Wpisy użytkownika Sayori Nekomori z dnia 5 kwietnia 2015

Liczba wpisów: 2

sayorinekomori
 
Tej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok. Żadna pozycja nie była odpowiednia. Byłam zmęczona, ale nie mogłam zasnąć. Mija jedna godzina… dwie… pięć… Nagle nic. Zasnęłam.
   Otulona ciemnością brnęłam do przodu. A może do tyłu? Nie wiem. Krzyczałam, ale nikt nie odpowiadał. Płakałam, ale nikt nie otarł moich łez. Byłam sama, a jedyną towarzyszką była ciemność.
   Cisza, przerywana tylko biciem mojego serca. Nie czułam go, jakby biło gdzieś obok. Znów krzyknęłam. Nawet echo mi nie odpowiedziało. Jego też nie ma?
   Coś usłyszałam. Melodia. Spokojna, melancholijna melodia, która mnie wzywała. Szłam na nią. Była moim drogowskazem. Otumaniona dźwiękami wyciągnęłam ręce, aby ją pochwycić. Złapałam tylko ciemność.
   W oddali coś było. Jasny obwód prostokąta. Drzwi? Tak, to były drzwi. Przyśpieszyłam, ale one jakby się oddalały. Wróciłam do poprzedniego powolnego kroku. Już nie uciekały. Szłam dalej, szłam do drzwi, do pięknej melodii. Chciałam się wydostać, ale nie mogłam. Coś mnie trzymało. Ciemność? Melodia?
   Dotarłam do nich. Nie było klamki. Popchnęłam je. Otworzyły się ze skrzypnięciem. Kolejna ciemność i biały fotel na środku niczego. Za nim mały stoliczek i projektor. Melodia była tu głośniejsza. Kierowana dziwną mocą usiadłam w fotelu i patrzyłam przed siebie wsłuchując się w dźwięki, które mnie otaczały. Coś do mnie szeptało? Coś się śmiało? Ciemność ściskała mnie coraz mocniej matczynym uściskiem.
   Strumień światła. Projektor się włączył. Tuż przede mną pojawił się obraz. Jasny. Oślepiał mnie. Chciałam się obudzić. Nie chciałam tu być. Wiedziałam, że coś się stanie. Coś złego. Ale to zło nie chciało mnie puścić.
   Jasny ekran zaczął blednąć. Powoli biel szarzała. Czerń. Czerń w ciemności. Ujrzałam jakiś ruch. Ciemna postać, ale widziałam ją. Kiwała się, a długie włosy razem z tą postacią. Dziewczynka? Tak, to była dziewczynka. Zbliżała się. Chciałam wstać i uciec, ale nie mogłam. Moje ciało było ciężkie. Jak z ołowiu. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam otworzyć ust. Jakby były zszyte. Chciałam się obudzić, ale nie potrafiłam. Ten sen mnie trzymał. Byłam jego więźniem.
   Dziewczynka miała opuszczoną głowę. Długa grzywka zakrywała jej pół twarzy. Uśmiechnęła się. Jej uśmiech był coraz szerszy. Psychopatyczny. Chciałam uciec. Nie mogłam. Uśmiech zniknął. Uniosła głowę. Miała zamknięte oczy. Otworzyła jedno oko. Czerwień. Krwista czerwień. Błysk czegoś ostrego. Nóż? Nie pamiętałam nic poza oślepiającym czerwonym blaskiem. Nie obudziłam się już. Nie obudzę. Na wieki zostałam więźniem snu.
10401958_910280382325628_5265888042446986638_n.jpg
  • awatar Dath: Czudo! Czudo! I jeszcze raz CZUDO! Skarbie pisz mi częściej takie rzeczy xd Jak zawsze supi i wgl ale tym razem wiesz moje klimaty xd Booooskieeeee!! Takie horror serio można się wczuć, jak zawsze xd <3
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Mrok, strach awww ♥ Gdybym coś takiego napisała pewniebym już nie zasnęła, a znając swoją głowę, cos czuję że odtworzy twoje opowiadanie :D
  • awatar Lisa Angels: Znalazłam błąd! " Na wieku zostałam więźniem snu." I to w takim znaniu, nieładnie. (kręci z dezaprobatą głową jak lady Tamara) XD mnie jakoś szczególnie nie porwał, ale może dlatego, że mam już odrobinę spaczone pojęcie strachu. Jednak sam sen świetnie opisany :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

sayorinekomori
 
Grałam po raz dziesiąty tą samą symfonię. Gładko sunęłam smyczkiem po strunach, aby wydobyć z instrumentu najpiękniejsze dźwięki. Nie musiałam nawet patrzeć w nuty. Pamiętałam te wszystkie utwory na pamięć. Co jakiś czas zerkałam tylko, czy aby na pewno moje smukłe palce naciskają na odpowiednie struny. Kochałam grać. Kochałam muzykę. Gdybym tylko samym graniem mogła poprawić byt ludu, grałabym wiecznie.
