na mnie zdziwiony. Zmarszczył brwi, co mnie nieco zaniepokoiło. Teraz mnie wyśmieje? Zostawi tu? Po chwili jednak wyraz jego twarzy złagodniał i powoli się do mnie przybliżył.
- Nie chciałem zrobić ci niczego złego – potarł opiekuńczo moje ramiona. – Chciałem tylko zdjąć ci sukienkę, aby się nie pomoczyła. Chyba nie chcesz, aby taki delikatny materiał się zniszczył? – pochylił głowę i mrugnął do mnie.
- P-przepraszam – wypaliłam zażenowana moją reakcją. – Zachowałam się dziecinnie.
- Nic się nie stało. To… mogę? – zapytał. Nieśmiało przytaknęłam czując, jak moje serce bije w oszalałym tempie. Powoli rozpinał sukienkę, a jego uśmieszek mówił mi, że robi to specjalnie. – Bawi cię to? – spytałam.
- Bardzo – przyznał. Dojechał suwakiem do samego końca. – Pierwszy raz jestem z dziewczyną, która reaguje na wszystko w taki sposób. Przez moje przyzwyczajenia zapominam, że ty jesteś zupełnie inna – zsunął materiał z moich ramion i sukienka swobodnie opadła wokół moich stóp. Czułam się nago. Pierwszy raz jakiś mężczyzna widzi mnie w tak skąpym stroju. Wstydziłam się i bałam, że moje ciało nie jest dla niego zadawalające.
Nagle brunet uklęknął przede mną i zaczął zdejmować moje złote rzymianki. Chwilę potem podniósł się i podał mi rękę. Chwyciłam ją, a ten pomógł mi wyjść z „potrzasku” mojej garderoby.
Staliśmy naprzeciwko siebie w samej bieliźnie i wpatrywaliśmy się w siebie. Louis uśmiechnął się delikatnie, jednak nie umknął mi ten chytry błysk w oczach. Był zrelaksowany, gdy mi drżały kolana. Nie miałam pojęcia co zrobić, ani co zrobi Louis. Ten tajemniczy chłopak ciągle pokazywał mi nowe maski swojej osobowości. Miłe ciepło zalewa moje serce na myśl, że to mi je pokazywał. Choć na to nie zasługiwałam.
Brunet mrugnął do mnie,  odwrócił się i wskoczył do wody na główkę. Popchnięta przez jakąś nieznaną siłę ruszyłam biegiem do samego krańca pomostu. Podskoczyłam i wciągając powietrze do ust skuliłam się obejmując swoje kolana.
Plusk!
Wynurzyłam się gwałtownie zaczerpując powietrze w usta. Przywitał mnie śmiech Louisa, który podpływał do mnie.
- Niezły skok.
Uśmiechnęłam się w niemym podziękowaniu za komplement.
- Woda jest świetna – rozmarzył się kładąc na plecach. Dryfował na wodzie, a ja zaczęłam pod nim przepływać. W tą i z powrotem. W tą i z powrotem. – Co ty robisz? – zapytał nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- Zawsze tak robiłam z moim tatą – odpowiedziałam całkiem automatycznie.
- „Robiłaś”? – spytał podpływając do mnie.
- On nie żyje – odparłam. – Możemy o tym nie rozmawiać? – spojrzałam na niego z nadzieją w oczach.
- Jasne – uśmiechnął się ciepło i przygarnął mnie do siebie. Pogłaskał mnie po mokrych włosach. Byłam szczęśliwa. W tamtej chwili to było spełnieniem marzeń, o których nawet nie sądziłam, że marzyłam.
- Nie chcę wyjeżdżać – wyszeptałam wtulając się w szyję Louisa.
- To tego nie rób – rzekł brunet. – Wiem, że to decyzja księżniczki, ale możesz na nią jakoś wpłynąć albo zrezygnować z pracy jako jej pokojówka – mówi to tak spokojnie, jakby wiedział wszystko o tej sytuacji.
„To ja jestem księżniczką!”
Korciło mnie, aby to powiedzieć na głos, jednak stchórzyłam. Po raz kolejny pozwoliłam, aby strach zawładnął moim umysłem. Kolejny krok w stronę nienawiści Louisa do mojej osoby.
- Nie znienawidź mnie – poprosiłam patrząc mu w oczy.
