Wpisy użytkownika Sayori Nekomori z dnia 12 kwietnia 2015

Liczba wpisów: 1

sayorinekomori
 
Starałam się wyglądać naturalnie, ale nie jestem pewna czy mi to wyszło. Nie potrafiłam wyjść z podziwu. Głośna muzyka przeplatana rozmowami ludzi, którzy nie zwracali na mnie uwagi. Intensywny zapach perfum, papierosów, potu i alkoholu, innego niż wytrawne wina czy szampan obecnych na balach arystokracji.
- Teraz mogę bez wyrzutów sumienia powiedzieć ci, że wyglądasz przepięknie – oznajmił Louis lekko popychając mnie w głąb domu, jakbym miała zaraz się wycofać i uciec.
- A jakbym nie wyglądała? – zapytałam zaczepnie.
- Milczałbym – wzruszył ramionami. Umięśnionymi ramionami. Wręcz stworzone do obejmowania kogoś, kogo chce się chronić. Czemu on jeszcze nie ma kogoś takiego? – Ale i tak sądzę, że byłoby to niemożliwe, abyś wyglądała źle – spojrzał na mnie. Jego wzrok był podobny do głodnego spojrzenia tych zboczonych buców z arystokracji, ale jednocześnie inny. Bardziej łagodny, ciepły, jednak mimo wszystko ciągle głodny.
- Nawet w osmolonych łachmanach pełnych łat?
- Tak – odpowiedział bez namysłu. Uśmiechnęłam się. To było miłe.
„Jeśli był dla ciebie miły to znaczy, że chce cię zaciągnąć do łóżka i nic więcej”
„Jeśli był dla ciebie miły to znaczy, że chce cię zaciągnąć do łóżka i nic więcej”
„Jeśli był dla ciebie miły to znaczy, że chce cię zaciągnąć do łóżka i nic więcej”
Słowa Doriana ciągle dudniły w mojej głowie, dzięki czemu mogłam zachować trzeźwość umysłu i nie pozwolić się do końca omotać.
Dotarliśmy do kuchni. Pierwszy raz znajdowałam się w kuchni „normalnych ludzi”. Mała, ale było w niej wszystko, co niezbędne. Niezwykle przytulna. W niczym nie przypominała tych królewskich.
Na samym środku był blat, a na nim butelki z kolorowymi trunkami i plastikowe kubeczki. Każdy mógł wziąć to, na co miał ochotę i nikt nie patrzył na niego krzywo.
- Yo, Louis! – krzyknął ktoś i od razu się przy nas pojawił. Postawny chłopak, krótko ścięty nawet nie patrzył na kumpla. Zza swoich okularów patrzył na mnie. – Nie przedstawisz mnie? – spytał mierząc mnie wzrokiem od góry do dołu podejrzliwym wzrokiem. Moje serce zaczęło łomotać. Rozpoznał mnie? A może chodzi o coś innego?
Louis, jakby wyczuł moje nagłe spięcie i opiekuńczo objął mnie w talii przyciągając do siebie.
- To Susan – odpowiedział z uśmiechem. – A to Ron.
- Miło mi – od razu chwycił mnie za dłoń i pocałował jej wierzch. – Czy my się gdzieś nie spotkaliśmy? – uniósł brew. – Wyglądasz znajomo.
- Wątpię. Dopiero przyjechała – Louis przewrócił oczami. Byłam mu wdzięczna za to, że odpowiadał za mnie. Nie byłam pewna czy mój głos brzmiałby normalnie.
- Ale jest podobna, no – jęknął i zaczął się rozglądać. – Karin! Choć tu! – zawołał energicznie machając ręką, aby kogoś przywołać. Po chwili obok nas zjawiła się ładna blondynka, która od razu uwiesiła się na ramieniu Rona.
- Karin – wyciągnęła do mnie rękę. Miała delikatny uśmiech i łagodne błękitne oczy. Biła od niej dobroć i uczciwość, więc nie mogłam uwierzyć, co taka osoba robi w tym świecie pokus. Nie ocenia się książki po okładce, tak?
- S-susan – wyjąkałam odwzajemniając uścisk.
- No powiedz temu idiocie, że jest podobna – fuknął rudzielec. Mówili w taki sposób, jakby owy temat był znany wszystkim, z wyjątkiem mnie.