- Nie! Źle! Źle! – wrzasnęła lady Tamara. Jej czoło pokryło się dodatkowymi zmarszczkami. Jakby bez tego nie wyglądała jak gad, pomyślałam zgryźliwie. – Co się z tobą dzieje? Nie traktujesz skrzypiec poważnie! – rzuciła oskarżycielsko. Uniosłam zaskoczona brew. – Musisz grać z uczuciem, a nie jak kłoda – jej porównania były rozbrajające, ale trafiały tam, gdzie z wielką łatwością roiły się wszelkie sadystyczne plany. – Jeszcze raz! Od początku! Ale tym razem się przyłóż – machnęła ręką padając na fotel. Przyłożyła sobie dłoń do czoła pokazując mi, że jestem beznadziejna w tym, co robię.
Zmarszczyłam brwi i zaczęłam grać. Starałam się zrobić to, jak najlepiej. Ze skupieniem przyglądałam się, jak jej koścista dłoń kołysze się w rytm symfonii. Jej usta wykrzywiły się w błogim uśmiechu, a ja uśmiechnęłam się przebiegle i z premedytacją przejechałam smyczkiem po złych strunach wydobywając z instrumentu najbardziej nieznośny pisk, który byłby wstanie wskrzesić zmarłego.
Lady Tamara krzyknęła w szoku i zatkała sobie uszy dłońmi.
- Boże najdroższy! – biadoliła. – Nie zdzierżę dłużej tego! Koniec! Nie wytrzymam! – wachlowała się plikiem papierów, aby nie zemdleć z tych emocji. – Jesteś beztalenciem! Błagam nie krzywdź więcej, ani mnie ani tych biednych skrzypiec! Muszę odpocząć – jęknęła, a ja uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Czyli nie będzie mi pani towarzyszyć podczas przejażdżki? – zapytałam z udawanym zawodem.
- Po tym co usłyszałam nie jestem w stanie. Jutro zaczniemy wszystko od samych podstaw – powiedziała podnosząc swoje wychudzone ciało z fotela, a mi zrzedła mina. Nie takiego rezultatu oczekiwałam, pomyślałam. – Wydobędę z ciebie duszę prawdziwej skrzypaczki – zacisnęła swoją pięść na wysokości piersi w dramatycznym geście. – Jutro od razy po śniadaniu zaczynamy, a po obiedzie sprawdzimy czy fortepian też tak kaleczysz. Miłego dnia, księżniczko Rosaline – skinęła głową i wręcz wyrwała mi skrzypce z rąk, abym to przypadkiem ich nie zniszczyła. Gdy tylko zniknęła w głębi korytarza jęknęłam zrozpaczona.
- Nie o to mi chodziło.
Westchnęłam i ruszyłam do swojego pokoju, aby się przebrać.
- Dorian! – uradowałam się, gdy go zobaczyłam wspinającego się po schodach ze srebrną tacą z podwieczorkiem w rękach.
- Księżniczka – odparł opanowany zatrzymując się. Gdy nie byliśmy w moim skrzydle zachowywał się, jak każdy inny lokaj. Nawet na sekundę nie wychodził z roli. Podziwiałam go za to. – Właśnie zmierzałem do twojej komnaty – rzekł i ruszyliśmy dalej, gdy go dogoniłam.
- Wspaniale – pochwyciłam jedno ciasteczko z czekoladowymi kawałkami i od razu włożyłam je sobie całe do ust. – Pyfne – powiedziałam z pełnymi ustami.
- Księżniczko! A gdzie maniery? – zapytał Dorian oburzonym tonem, ale w jego oczach było widać rozbawienie.