- Ale za co mam cię znienawidzić? – zapytał unosząc brwi nic nie rozumiejąc.
- To nie ma znaczenia. Obiecaj mi to – załkałam duszona przez własną samolubność i egoizm.
- Obiecuję, że nigdy cię nie znienawidzę. Niezależnie od tego co zrobisz – powiedział poważnym tonem. – A teraz ty obiecaj mi to samo – dodał wpatrując się w moje oczy z niezwykłą intensywnością.
- Obiecuję, że nigdy cię nie znienawidzę. Niezależnie od tego co zrobisz – powtórzyłam poruszona jego zachowaniem. Nie znałam go zbyt dobrze, ale nie posądziłabym go o tak poważne wyznania.
Louis pochylił się nade mną, a moje serce znacznie przyspieszyło. Jego szafirowe spojrzenie utkwione było w moich oczach. Jego ciepły oddech owiewał moje wargi. Rozchyliłam je, aby coś powiedzieć, ale byłam wstanie jedynie czekać na jego ruch. Byłam zahipnotyzowana jego osobą. Skuszona zrobiłabym wszystko, aby kolejny raz zakosztować tego słodkiego smaku. Wyczekiwałam tego. Chciałam tego.
- Przypieczętujmy naszą obietnicę – wyszeptał i złączył nasze wargi. Delikatny pocałunek pobudził wszystkie moje zmysły do tego stopnia, że już nic nie było dla mnie ważne prócz Louisa. Zarzuciłam mu ręce na szyję, a on obejmując moją talię przycisnął moje drobne ciało do swojego. Cofaliśmy się do czasu, gdy uderzyłam plecami o belkę pomostu. Jęknęłam w jego usta, na co zareagował gardłowym mruknięciem i pogłębieniem pieszczoty. Wsunął język do moich ust nie napotykając żadnej przeszkody z mojej strony. Jedna ręka bruneta przesunęła się na moje udo i mocnym szarpnięciem położył je sobie na biodrze. Było mi niewygodnie, więc z drugą nogą zrobiłam to samo. Skrzyżowałam stopy na jego krzyżu i przylgnęłam do jego ciała pragnąc, aby dawał mi jeszcze tej słodkości.
Gdy poczułam jego dłoń na moich pośladkach zadrżałam. W głębi duszy wiedziałam, że nie posunie się dalej.
- Chodźmy na plażę – powiedział przerywając pocałunek. Pokiwałam zamroczona głową zgadzając się. Zagryzałam opuchnięte wargi nadal czując na nich smak ust Louisa.    Jego dźwięczny śmiech rozbrzmiał mi w uszach. Melodia stworzona dla moich uszu.
- Jesteś urocza – mruknął całując mnie w nos. – A teraz uważaj. Podsadzę cię – oznajmił, a ja rozluźniając uścisk moich nóg wokół jego bioder pozwoliłam, aby mnie uniósł wyżej.
Gdy już bezpiecznie siedziałam na pomoście patrzyłam, jak Louis z łatwością się podciąga i w mgnieniu oka już siedzi obok. Nie trwało to długo, gdyż brunet podniósł się i zaczął zbierać nasze porzucone ubrania.
- Chodź – skinął głową, na znak, że mam pójść za nim.

- Louis, umiesz jeździć konno? – zapytałam, gdy siedzieliśmy na kocu na małej, ale pięknej plaży. Nikogo tu nie było oprócz nas. Cisza i spokój, on i ja… Czego chcieć więcej? Może prawdy?
- Nie i jakoś mnie do tego nie ciągnie – odparł wzruszając ramionami. – A czemu pytasz? – spojrzał na mnie zaciekawiony źródłem tego pomysłu.
- Chciałabym ci pokazać pewne miejsce – zarumieniłam się.
- To nie możemy iść tam pieszo lub autem? – spytał zdziwiony.
- To jest na terenie posiadłości księżnej Aleksandry, a pieszo, dojście tam, będzie zbyt długo trwało. Chciałam też pokazać ci część mojego życia – spuściłam głowę czując się dziwnie zażenowana tym, że w ogóle o tym pomyślałam.
Louis objął mnie ramieniem i zmusił, abym się o niego oparła.
- Skoro ci na tym zależy, to czemu nie. Jednak sam na konia nie wsiądę – ostrzegł żartobliwie grożąc mi palcem.