Karin przybliżyła się do mnie i przyjrzała mi się mrużąc swoje oczy.
- Podobna – przytaknęła, a Ron uśmiechnął się triumfalnie.
- Jesteś przewrażliwiony na punkcie swojej roboty, a jej się udzieliło – Louis machnął ręką.
- Ale o co chodzi? – wypaliłam nagle, a Karin westchnęła zirytowana.
- Tłumoki – warknęła. – Jak już zaczynacie o tym gadać to przynajmniej tak, aby Sue wiedziała o co chodzi – spojrzała na nich z politowaniem. - Jesteś bardzo podobna do księżniczki Rosaline – odparła z uśmiechem w moją stronę, a ja poczułam, jak cała krew spływa mi z twarzy.
- Jest tylko jej służką – burknął Louis wyraźnie rozdrażniony. Karin i Ron spojrzeli na siebie, a potem na mnie z tym samym błyskiem w oczach. Przełknęłam wielką gulę w gardle, ale to mało pomogło. Nadal czułam ten nieprzyjemny uścisk.
- Tylko – wyszeptałam. – A wy czym się zajmujecie? – zapytałam szybko próbując zmienić temat.
- Pracuję w pobliskim spożywczaku. Dopóki nie urodzę – mówiąc ostatnie zdanie wyraźnie spochmurniała.
- Jesteś w ciąży?
- Tak. Trzeci miesiąc – uśmiechnęła się delikatnie, a Ron opiekuńczo objął ją od tyłu kładąc dłonie na jej brzuchu. – Potem nie wiem, jak z pracą – westchnęła. – To ciężkie czasy. Młoda kobieta z dzieckiem i zapracowany ojciec… Ale trzeba sobie radzić – wzruszyła ramionami.
- To jest aż tak źle? – zapytałam bardziej samą siebie. Było mi wstyd, że nie wiem podstawowych rzeczy o państwie, którym niedługo będę władać.
- Pracujesz w pałacu i nie wychodzisz do prawdziwego świata. Nie dziwię się, że nic nie wiesz. Władza ma nas w dupie i wątpię, by to się prędko zmieniło – prychnęła.
- Trzeba coś z tym zrobić – mimowolnie zacisnęłam pięści. Nie mogłam pozwolić, aby moja matka tak zaniedbywała ludzi, którzy potrzebowali pomocy. Jej pomocy.
- A co ty możesz? – zapytał Louis rozbawiony moją buntowniczą postawą.
- Chyba dużo – Karin uśmiechnęła się do mnie. Nie miałam pojęcia, co to może znaczyć.
- A ty Ron? Co robisz? – spytałam przypominając sobie o chłopaku.
- Jestem dziennikarzem – na jego słowa automatycznie chciałam schować się za Louisa, ale ten mnie powstrzymał. Cała trójka się zaśmiała. – Jestem tu prywatnie – puścił mi oczko. – Ale się wystraszyłaś – wskazał na mnie palcem. – czyli coś ukrywasz.
- Ron – syknęła Karin i uderzyła chłopaka w głowę. – Każdy z tego środowiska by się wystraszył. Mogę się domyślać, jaki tam jest uścisk, więc nie mogą się narażać.
- Zero – powiedziałam cicho, a oni spojrzeli na mnie czekając na wyjaśnienie. – Traktuje wszystkich, jak zero. Nic niewarte śmieci, którymi może pomiatać. To nie królowa – wyznałam.
- Jesteś odważna mówić to, tak otwarcie – przyznał Ron.
- Ważysz się tylko coś pisnąć – zagroził Louis.
- Luz, nie zamierzam. I tak za sam anonimowy donos nic bym nie miał – uśmiechnął się do mnie łagodnie. To był dobry człowiek. - To co? Pijemy? – zapytał zacierając ręce. – Oprócz ciebie – spojrzał na blondynkę już poważnym wzrokiem.
- Ja też pasuję – odparł Louis. – Ktoś musi ją odwieść – wzruszył ramionami. – Ale Sue się napije, prawda? – spojrzał na mnie z uśmiechem. To, w jaki sposób wymówił moje imię było… Nie mam pojęcia jakie, ale wiedziałam na pewno, że chciałam, aby mówił tak do mnie już zawsze. Aby wprawiał mnie w otumanienie. To uczucie było przyjemne. Nawet bardzo.