- Poprawię się następnym razem – odparłam udając wstyd i zabrałam kolejne ciasteczko, tym razem delikatnie je gryząc rozkoszując się każdym kolejnym kęsem.
- Doskonale – pochwalił mnie Dorian, a gdy tylko znaleźliśmy się w moim pokoju oboje wybuchliśmy śmiechem.
- Powinieneś zostać aktorem – rzekłam, gdy już się uspokoiłam.
Dorian postawił tackę na małym stoliczku obok kanapy, na której później usiadł.
- Chciałem, ale przez pewnego osobnika nikt nie chciał mnie w nic zaangażować – spojrzał na mnie wymownie, a ja już wiedziałam, że tym „osobnikiem” był Louis.
Usiadłam obok niego i chwyciłam go za dłoń.
- Przysporzył ci wiele cierpienia, prawda? – zapytałam zmartwiona. Naprawdę mnie to martwiło.
- Dałem radę. Gdyby nie to, nie byłoby mnie tutaj – wzruszył ramionami. Po jego tonie głosu można było stwierdzić, że podoba mu się takie życie.
- Gdyby nie on, pewnie grałbyś w Wielkim Teatrze – oznajmiłam, ale on sobie z tego nic nie zrobił. Jakby to nie było ważne. Nagle mnie oświeciło. – Tobie chodzi o Mayę? – zapytałam.
- C-co ty tak nagle? – odpowiedział pytaniem lekko się rumieniąc.
- Ha! – podniosłam głos. – Mam rację – odparłam dumnie. – Ale oboje zachowujecie się, jak dzieci. Ja widzę te iskry między wami – mówiłam rozanielona myślą o romansie. Kochałam takie bzdety.
- To nie jest takie proste – westchnął zrezygnowany, automatycznie przyznając się, że coś jest na rzeczy. – Nigdy nie miałem dobrego kontaktu z ludźmi, a tym bardziej z kobietami. A jeżeli już to zgadnij kto mi je… podkradał – spojrzał na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Jawnie zniechęcał mnie do Louisa. Od razu spochmurniałam. – Przystojniejszy, silniejszy, pewniejszy siebie, lepszy… - wymieniał. – Mam teraz cholerną paranoję, że jeżeli coś zacznę to on od razu się pojawi – jęknął chowając głowę w dłoniach. W takich sprawach był nieporadny, jak małe dziecko, ale nie mogłam go za to winić, ani wyśmiewać. Miał trudne dzieciństwo, a Dorian dodatkowo był uroczy, więc takie zachowanie na krótką metę tylko dodawało mu uroku.
- On się nie pojawi, bo nie zna Mai i prawdopodobieństwo, że ją kiedyś pozna wynosi zero – poklepałam go pokrzepiająco po plecach.
- Mogą się przypadkiem spotkać.
- Głupi jesteś – walnęłam go mocno w tył głowy uświadamiając mu dosadnie, że ma się ogarnąć. – Ty nie gdybaj tylko działaj, bo ci ktoś ją spod nosa sprzątnie, a uwierz mi, że w stolicy kilku ma na nią oko – skłamałam, ale to dla dobra sprawy. Nic tak nie działa na faceta, jak zazdrość. Bo przecież miłość i zazdrość tworzą kręgosłup mężczyzny, czyż nie?
Ten, jakby oświecony podniósł głowę i czujnym wzrokiem na mnie spojrzał
- Kilku? – zapytał mrużąc oczy.
- O tak – przytaknęłam. – Są strasznie nachalni. Jeśli szybko nie zadziałasz, to ona wybierze, któregoś z nich – westchnęłam. – A oni są kretynami. Żaden z nich na nią nie zasługuje – kątem oka spojrzałam na przyjaciela, który się ożywił. – Więc ogarnij się, bo nie jesteś już małolatem - skarciłam go. – Nie bądź mimozą, bądź mężczyzną, który obroni Mayę. To rozkaz – powiedziałam ostro, na co się gwałtowanie wyprostował.
- Tak jest! – odpowiedział automatycznie, a ja wybuchłam śmiechem. – Co? – zapytał zdezorientowany.
- Jesteś po prostu rozbrajający – oparłam palcem niewidzialną łezkę. – Nie pozwól, aby przeszłość miała decydować o twojej przyszłości. Ona już nie wróci. Jest tylko czarną skazą w twojej duszy. Ona nie zniknie, ale nie będzie cię ograniczać, jeśli jej na to nie pozwolisz – na moje słowa Dorian lekko rozchylił wargi. Spojrzałam w jego oczy. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że są orzechowe.