- Nie martw się. Nie zrobiłabym tego wiedząc, że nie jeździsz konno – uśmiechnęłam się całując go w policzek. Zaczęłam czuć się przy nim nieco swobodniej. Tylko kim my dla siebie jesteśmy?
- Nie narobisz sobie tym kłopotów? – zapytał po chwili.
- Już ty się o to nie martw – pstryknęłam go w nos, ale ten szybko chwycił mnie za nadgarstek. Rozszerzyłam oczy. Jego twarz przypominała teraz kamienną maskę. Nie widziałam żadnych uczyć, emocji… Jakby nie był człowiekiem. Nie wiedziałam, jak odszyfrować ten ruch. Przełknęłam głośno ślinę. Nagle pocałował mnie po wewnętrznej stronie dłoni. Potem przeszedł na palce. Delikatnie skubał paliczki, a jego oczy zabłysły w rozbawieniu.
- Demon – mruknęłam. Piekielny aktor, który kusi nie tylko swoją urodą, ale i grą.
Louis przybliżył twarz do mojej szyi. Jego gorący oddech owiewał delikatną skórę na karku, przez co zapragnęłam, by mnie dotknął.
Przesunął głowę, a językiem przejechał po płatku mojego ucha. Zadrżałam.
- Ale od początku o tym wiedziałaś, prawda? – szeptał kuszącym głosem doprowadzając mój umysł do całkowitej uległości. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego co robił i jak to na mnie działało. – Kusiłem cię nowym światem, a ty bez namysłu poszłaś za mną. A gdybym cię oszukiwał? – zapytał popychając mnie na koc. Zawisł nade mną, ale po chwili poczułam ciężar jego ciała na sobie. Oparł łokcie tuż przy mojej głowie.
- Nie zrobiłbyś tego – wysapałam czując dziwny ucisk w podbrzuszu. Byłam rozpalona, ale to nie była gorączka. Drżałam, ale nie z zimna. Niesamowite.
- Miło mi to słyszeć – zaśmiał się i musnął moje usta. – Cieszę się, że tak o mnie myślisz – stykaliśmy się czołami. Powoli się uspokajałam, a Louis sięgnął prawą ręką po moją dłoń i splótł razem nasze palce. – Chciałbym, aby zawsze tak było – szepnął i przeturlał się obok mnie, z powrotem na swoje poprzednie miejsce.
Leżąc tak na kocu wpatrywaliśmy się w niebo. Pojawiły się na nim białe puszyste obłoczki. Leniwie przesuwały się po nieboskłonie. Tak samo, jak Louis gładził kciukiem wierzch mojej dłoni. Byłam szczęśliwa i chciałam, aby ta chwila trwała wiecznie. Oboje chcialiśmy.
- Susan – zaczął, a ja zamknęłam oczy, aby przeboleć fakt, że on cały czas uważa, że jestem „Susan”. – To kiedy się wybieramy na tą przejażdżkę? – zapytał. Czułam jego wzrok na swojej twarzy, ale ja nie mogłam na niego spojrzeć, bo czułam, że odkryje mój ból. Nie byłam, tak dobrym aktorem, jak on.
- Podczas pełni. To miejsce jest wtedy najpiękniejsze – rozmarzona o małej polance otworzyłam oczy i wreszcie zerknęłam na chłopaka, którego darzyłam głębokim uczuciem.
- A powiesz mi, co to za miejsce?
- To tajemnica – puściłam mu oczko i z powrotem zamknęłam oczy.

Nadszedł ten dzień. Dzień, w którym dokonałam wyboru i postawiłam kolejny krok ku mojej przyszłości. Bałam się, jednak nie mogłam pozwolić, aby ktoś to zauważył.
Nie pokazuj strachu.
Nie pokazuj słabości.
Świeć przykładem i doskonałością.
Powtarzałam sobie w głowie te wszystkie „mądre” sentencje idealnej księżniczki patrząc w swoje odbicie w wielkim lustrze. Granatowa suknia leżała na mnie idealnie. Gorset, niewyróżniający się niczym konkretnym, eksponował mój biust, a spódnica rozchodziła się kaskadami ku dołowi. Szorstki tiul cichutko szeleścił przy każdym moim ruchu. Wyglądałam, jak prawdziwa księżniczka, ale moje zachowanie przez wszelkie książki o etyce królewskiej opisywane było jako naganne.