- J-ja nie. Nie wiem czy t-to dobry pomysł – zaczęłam się jąkać, a Louis przygryzł wargę i pochylił się nade mną.
- Miałem ci pokazać mój świat – szepnął. – A alkohol jest jego częścią – trącił nosem płatek mojego ucha, a ja poczułam, jak policzki mi płoną. Było źle? Ależ oczywiście!
- Dobra – zgodziłam się. Sama się na to pisałam. Nie mogłam zrezygnować.
Gdy tylko dostałam biały kubeczek z jakimś czerwonawym płynem, od którego było czuć czysty spirytus spojrzałam przerażona na Louisa.
- Nie musisz pić wszystkiego na raz. Małymi łyczkami – przesunął się za mnie i położył dłonie na moich biodrach, a głowę oparł na moim ramieniu. Czułam na szyi jego oddech. – To nic złego – szepnął. – Uwierz mi, spodoba ci się to – szeptał. Kusił mnie. Namawiał. Moje serce łomotało, jak szalone. Miałam wrażenie, że zaraz roztrzaska mi żebra. Czułam się, jakbyśmy byli tu tylko my. Gdy tylko jego kciuki zaczęły sunąć po moich pośladkach za jednym zamachem wypiłam całą zawartość kubeczka. Gwałtownie wypuściłam powietrze z ust. To było mocne. Słyszałam przytłumione oklaski i pogwizdywanie. Wydawało mi się, że bicie mojego serca słychać w całym domu.
Pomachałam kubeczkiem, na znak, aby Ron jeszcze mi nalał.
- Zasmakowało? – zapytał Louis tuż przy moim uchu.
- Tak – powiedziałam i pochłonęłam kolejną dawkę alkoholu.

- Jeszcze raz! Dawaj! Jeszcze raz! – krzyczała całkiem sporawa grupka młodych chłopaków, którzy otaczali mnie w salonie.
Wyprostowałam się siedząc na beżowej kanapie, lekko przymrużyłam oczy, a usta ułożyłam w mały dziubek, aby upodobnić się do lady Tamary.
- A teraz od początku – powiedziałam imitując jej skrzekliwy głos. – Nie! Nie! Nie! No co ty wyprawiasz?! Jesteś kompletnym beztalenciem! Kaleczysz ten biedny instrument! – ja krzyczałam, a moi „kompani” się śmiali. Cieszyłam się, że zostałam swego rodzaju duszą towarzystwa, nawet jeżeli kosztem dobrego imienia mojej guwernantki. – Oh, ja cierpię dolę! – w dramatycznym geście przyłożyłam sobie wierzch dłoni do czoła i płynnie opadłam na poduszki. – Dajcie mi wody! Nie zdzierżę już tego!
Nie wytrzymałam i wybuchłam gromkim śmiechem. Wszyscy już zginali się ze śmiechu.
- To takie dewotki jeszcze żyją? – zapytał jeden. Nawet nie wiedziałam kto. Było ich tu za dużo.
- Żyją i mają się świetnie – mruknęłam zawiedziona i sięgnęłam po mój kubek, który stał na stoliku. Wzięłam mały łyk i rozkoszowałam się palącym uczuciem rozchodzącym się od gardła po sam żołądek. Czułam się wspaniale! Nigdy nie byłam, aż tak zrelaksowana i spokojna. Nigdy bym nie pomyślała, że upojenie alkoholowe może sprawić, że ten cały ciężar, jaki nosiłam w sercu jako księżniczka tak po prostu zniknie. Wiedziałam, że to tylko na chwilę, ale i tak byłam szczęśliwa. Ale czegoś mi do tego szczęścia brakowało. A raczej kogoś…
- Panienko Susan, a czy masz już swojego wybranka serca? – zapytał czarnowłosy chłopak o pięknych niebieskich oczach. Jakbym patrzyła w niebo rozciągające się ponad polanką.
- A mam – odpowiedziałam śmiejąc się. To było głupie, ale teraz to nie było ważne.
- A gdzie on jest? – spytał zaczepnie. Doskonale wiedział, jak każdy zresztą, z kim przyszłam. Więc po co te idiotyczne pytania?