- Będziesz wspaniałą królową – oznajmił z uśmiechem. – Dziękuję. Cieszę się, że mam taką przyjaciółkę – pocałował mnie w policzek.
- To jest mój obowiązek, nie sądzisz? – przechyliłam głowę na prawo. – Skoro nie mam własnego życia miłosnego, to zajmuję się waszym. Przykro mi, ale będę się wtrącać – puściłam mu oczko i nagle przypomniałam sobie o podwieczorku. – Częstuj się – odparłam nalewając herbaty do dwóch, z trzech, filiżanek.
- To ja powinienem to zrobić – na jego twarzy pojawił się grymas. – Przepraszam za moją subordynację – opuścił głowę ze wstydem.
- Nie jestem rozpieszczoną gówniarą i umiem sama sobie nalać herbaty – przewróciłam oczami. – Tym bardziej jesteśmy w MOICH komnatach, a ty jesteś moim GOŚCIEM. I nie kłóć się ze mną, bo nie wygrasz – uśmiechnęłam się z triumfem, kiedy sięgnął po porcelanę i ciasteczko. – Grzeczny chłopiec. – poklepałam go żartobliwie po głowie.
- Pięć lat – mruknął rozdrażniony.
- Ale nie emocjonalnie – zaśmiałam się, a Dorian posłał mi złowieszcze spojrzenie.

Weszłam do stajni, a na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Rżenie koni, stukot ich kopyt o posadzkę, a nawet ten charakterystyczny zapach był uspokajający. Od razu poczułam się rozluźniona.
Żwawym krokiem podążałam do jednego z boksów. W dłoni podrzucałam jabłko dla Ramona. Uwielbia ligole. Mimo że nie jest wybredny, co do rodzaju owocu, to jednak nic go tak nie cieszy, jak soczysta ligola.
Gdy byłam już niedaleko jego boksu nagle przestał się rzucać. Jego uszy się uniosły, a wargi się odwinęły, dzięki czemu mogłam ujrzeć jego duże dziąsła.
- Ramon – powiedziałam z uczuciem. Ogier natychmiast zarżał i wystawił głowę ponad drzwiczkami. Uderzył mnie lekko na powitanie pyskiem. – Witaj, kochany – zaśmiałam się. Kocham tego konia. – Patrz, co dla ciebie przyniosłam – rzekłam i podstawiłam mu pod mleczny pysk soczysty owoc. Od razu je pochwycił, a ja westchnęłam, gdy jego wargi połaskotały mnie po wewnętrznej stronie dłoni. Zaraz po skonsumowaniu prezentu powitalnego znów zaczął lekko uderzać mnie swoim pyskiem domagając się jakiejkolwiek pieszczoty. Przytuliłam się do jego ogromnej głowy i stałam tak przez kilka minut rokoszując się tą chwilą.
Nie rozumiałam czemu wszyscy mają mi za złe, że to właśnie tego konia tak miłuję. Shire jest piękną rasą. Ich szorstkawa długa sierść, głębokie oczy i ta imponująca wielkość. Gracja w każdym ruchu. Nawet hodowany emanuje tą dzikością. Ramon jest jednak niższy niż wykazuje średnia wzrostu tej rasy, ale to tylko mi ułatwia jazdę na nim. Przemierzając kilometry na jego grzbiecie czuję się wolna. Oboje się tak czujemy. Doskonale się rozumiemy. Nie ma nic piękniejszego niż więź człowieka i jego konia.
Po krótkiej niemej rozmowie wyprowadziłam Ramona z boksu i zaczęłam przygotowywać go do jazdy.
- Witam, wasza wysokość – usłyszałam dojrzały głos stajennego, gdy zarzucałam na grzbiet wierzchowca kremowy czaprak. Odwróciłam się do mężczyzny i uśmiechnęłam się promiennie. – Mógłbym w czymś pomóc? – zapytał podchodząc do mnie.
- Może mi pan pomóc osiodłać Ramona – oznajmiłam, a Taru, bo tak miał na imię mężczyzna, chwycił za siodło, gdy ja postanowiłam zająć się uzdą. – Jak Ramon zniósł podróż? – spytałam wkładając kiełzno do pyska mojego ulubieńca.
- Spokojnie. Nie rzucał się bardziej niż zwykle – zaśmiał się. – Przewidziałem, że panienka będzie dziś chciała się wybrać na przejażdżkę, więc odpowiednio go już przygotowałem wcześniej.
- Bardzo dziękuję – odparłam dokładnie zapinając rzemienie.
- Gotowe – zakomunikował Taru. – Życzę miłej przejażdżki – powiedział pomagając mi wsiąść na Ramona.
- Jeszcze raz, dziękuję – skinęłam głową i wyjechałam ze stajni. Kłusem podjechałam do bramy prowadzącej do lasu, należącego do mojej cioci. Idealnego do popołudniowej przejażdżki. Lekko docisnęłam łydką bok Ramona i cmoknęłam kilka razy, dzięki czemu ruszył galopem w głąb lasu.
Moje włosy wirowały na wietrze w każdą stronę. Czułam tą wolność. Czułam, że właśnie teraz, w tej chwili, nie jestem księżniczką Rosaline, ale Rose. Ramon dawał mi mały przedsmak prawdziwego wyzwolenia od ciągłego ucisku władz. W podzięce poklepałam go po grubej szyi.
Jego długa czarna grzywa lekko plątała mi się między palcami, co utrudniało trzymanie lejc, ale nie miałam serca mu jej ścinać. Nie mogłam odebrać mu tej wrodzonej dzikości i piękna.
Przez jego buntowniczą naturę często nazywali go demonem. Jak dostawał szału, tylko ja byłam wstanie go uspokoić. Mówili: „Czarny diabeł okiełznany przez srebrnego anioła”. Nie byłam o to zła. Jeśli to tylko wszystkich utwierdzało, że potrafię uspokoić nawet największego nerwusa w stajni, to również uwierzą, że spory polityczne też mogę zażegnać. Tak przynajmniej myślałam.
Po piętnastu minutach lekko spuściłam wodze i prychnęłam, dając znak Ramonowi, że ma zwolnić. Znał wszystkie moje komendy, przyzwyczajenia, więc posłusznie przeszedł do kłusa, a potem do stępa. Poklepałam go po szyi i zaczęłam rokoszować się naturą, która mnie otaczała. Świeży zapach drzew i żywicy był kojący na moje nerwy. Może i nienawidziłam lady Tamary, ale przynajmniej jednym potrafiła mnie udobruchać. Gdy była ładna pogoda zawsze zalecała mi przejażdżkę zaraz po lekcjach.
- Ramon – zaczęłam. – Wpakowałam się w niezłe bagno – westchnęłam. Koń mocno potrząsnął głową, abym kontynuowała. – Poznałam faceta, Louisa… Umówiłam się z nim na imprezę, ale Dorian i Maya mi to odradzają. To nie tak, że od razu bezgranicznie mu ufam i bla bla bla – zaczęłam mówić trochę chaotycznie. – Mam zamiar zachować dystans, ale coś mnie do niego ciągnie – na mojej twarzy pojawił się grymas. – To może dlatego, że jest z zupełnie innego świata i chce mi go pokazać. Chcę go poznać. Chcę poczuć inną wolność, niż tą, którą ty mi dajesz – Ramon prychnął i opuścił uszy. – Nie to miałam na myśli. Tamta wolność jest chwilowa, a ty będziesz zawsze – koń się uspokoił. Gdyby był człowiekiem pewnie teraz by się triumfalnie uśmiechał. – I tak go okłamałam, więc ta znajomość nie będzie długa – westchnęłam zrezygnowana. Potrząsnęłam głową, aby wyrzucić to uczucie z głowy. Nie mogłam się tak czuć. Co się stało, to się nie odstanie. Mimo wyrzutów sumienia zamierzam mu pokazać prawdziwą Rose, pod imieniem Susan.

Trafiliśmy na małą polankę. Była otoczona ciemnym, gęstym lasem. Zawsze to miejsce przypominało mi portal do innego świata. Świata spokoju. Bez władzy, bez stresu. Tylko natura. Na samym środku polanki stała rozłożysta wierzba i małe oczko wodne. Nieważne, jak wielki był upał, nie wysychało. Wiąże się z tym miejscem wiele legend, romantycznych historii, które opowiadała mi ciocia, gdy nie mogłam zasnąć.
U wejścia w to magiczne miejsce zeskoczyłam z Ramona i chwytając za lejce pociągnęłam go w stronę drzewa. Jego czarna sierść lśniła od potu, a biała sierść na nogach poszarzała od piachu. Mimo to był piękny.
Puściłam lejce i pozwoliłam, aby Ramon napił się wody. Pogłaskałam go po grzbiecie i ukucnęłam przy jego nogach, aby obmyć sobie twarz. Oblizałam usta z kropel, które na nie spłynęły. Woda była słodka, czysta. Słońce odbijało się w wesołych kręgach. Spojrzałam na swoje odbicie. Nie widziałam księżniczki. Widziałam siebie.

- Przeszłaś samą siebie, Maya – oznajmiłam robiąc piruety przed lustrem, aby obejrzeć sukienkę z każdej strony. – Piękna.
- Dziękuję. Starałam się – odparła lekko speszona.
- Zawsze się starasz – pocałowałam ją w policzek. – Nie wiem skąd wytrzasnęłaś tą koronkę, ale mistrzostwo.
Nie mogłam wyjść z podziwu. Sukienka gładko leżała na moim ciele, a cały tył i rękawy trzy czwarte były z kwiecistej koronki. Była wręcz idealna. Chyba…
- I radzę ci założyć baleriny. Ciężko będzie ci się poruszać w lesie w szpilkach, a tym bardziej przewiduję, że do końca to ty trzeźwa nie wrócisz – usłyszałam kpiący głos Doriana. Posłałam mu mrożące spojrzenie.
- Nie wiesz tego na pewno.
- Myślisz, że nigdy nie byłam na imprezie, na której był on? Proszę cię! – zaśmiał się. – Kiedyś wziął największą świętoszkę w całym mieście. Po czterech godzinach już nie była taka święta – na te słowa, aż zadrżałam.
- Chyba nie sądzisz, że jestem, jak ona? Umiem się opanować – mruknęłam zakładając baleriny.
- Niczego takiego nie zasugerowałem. Ja tylko stwierdzam fakty – wzruszył ramionami i wystawił w moją stronę rękę. Między palcami trzymał jakąś karteczkę.
- Co to? – spytałam i zabrałam od niego kawałek papieru.
- Mój numer. Gdybyś mnie potrzebowała to pożycz od kogoś telefon i zadzwoń do mnie – oznajmił, a ja posłałam mu uśmiech i schowałam karteczkę do stanika.
- Rose – jęknęła Maya.
- Nie mam kieszeni – cmoknęłam w powietrzu.
Ostatni raz spojrzałam w swoje odbicie i razem z Dorianem pomknęliśmy do biblioteki. Całą drogę przeszliśmy w milczeniu. Woleliśmy nie dmuchać na zimne.
Gdy już dotarliśmy do końca korytarza Dorian chwycił mnie za łokieć.
- Kiedy będziesz miała zamiar wrócić to zadzwoń. Wyjdę po ciebie – oznajmił wyraźnie zmartwiony. Pogłaskałam go po policzku.
- Nie martw się tak. Poradzę sobie – posłałam mu czuły uśmiech.
- Naprawdę staram się w to uwierzyć – westchnął. – Dobra, powodzenia – pocałował mnie w czoło.
- Zamierzam się świetnie bawić – puściłam mu oczko i weszłam na pierwszy szczebel drabinki. – Powodzenia z Mayą – wystawiłam język i otworzyłam wnękę.
- Taaa – przeciągnął.
Gdy tylko znalazłam się już na powierzchni ziemi, Dorian zamknął za mną wnękę. Otrzepałam sukienkę i już miałam zacząć rozglądać się za Louisem, gdy ktoś zaszedł mnie od tyłu i zakrył dłońmi oczy. Strach wziął nade mną górę i używając całej mojej siły ugodziłam napastnika łokciem w brzuch. Usłyszałam przeciągły jęk i od razu odwróciłam się przodem do nikczemnika.
- Takie to małe, a tyle ma siły – wyjąkał Louis zginając się z bólu. Już zbagatelizowałam to, że kolejny raz nazwał mnie „małą”.
- O Boże! Przepraszam! – podeszłam do niego i położyłam dłoń na jego plecach.
-  Mam nauczkę na przyszłość – zaśmiał się i powoli wyprostował. Wziął głęboki oddech, po czym wypuścił ze świstem powietrze z płuc. – Ale przynajmniej wiem, że umiesz się obronić. Plus – uśmiechnął się i pochylił nade mną. Gwałtownie wstrzymałam powietrze. Pocałował mnie w policzek. – Witam panienkę – przeraziłam się, ale nie dałam tego po sobie poznać. – Wygląda panienka przepięknie – jego uwodzicielski ton głosu sprawiał, że kolana mi zmiękły, ale słowa Doriana ciągle krążyły mi po głowie. Nie mogłam dać się omotać.
- Nawet mnie nie widzisz – zaśmiałam się.
- Ale wiem, że tak właśnie jest. Idziemy? – podstawił mi ramię, a ja automatycznie lekko dygnęłam i chwyciłam za nie. – Cóż za gracja – odparł, gdy ruszyliśmy w stronę szosy.
- Mieszkając w zamku nawet służba musi znać dworską etykietę. Nic nie może przynieść hańby szlachcie – odparłam z wyuczoną obojętnością.
- Sami siebie hańbą – prychnął.
- Nie wszyscy – szepnęłam mając nadzieję, że mnie nie usłyszał.
- Księżniczka jeszcze się nie pokazała ze złej strony. Z żadnej tak nawiasem mówiąc – mogłam się założyć, że przewrócił oczami.
- Nie może. Chciałaby, ale to niemożliwe – spochmurniałam.
- Kiedy była dzieckiem król ciągle ją ze sobą wszędzie ciągnął. Miała tyle energii, tyle pogody, entuzjazmu – zadrżałam na wspomnienie tych pięknych chwil, które już nigdy nie wrócą. Walczyłam z samą sobą, aby nie zacząć płakać. – Zazdrościłem jej. Miała wszystko, nadal ma. Czy ona kiedyś posmakowała nędzy? – zapytał, jakby siebie.
- Nie podoba jej się życie na zamku. Ale jest tam tylko dlatego, że chce obalić teraźniejsze rządy. Proszę nie oceniaj jej, bo jej nie znasz – odparłam. Wreszcie wyszliśmy na szosę, przy której stał samochód. Stary model.
- To twój? – zapytałam, gdy otworzył mi drzwi.
- Kumpla. Pożyczył mi, abym mógł po ciebie przyjechać.
Wsiadłam do pojazdu, a Louis szybko obiegł samochód, aby wsiąść za kierownicą.
- Pasy – odparł, a ja posłusznie wykonałam jego polecenie. Czy on naprawdę jest taki zły? Może się zmienił? Idiotka, skarciłam się.
- Ale wracając – zaczął odpalając silnik. – To prawda, nie znam jej. Ona nie dała się poznać – ruszyliśmy. Trochę trzęsło, ale to pewnie była wina kamieni na drodze.
- Królowa chce z niej zrobić swoją małą kopię – mruknęłam. – Ciągle jej powtarza, że jest beznadziejna, nieidealna, że nie takiej córki chciała… - głos mi się łamał. Mówiąc o sobie w trzeciej osobie wreszcie zrozumiałam, jak fatalna jest moja pozycja. W oczach mojej matki byłam zerem. – Gdyby król żył wszystko byłoby inaczej – wzięłam głęboki oddech, aby się opanować.
- Dobra, może zmieńmy temat, co? – zerknął na mnie ze współczuciem. Tylko na chwilę, ale wyłapałam to uczucie. – Zaraz mi się tu rozryczysz, a ja nie mam zamiaru potem wysłuchiwać od znajomych, jakim to jestem chamem, że doprowadziłem dziewczynę do płaczu zanim nawet zaczęliśmy randkę – jego próba żartu pomogła. Zaśmiałam się, ale nagle mnie oświeciło.
- R-randkę? – zapytałam zdziwiona.
- No, jedziemy razem na imprezę… We dwoje… Nawet po ciebie przyjechałem… Będziemy razem spędzać czas… To jest randka – przytaknął i gwałtownie zahamował przed jakimś domem, który aż drżał od głośnej muzyki i ilości ludzi. – Jesteśmy – odparł wyłączając silnik. Wyszłam z auta i stanęłam, jak wryta. Byłam oczarowana. Diabeł zaczął mnie kusić. Podstawił mi pod nos piękny złoty owoc, zapewniając, że poczuję się, jak w raju.