Do komnaty weszła Maya trzymając w dłoniach wysokie szpilki z granatowego zamszu na platformie.
- Jesteś całkowicie pewna swojej decyzji? – zapytała pomagając mi założyć buty.
- Tak. Co ma być, to będzie – odpowiedziałam głosem wypranym z emocji. Musiałam upodobnić się do matki. Kamienny wyraz twarzy, wyprostowana postawa, gracja w każdym ruchu, dokładnie wypowiadane słowa i zero jakichkolwiek emocji. To była moja matka. Teraz jedynym co nas różniło było ciepło płynące z dobroci serca. Moja matka posiadała lodową bryłę. Już nie raz utwierdzała wszystkich w tym przekonaniu.
Maya dokonała ostatecznych poprawek i byłam już gotowa na spotkanie z królową. Wyszłam z pokoju i ruszyłam w stronę głównego salonu, w którym znajdowała się moja matka. Stawiałam zdecydowane, dość duże – jak na mnie – kroki. Wszyscy, których mijałam, oglądali się za mną. Słyszałam ich szepty, ale nie przejmowałam się nimi. To tylko oceny mojej postawy. Teraz najważniejszą rzeczą była konfrontacja z maktą.
W miarę, jak zbliżałam się do salonu gwar robił się większy. Ci, którzy byli na łasce królowej krzątali się starając się o niczym nie zapomnieć. Widziałam obawę w ich oczach. Nie chcieli popełnić żadnego błędu. Bali się konsekwencji.
Jedna z pokojówek w pośpiechu upuściła jedną z toreb mojej matki. Chciała się jakoś schylić, aby ją podnieść, tym samym nie upuszczając reszty bagaży. Z jej ust wydobyło się ciche stęknięcie niemocy. Podeszłam do niej i podniosłam torebkę. Na szczęście nie było w niej nic szklanego i delikatnego, więc nie powinno się nic potłuc czy poobijać.
- Uważaj proszę – rzekłam delikatnie się do niej uśmiechając. Ruda dziewczyna była może kilka lat starsza ode mnie.
- D-dziękuję, panienko – wyjąkała przestraszona.
- Nie powinnaś nosić aż tylu rzeczy – zabrałam od niej kilka toreb i zawołałam przechodzącego obok lokaja. – Proszę, pomóż jej. Nie da rady sama zamieść tych bagaży do samochodu – powiedziałam przekazując rzeczy mojej matki w ręce postawnego kamerdynera.
- Oczywiście, panienko – skłonił się i zaraz z dziewczyną ruszyli w stronę wyjścia.    Odprowadziłam ich wzrokiem. Z politowaniem pokręciłam głową nie mogąc zrozumieć, czemu wzięła na siebie taki ciężar.
Weszłam do salonu. Królowa siedziała w białym skórzanym fotelu czytając książkę. Nad nią stał lokaj, którzy trzymał tackę z herbatą. Kochała wykorzystywać służbę.
Mężczyzna w kwiecie wieku skinął głową na znak powitania i szacunku do mojej osoby. Matka uniosła oczy znad książki i cisnęła we mnie zimne spojrzenie.
- Witaj, matko – odparłam bez emocji z równoczesnym dygnięciem.
- Liczę, że zdecydowałaś mądrze – rzekła od razu. Nawet mnie nie powitała, jak córkę. Uznała, że na to nie zasługuję.
- Uważam, że ta decyzja całkowicie zmieni nasze życie. Jednak droga, którą obrałam nauczy mnie wszystkiego, co powinnam wiedzieć – odparłam patrząc prosto w jej oczy.
- Czyli mam rozumieć, że wybrałaś tą słuszną drogę u mojego boku? – zapytała pewna swojej wygranej. Jej złośliwy uśmieszek napełniał mnie obrzydzeniem.
- Wybrałam słuszną drogę u boku księżnej.
W mgnieniu oka jej twarz przybrała kamienny wyraz, jednak w oczach rozpaliły się iskierki wściekłości.
- Nawet nie masz pojęcia, jaki błąd popełniłaś – warknęła.
- Według ciebie wszystko co robię jest błędem. Kolejny nie powinien być czymś niezwykłym. Jednak ja uważam, że to słuszne.