- Idę go poszukać – rzekłam poważnie, choć mój głos miał się nijak do mojej miny. – Panowie wybaczą – skinęłam na nich i pełna gracji wstałam i ruszyłam na poszukiwania mojego księcia z dziwnej bajki odprowadzona krzykami protestu. Byli tacy zabawni.
Lekko chwiejnym krokiem, ale mimo to nadal dostojnym, przechadzałam się po domu, szukając Louisa. Starałam się nie ruszać zbyt gwałtownie głową, aby nie nabawić się jeszcze większych zawrotów głowy.
Wreszcie go ujrzałam. Jednak to, co zobaczyłam w żadnym stopniu nie zadawalało mojej rządzy przygody. Stał w kuchni opierając się biodrem o kuchenną wysepkę, a obok niego stała wysoka blondynka. Była piękna, pewna siebie, wyzywająca i próbująca zbliżyć się do Louisa.
Poczułam dziwny ucisk w sercu. Jakby ktoś wziął dłuto i odłupał kawałek mojego serca. Nie znałam tego uczucia, ale wiem, że nie chcę go czuć nigdy więcej. Ból, żal, swego rodzaju rozczarowanie. Jednak zaraz po tym pojawiła się złość i chęć odwetu. Bo przecież to MI miał pokazać ten świat, nie jej.
Wyprostowałam się, uśmiechnęłam się swoim „firmowym” uśmiechem księżniczki, który potrafił oczarować każdego, poprawiłam włosy i ruszyłam w stronę swojego celu.
- Louis, może wymkniemy się, co? – usłyszałam, jak blondynka pyta Louisa zalotnie trzepocząc rzęsami i przesuwając palcem po jego klatce piersiowej. Kolejny ucisk i kolejny krok.
- Dolores – zaczął, ale zanim zdążył cokolwiek dopowiedzieć lekko pociągnęłam go za ramie. – Sue – spojrzał na mnie, jakby łagodniejszym wzrokiem.
- Szukałam cię – wyznałam wpatrując się w jego oczy. Chciałam, aby te szmaragdy należały do mnie. Oddałabym wszystkie klejnoty, jakie posiadałam, aby tylko mieć te dwa. – Miałeś mi wszystko pokazać, a ty zniknąłeś – powiedziałam z wyrzutem, ale nie był tak wyczuwalny, jak w głosie Dolores.
- Louis! A co ze mną? – warknęła próbując zastraszyć mnie spojrzeniem. Wyćwiczone do perfekcji opanowanie dawało o sobie znać, nawet w chwilach nietrzeźwości. Blondynka zirytowała się, gdy jej mordercze oczy nie podziałały.
- To chciałem ci właśnie wyjaśnić – zaczął przygarniając mnie do siebie. Wygrałam. – Przyszedłem tu z Sue i z nią zamierzam wyjść. Do tego już dawno uzgodniliśmy, że nic nas nigdy nie będzie łączyć, więc daj spokój – łagodne słowa odrzucenia niosły za sobą pogardę i obrzydzenie. Prawdopodobnie, gdyby mnie tu nie było Louis użyłby bardziej ordynarnych wyrażeń, ale cieszę się, że przy mnie się pohamował. To dużo dla mnie znaczyło.
Louis pociągnął mnie w stronę salonu zostawiając zdenerwowaną blondynkę samą sobie.
- Louis, mi miałeś wszystko pokazać, a nie jej – odparłam z wyrzutem, gdy tylko wyszliśmy z kuchni. Wyglądało na to, że moje opanowanie właśnie przekroczyło swój limit.
- Uwierz mi, ona już to wszystko widziała, a nawet więcej – prychnął. – A to ty mi uciekłaś – wytknął mi.
Louis usiadł na jedynym wolnym fotelu i pociągnął mnie za ramie tak mocno, że opadłam na jego kolana prosto w jego pułapkę silnych ramion.
- Nie uciekłam, tylko straciłam cię z oczu i… - przerwałam swoją szybką wypowiedź, bo zupełnie zapomniałam, co powinnam dalej powiedzieć.
- Hahahaha, jesteś urocza – Louis pocałował mnie w policzek i lekko szturchnął go nosem, a ja poczułam, jak moja twarz zaczyna płonąć. Nagle zaschło mi w gardle. Już chciałam wstać, aby pójść po coś do picia, gdy podszedł do nas jakiś… mało przyjemny chłopak. Piercing na twarzy wcale nie dodawał mu uroku. Wręcz przeciwnie. Sprawiał, że ludzie się go bali i czuli ogromny respekt. Przynajmniej ja tak uważałam.
- Louis, stary druhu! – krzyknął unosząc ręce. Był pijany.
- Nie jestem twoim druhem, Dakota – syknął Louis obejmując mnie jeszcze mocnej. Był spięty. Wolałam się nie odzywać.
- Oj, coś taki ponury? – zacmokał. – Mam to – dodał już uśmiechnięty.
- Nie obchodzi mnie to – Louis wzruszył ramionami. Chciał jak najszybciej pozbyć się natręta.
- Stary, dziwnie się zachowujesz. Co z tobą? – Dakota przejechał ręką po swoim blond irokezie.
- Nie widzisz, że mam towarzystwo? – zapytał od niechcenia. Był wyraźnie zirytowany, a ja położyłam mu dłoń na piersi, aby dodać mu otuchy. O dziwo, podziałało. Jego mięśnie się rozluźniły, a ja byłam szczęśliwa, że to ja się do tego przyczyniłam. Alkohol sprawił, że nie bałam się zrobić tych pierwszych kroków w stronę bruneta. Jednak świadomość, że ta bajka niedługo się skończy nie jest pocieszająca. Tym bardziej, że tutaj nie będzie tego: „Żyli długo i szczęśliwie”. Życie nie jest bajką, życie jest drogą, podczas której poznajemy te bajki. Nasze, innych… Przekazujemy je dalej, a czasem zostawiamy dla siebie, jako nasze mały skarby, pamiątki. Te drogi są pełne pułapek, przeszkód, ślepych uliczek. Sami sobie tą drogę wybieramy. Na końcu czeka nas wszystkich to samo – śmierć. To, w jaki sposób przebyliśmy tą naszą podróż decyduje czy umrzemy spełnieni i szczęśliwi czy pełni żalu, że coś poszło nie tak… Czy ja umrę szczęśliwa?
- Oh, przecież to piękne towarzystwo może pójść z nami – Dakota uśmiechnął się chytrze patrząc moją stronę. To, jak zaakcentował słowo: „piękne” napawało mnie negatywnymi myślami.
- Nie! – krzyknął Louis zwracając tym samym na siebie zbędną uwagę ludzi znajdujących się z nami w tym samym pokoju. – Ani ona, ani ja z tobą nie pójdziemy, więc z łaski swojej WYPIERDALAJ! – wrzasnął wskazując ręką na drzwi. Automatycznie zakryłam dłonią swoje prawe ucho, bo Louis krzyczał prosto przy nim.
Dakota spojrzał na niego wrogo. Niema groźba nie rozbiła jednak na Louisie żadnego wrażenia. Buntowniczy chłopak odwrócił się i szybko wyszedł z salonu.
- Przepraszam – odezwał się brunet patrząc na mnie łagodnym wzrokiem. – Nie chciałem cię przestraszyć.
Rozszerzyłam oczy. Czy ja się bałam? I dlaczego on jest taki… delikatny w stosunku do mnie? Głowa mnie bolała. Wszystko mi się mieszało. Już nic nie rozumiałam.
- Krzyczałeś mi prosto do ucha – wyjaśniłam. – A co ty taki zmartwiony? Myślałam, że takie uczucia są ci obce? – zakpiłam.
- Małymi kroczkami, pamiętasz? – zapytał, a jak przez mgłę pamiętałam naszą rozmowę, gdy po raz pierwszy się spotkaliśmy. Potrząsnęłam głową wiedząc, że teraz sobie wszystkiego nie przypomnę. W zamian uśmiechnęłam się ciepło i pogładziłam go po policzku.
- Jestem dumna.
Jego oczy zalśniły. Chciałam te szmaragdy dla siebie.
- A o co mu chodziło? Znaczy Dakocie? – zapytałam zmieniając temat jednocześnie chcąc zaspokoić swoją ciekawość.
   - Narkotyki – jedno słowo, a ja od razu zbladłam. – Już nie biorę – rzekł od razu, jakby czytał mi w myślach. – Skończyłem z tym, kiedy prawie wpadłem pod auto, będąc na haju – zaśmiał się nerwowo i przejechał dłonią po swoich idealnie puszystych włosach. – To śmieszne, że dostrzegasz niebezpieczeństwo, gdy spojrzysz śmierci w oczy.
- Ważne, że je dostrzegłeś. Tym gestem nieświadomie zrobiłeś krok do przodu w stronę lepszej drogi – patrzyłam mu w oczy i sunęłam opuszkami palców po jego skórze. Czułam delikatny zarost. To było naprawdę przyjemne.
Alkohol już powoli tracił nade mną kontrolę. Tak jakby mój umysł postanowił powiedzieć: „Stop” i zacząć panować nad sytuacją.
- Mówisz, jak prawdziwa szlachcianka – zaśmiał się już uspokojony. – To głupie, ale czasem mam wrażenie, że nie mówisz mi całej prawdy.
- A jakby to była prawda? – zapytałam z obawą.
- Cóż, lepiej żebyś powiedziała to teraz, bo później mogę zmienić o tobie zdanie – powiedział całkiem poważnie, a mnie zmroziło.
- Tak naprawdę jestem księżniczką Rosaline – wyrwało mi się zanim zdążyłam to dokładnie przemyśleć. Louis natomiast rozszerzył oczy, a zaraz potem zaśmiał się gromkim śmiechem, a w jego oczach pojawiły się łzy rozbawienia. Nie uwierzył…
- Hah! To dobre! Po alkoholu masz niezłe poczucie humoru.
Chciało mi się płakać. Schować się gdzieś, z dala od tych wszystkich ludzi, od cywilizacji i rozpłakać się, tak samo, jak wtedy, gdy dowiedziałam, że się mój ojciec nie żyje. Jednak nie mogłam tego zrobić. Nie tu, nie przy nim, przy tych wszystkich ludziach. „Księżniczce tak nie wypada”.
   - Haha, tak – zaśmiałam się lekko. – Louis, bardzo ci dziękuję, że mnie tutaj przyprowadziłeś, ale chciałabym już wracać – powiedziałam spuszczając głowę.
- Źle się czujesz? – zapytał przykładając mi dłoń do czoła w celu sprawdzenia mojej temperatury.
- Nie, ale jestem trochę zmęczona – przyznałam.
- Ah, no dobra. Jak chcesz – próbował udać obojętnego.
- Czy mogę pożyczyć twój telefon? – spytałam przypominając sobie o słowach Doriana.
- Jasne, a po co? – zapytał wyjmując z kieszeni czarnych jeansów komórkę.
- Do przyjaciela. Chciał, abym zadzwoniła do niego, gdy będę wracać. Przyjdzie po mnie do lasu – odpowiedziałam i bez skrupułów włożyłam dłoń za dekolt sukienki w celu wyjęcia karteczki ze stanika.
- Sue! – zaśmiał się Louis widząc moje poczynania.
- No co? Nie miałam kieszeni, a przecież wszystkie tu to robią, a nawet więcej – mruknęłam wpisując numer w telefon bruneta.
- Ale ty nie jesteś „wszystkie” – powiedział cicho, jakby do siebie. Czy to coś znaczyło?

Wysiedliśmy z samochodu i powolnym krokiem ruszyliśmy w stronę tajnego wejścia na teren pałacu. Szliśmy w milczeniu, a ja czułam, jak moje ciało ogarnia dziwne napięcie. Louis był blisko, a mi tej bliskości było za mało. Chciałam go mieć jeszcze bliżej. Miałam trzymać dystans, aby przy późniejszym rozstaniu bolało mniej, ale ten plan już na początku spalił na panewce.
- A ten twój przyjaciel… jest dla ciebie kimś więcej czy… - zaczął jakby od niechcenia, aby tylko zagłuszyć tę ciszę.
- Uhm... To tylko przyjaciel – odpowiedziałam zupełnie nie wyczuwając drugiego znaczenia. Byłam zbyt zmęczona. – A czemu pytasz?
- Z ciekawości – wzruszył ramionami. – Gdy z nim rozmawiałaś ciągle się usprawiedliwiałaś. To chyba coś więcej niż przyjaźń. Jakbyś nie chciała mu się pokazać ze złej strony – zapowietrzyłam się ze zdziwienia. W dziwny sposób interpretował moje wypowiedzi.
-Jest dla mnie jak starszy brat. Do tego on kocha moją przyjaciółkę i ze wzajemnością. Jesteś zazdrosny? – zaśmiałam się z absurdalności mojego pytania.
- Nie – odparł.
Od czasu, gdy opuściliśmy dom jego przyjaciela otacza go aura obojętności. Niepokoiło mnie to. Resztę drogi przeszliśmy już w milczeniu. Po chwila spoglądałam na niego kątem oka. Jakby patrzenie na niego było formą uspokojenia nerwów. Małe uzależnienie, które może przynieść ze sobą niemiłe konsekwencje.
Doszliśmy do miejsca, w którym znajdowało się wejście do tunelu. Żadne z nas się nie odzywało. Nieświadomie, a może i świadomie, przedłużaliśmy te chwile spędzone razem. Spojrzałam na niego. Jego twarz była przerażająco obojętna. Zero emocji. Niczym kamienna maska idealnego boga. Patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Mimowolnie zrobiłam pierwszy krok w jego stronę, a potem kolejny i kolejny. Nie panowałam nad swoimi ruchami. Poddałam się. Moje wszystkie fantazje i pragnienia spełniły się w chwili, gdy moje wargi dotknęły jego. Stanęłam na palcach i kurczowo złapałam się jego czarnej koszulki, aby nie stracić równowagi. Mocno zacisnęłam powieki ze strachu, że zaraz mnie odepchnie i odejdzie. Nie wróci. Że to wszystko się zakończy, a ja zostanę z tym bólem w sercu.
To był mój pierwszy raz. Przypomniałam sobie fragment jednej z książek, którą kiedyś czytałam. Dziewczyna postanowiła wziąć wszystko we własne ręce i przejęła inicjatywę. Nagle pamiętałam wszystkie słowa zapisane przez autorkę i robiłam to samo, co główna bohaterka.
Lekko muskałam wargi bruneta, co jakiś czas przesuwając po niej językiem. On nie robił nic. Sparaliżowany Adonis zdany na moją łaskę. Błagałam w myślach, aby coś zrobił. Cokolwiek.
Jakby czytał w moich myślach chwycił w obie dłonie moją szyję i wbił się w moje wargi odwzajemniając pieszczotę. W książce było napisane, że mężczyzna wsuwa język w usta kochanki, ale Louis tego nie robił. Delikatny pocałunek przyprawiał mnie o dreszcze. Zupełnie nie pasował do charakteru, jaki brunet pokazał mi na samym początku. Wyparłam te myśli z głowy i całkowicie oddałam się temu uczuciu. Brałam z niego wszystko. Chciałam to zapamiętać, aby w odpowiednich momentach w przyszłości ciągle naciskać przycisk „replay” i trwać w tych chwilach wciąż i wciąż.
Usłyszałam skrzypnięcie klapy i jak oparzona odskoczyłam od Louisa. Zdyszani spojrzeliśmy w tamtą stronę, a ja ujrzałam zarys postaci Doriana.
- M-muszę już iść – powiedziałam speszona. Nagle uświadomiłam sobie co zrobiłam. Było mi wstyd.
- Taaa – odparł Louis. – Narazie – machnął ręką na pożegnanie i szybkim krokiem odszedł w stronę samochodu. Przyłożyłam dłoń do piersi, jakby to miało pomóc złagodzić ten ból w sercu, który poczułam. Miałam mętlik w głowie.
- Rose, choć już – szepnął Dorian, a ja posłusznie zeszłam po drabince. – Jesteś cała czerwona – oznajmił Dorian z obawą, gdy zaświecił na mnie latarką.
- To pewnie przez alkohol – odparłam całkowicie pozbawiona energii i uczuć. Jak skała. Jak lód. Jakby zamknięta za murem.
- Alko… - zaczął Dorian, po czym zakrył oczy dłonią i westchnął z politowaniem. – Wiedziałem, że to zły pomysł.
- Nie jestem pijana. Wyparowało – przewróciłam oczami i ruszyłam w stronę pałacu.
- Coś się stało? Co on zrobił? – zapytał zdenerwowany.
- Nic. Nic nie zrobił.
I oto właśnie chodziło. Po wszystkim pokazał obojętną maskę. Czyli to wszystko, te czułe gesty i miłe słowa były tylko iluzją? Byłam jego kolejną „ofiarą”? Nie chciałam, aby tak było. Plułam sobie w brodę, że zapragnęłam czegoś więcej.
Księżniczka znajdując się na samym szczycie tego łańcucha pokarmowego posiada wszystko. Wystarczy tylko jedno słowo i wszyscy stają na głowie, aby to zdobyć. Jednak tego, czego chciałam ja, nie można było dostać. Jedyny na świecie nieoszlifowany diament był poza zasięgiem królewskiej ręki. Poczułam go. Zasmakowałam. I chcę więcej. Zakazany skarb, który swoim wdziękiem potrafi nawet w skale obudzić uczucia. Jest przekleństwem, każdego, kto go zapragnie. Zostałam przeklęta przez czar, jaki rzuca na wszystkich.
Całą drogę do swojej komnaty przebyliśmy w ciszy, a ja uświadomiłam sobie, że zakochałam się w diabelskim szafirze. To już tym bardziej nie wypada księżniczce.
988447_608364082585009_998035777_n.jpg


Czekaliście cały tydzień, ale wreszcie się doczekaliście. Powiem wam, że nie zadowala mnie za bardzo. Ciągle mam wrażenie, że wszystko popsułam, nic nie wyszło i ogólnie do dupy. Bardzo ciężko mi się go pisało, bo wena ma na mnie focha >.<
Ale opinię pozostawiam wam (nawet jak po mnie pojedziecie zrozumiem)
~
Teraz możecie jeszcze dłużej czekać na rozdział, bo szkoła i na komputer będę mogła wejść dopiero w piątek :/ mnie też to nie odpowiada, ale co zrobisz? Nic nie zrobisz :(
~
A teraz słuchać mnie uważnie!! Proszę mi tu Louisa nie oceniać, że z jakiegoś buntowniczego chłystka zrobiła się papka, bo taki był jego zarys od początku.
Będzie to wyjaśnione ogólnie w dalszej części opowiadania, ale teraz powiem o tym kilka słów.
Louis zwykle "umawiał" się z dziewczynami pokroju Dolores, którym tylko seks w głowie. A teraz pojawiła się taka Rose i biedaczek nie wie, jak z nią postępować.
W tej skale, zwaną sercem kryją się uczucia, które były ukryte na potrzebę warunków w jakich żył, więc obudzenie ich jest trudne, a gdy poczuje się już ich przedsmaki można spanikować :)
Mam nadzieję, że Louis nadal jest dla was zboczonym aktorzyną ;) Bądźmy szczerzy... gdyby nie Dorian, to Louis by nie wytrzymał >:3
~
A teraz już spadam. Mam nadzieję, że nie jesteście źli za mały spoiler (młahahahaha >:3) i w miarę wam się spodoba ten rozdział :) Zrozumcie ciężkie dni ;p
Więc, do następnego, robaczki :*
  • awatar Lisa Angels: Nawet jak ci nie wychodzi to ci wychodzi... Może spotkanie z Dakotą było ciutke naciągane, ale cała reszta mi się podobała. Szczególnie końcówka, o życiu i scena pocałunku :D
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: ZAJEBISTE. (jedno słowo, tyle uczuć...) Powiem tak : Początek był git. Nic do niego nie mam oprócz powtarzających się słów. Taj już bywa. Masz kryzys weny.Miejmy nadzieję, że ci przejdzie. ♥ Kiedy akcja zaczęła się rozwijac nie mogłam oderwać oczu od ekranu! GENIALNIE ROZBUDOWAŁAŚ AKCJE! A Louisa nadal lubię ♥ Zawsze tak jest. Raz dobry, raz zły... TAJ JEST CIEKAWIE! (zajrzyj na mojego bloga, bo odpadywanka nie ma jednoznacznego wyniku. PROOSZE)
  • awatar Echo to tylko odbicie dźwięku: Jkapdnnedosksndnpwe. Nawet nie wiem jak to inaczej skomentować. Louis, tak, nadal jest zboczonym aktorzyną i mój dobry jezu już go uwielbiam. A to, że ci wyszło do dupy to kompletna bzdura. :33 Tylko tobie się tak wydaje. Według mnie jest boskoooo.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›