- Co tak stoisz? Rozmyśliłaś się? – zapytał z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Ni to zdezorientowanie, ni to zawiedzenie…
- Nie, nie, nie! – zaprzeczyłam szybko. – Po prostu pierwszy raz jestem na takiej imprezie i nie wiem, co robić – przyznałam lekko speszona, na co Louis tylko się zaśmiał.
- Pokażę ci wszystko – oznajmił, a ja powoli tonęłam w jego oczach. – Gotowa? – zapytał tym swoim uwodzicielskim głosem.
- Tak – przytaknęłam i ruszając w kierunku budynku wzięłam pierwszy gryz zakazanego owocu.
Louis położył dłoń na moich plecach okrytych jedynie cienką koronką. Zadrżałam na ten dotyk.
- Boisz się? – zapytał rozbawiony.
- Twoja dłoń… Jest zimna – wybąknęłam. Louis uśmiechnął się podstępnie i pochylił.
- A wiesz, co oznacza, gdy ktoś ma zimne dłonie? – spytał szeptem, a przyjemny dreszcz rozszedł się wzdłuż mojego kręgosłupa.
- Yyy, co? – nie do końca rozumiałam o co mu chodzi. Louis tylko się zaśmiał.
- Nie ważne. Może kiedyś się dowiesz – wzruszył ramionami i wprowadził mnie do miejsca, które było początkiem mojej przygody. Wreszcie poczułam na języku słodki smak zakazanego owocu, którym skusił mnie diabeł… A na imię miał Louis.

anime-boy-boy-cute-manga-Favim.com-836291.jpg


Rozdział, który miał być jeden podzielił się na 4 hahahahaha xd
Sprawdzałam do dziesiątki razy i za nim nie mam pojęcia co jeszcze mogłabym zmienić, aby był lepszy... Czy mnie usatysfakcjonował? Nie do końca, ale zły też nie jest ;p
I oczywiście kocham niepotrzebne dialogi, no ale cóż... przebolejcie to ;p
Bardzo wam dziękuję za te wszystkie miłe słowa ^^ Może i komentujących nie jest zbyt wielu, ale cieszę się, że mam tych stałych czytelników ^^
Oki, teraz już mykam ;)
Do następnego, robaczki (to nie jest obraza!!)
Oyasuminasai ♥
  • awatar Lisa Angels: Opis gry na skrzypcach mógłby być troszkę bardziej dopracowany, ale czepiam się, bo sama gram i patrzę na to z innej strony. Gra na tym instrumencie nie należy do najprostszych, wymaga koordynacji ruchów, dobrego słuchu, wyczucia nacisku smyczka. Patrzenie na palce, czy gra się na dobrej strunie, brzmi strasznie dziwnie. Ponieważ, wystarczy, że ustawi się milimetr za wysoko, albo za nisko, a już słychać różnice, a co dopiero jak się gra na złej strunie! Zresztą patrzenie na palce rozprasza. Skrzypkowie przeważnie patrzą na tor smyczka, między mostkiem, a gryfem. :D Ale już kończę mój wywód, to takie zboczenie zawodowe. Co do lady Tamary, nie dziwie się jej. Ramon jest taki słodki :D Nie obrażę się za niepotrzebne dialogi, też je uwielbiam, tylko osobiście nie zawsze potrafię ich wplatać do swoich tekstów :( Czekam na opis tego zakazanego owocu, czuje, ze to będzie wspaniała imprezka, pełna dreszczyku.
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Masz rozbudowane słownictwo. To pierwsze rzuciło mi się w oczy ;) Rozdział mi się podobał. Czekałam niecierpliwie na pojawienie sie Louis'a a kiedy już przyszedł... awww ♥! GENIALNIE! Zakazana milość
  • awatar Sayori Nekomori: @Lisa Angels: Bardzo przepraszam za te wszystkie niedopatrzenia. Nie gram na skrzypcach (nawet w rękach nie miałam :() a jako instrument jakoś odpowiadał mi do wizerunku księżniczki :) Do tego pierwszy raz coś takiego opisywałam, ale dziękuję ci za te rady ^^ Jeżeli jeszcze kiedykolwiek "zmuszę" bohaterkę do gry na skrzypcach to dostosuję się to twoich słów ^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›