- Nie możesz już cofnąć swoich słów – wstała i wygładziła krwistoczerwoną suknię. – Nie możesz prosić mnie o pomoc. W zamku będziesz mogła się pojawić dopiero, gdy otrzymasz oficjalne zaproszenie – wymieniała „konsekwencje” mojej decyzji kipiąc ze złości. Nie pokazywała tego, ale jej wściekłe spojrzenie i ton w jakim mówiła ją zdradzał. – I na pewno nie wymagaj ode mnie, że będziesz się dowiadywać o stanie mojego państwa – wreszcie uśmiechnęła się triumfująco.
- Nigdy nic mi nie mówiłaś. Przecież polityka nie dotyczy księżniczki – jawnie z niej zakpiłam. – Pomijając fakt, że ta księżniczka niedługo zostanie królową – skrzyżowałam ręce na piersi. Ten gest, dla królowej, był jak płachta na byka. Uważała, że to jest okazywanie braku szacunku dla jej wielmożnej osoby. Już od dawna nie czułam do niej nic poza nienawiścią.
- Trochę się zapędzasz, nie uważasz? – zadrżała z wściekłości.
- Ja tylko mówię to, co myślę. Nigdy nie będę idealną księżniczką, tak jak ty nigdy nie będziesz idealną królową. Jesteś tyranem. Niszczysz to państwo –przesadziłam, ale nie mogłam nic na to poradzić. Chciałam jej to powiedzieć.
Policzek zaczął mnie niemiłosiernie piec, ale jedyne co pokazało mój ból były zaciśnięte powieki
- Pani – zaczął lokaj z zatroskaną miną.
- Nawet się nie waż – syknęła do niego, a on posłusznie stanął w miejscu i zamilkł. – Pożałujesz tego – warknęła w moją stronę. – Obiecuję ci to – obdarzyła mnie mroźnym spojrzeniem, ale ja nie zamierzałam się pod nim ugiąć. Gwałtownie się odwróciła uderzając swoimi długimi brązowymi włosami moją twarz, po czym odeszła trzaskając za sobą drzwiami.
- Panienko – zaczął cicho mężczyzna. – Przepraszam.
- Nic się nie stało – uśmiechnęłam się do niego, mimo piekącego policzka. – Nie jesteś jedynym, który się jej boi, a teraz wybacz – dygnęłam i wróciłam do swojego pokoju.
Marzyłam o gorącej kąpieli i przejażdżce z Ramonem. Byłam psychicznie wyczerpana. Dotknęłam swojego policzka nie mogąc uwierzyć, że dopuściła się uderzenia mnie. Z moich oczu wypłynęły łzy, których nie potrafiłam zatrzymać. Weszłam do komnaty, w której czekali na mnie przyjaciele.
- I jak? – zapytał Dorian wstając.
- Sądzę, że rozpętałam wojnę – odpowiedziałam cicho.
- To znaczy? – dopytała Maya. – Co z twoim policzkiem? – spytała przerażona, gdy zauważyła, jak był czerwony.
- Ona już nie jest moją matką – wyznała śmiejąc się nerwowo. – Przepraszam, ale chciałabym być teraz sama – odparłam kierując się do łazienki.
Zanurzyłam się w ciepłej wodzie po samą szyję rozkoszując się ciepłem wody i zapachem lawendy.
Oparłam się o brzeg wanny i zaczęłam tępo wpatrywać się w sufit. Rozmyślałam nad wszystkim. Nad moją sytuacją z matką, nad tym, co zamierza, jak bardzo kraj ucierpi. Ostatnią myślą przed zaśnięciem było ciche błaganie, aby Louis mnie nie znienawidził.

otaku-adorable-amazing-art-Favim.com-587049.jpg


Hohohoho no to mamy już rozdział 7 :D Szczerze powiedziawszy to pisząc to rzygałam tęczą ^^ Kocham opisywać takie sceny, sprawia mi to wiele radości :3
Hahahah królowa to sucz, myślę, że się zgodzicie ;p
Mam nadzieję, że niczego nie schrzaniłam. Starałam się :)
I czy ktoś już podejrzewa co to za miejsce? ^^
No cóż... Z racji tego, że umieram (przeklęta alergia) kończę na dziś moje wywody ;p
Do następnego :*

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego