Wpisy użytkownika Sayori Nekomori z dnia 28 marca 2015

Liczba wpisów: 1

sayorinekomori
 
Znałam w tym pałacu wszystkie tajemne pokoje i podziemne przejścia. W dzieciństwie często dla zabawy wymykałam się cioci, ale nigdy nie była na mnie zła. Była zmartwiona, ale nie zła. Z czasem przestałam to robić „dla zabawy”. Przechadzki tymi korytarzami pełnymi pajęczyn, kurzu i wilgoci pozwalały mi poczuć wolność, którą mi odebrano. Niczego, tak nie pragnęłam od życia, jak chwilki na zewnątrz, bez strażników, bez tych niewygodnych sukien, fikuśnych fryzur i tony pudru na twarzy. Marzyłam, aby stanąć na środku ulicy wśród tłumu nierozpoznana. Żeby być tam jako zwykła dziewczyna im równa, a nie jako księżniczka Rosaline.
„Księżniczka”. Czym jest ten przydomek? Co on daje? Władzę? Status? Wszystko co drogie i piękne? Dla mnie to nie ma najmniejszego znaczenia. Dla mnie „księżniczka” to dziewczyna wychowana w królewskiej rodzinie tłamszona przez władze, nie mogąca nic zrobić bez wyraźnej zgody „tych u góry”. Jak słowik zamknięty w złotej klatce.
Czym są dobra materialne w porównaniu z prawdziwą wolnością? Niczym. One są tylko marnym wyznacznikiem ludzkiej chciwości i pazerności. Nienawidzę ich. Z całego serca nienawidzę takich ludzi. To co oni nazywają skarbem znajduje się w sercach prostych ludzi, który chcą po prostu godnie przeżyć swoje życie. Niestety w tych czasach takie wartości są uznawane za niepotrzebne. Przecież wszystko się rozwija, świat idzie na przód. Im bogatszy jesteś tym więcej uda ci się zrobić, więcej osiągnąć… Ale szkoda, że te rzekome osiągnięcia nie przynoszą żadnych korzyści „plebsowi”.
Jednak jest księżniczka, która szła ciemnymi zakurzonymi korytarzami mając za towarzyszy jednie pająki wijące swoje sieci w rogach sufitu. Która w prostej, rudej sukience do kolan i zwykłych sandałkach kierowała się do tajnego wyjścia z posiadłości. Tą księżniczką byłam ja.
Z wielkim uśmiechem na twarzy otworzyłam klapę nad swoją głową i po starej spróchniałej drabince wyszłam na zewnątrz. Zamknęłam przejście. Otrzepałam dłonie z kurzu i ziemi, po czym rozejrzałam się. Znajdowałam się jakieś pięć metrów od głównej drogi prowadzącej do posiadłości. Las, który ją otaczał był naprawdę wspaniały. Miewałam z nim pewne fantazje, aby zgubić się w nim razem z moim ukochanym. Oczywiście, nie był to szlachcic ani arystokrata. Był prostym człowiekiem, który kochał mnie ze względu na to, jaka byłam, a nie ze względu na mój status. Piękna miłość, tylko nieprawdziwa. Takie historie zdarzają się tylko w książkach i filmach. „Księżniczce tak nie wypada”.
Miałam cztery godziny do śniadania. Szłam szosą w stronę miasta, które było dobre dwadzieścia minut pieszo. O moje biodro wesoło odbijał się wiklinowy koszyk, który zabrałam ze sobą. Mimo wczesnej godziny było dość jasno. Słońce leniwie wynurzało się spod horyzontu, a jego promienie miło grzało moje policzki.
Dziś był targ. Tłum ludzi, masa straganów, tyle zapachów i kolorów. Nie wiedziałam na co skierować wzrok, gdzie podejść najpierw. A najwspanialsze w tym wszystkim było to, że nikt mnie nie rozpoznał. Aż ścisnęło mnie w sercu, gdy co chwilę jakiś mężczyzna, przeważnie staruszek, chylił przede mną głowę i z uśmiechem mówił: „Dzień dobry”. To było wspaniałe! Miałam świadomość, że nie zawsze jest kolorowo, ale wolałabym być zwykłą dziewczyną, jak te, które teraz mijałam, niż być księżniczką, która już pewnie została zaszufladkowana razem ze swoją matką, jako łasa na pieniądze i władzę bezwzględną kobietę. Ale zmienię to. Nie wiem dokładnie kiedy, ale zrobię to.
Już miałam ruszyć do straganu z owocami, gdy wpadłam na kogoś i już prawie poleciałabym na ziemię, gdy silne ręce podtrzymały mnie w talii. Spojrzałam na mojego wybawcę i aż zakrztusiłam się powietrzem. Był piękny. Tylko to nasuwało mi się na myśl. Piękny chłopak o zielonym spojrzeniu. To nie był byle jaki odcień wymieszany z inną barwą. To był czysty szafir.
- P-przepraszam. Zagapiłam się – wybełkotałam wyswobadzając się z uścisku nieznajomego.
- To ja powinien przeprosić. Nie zauważyłem cię – uśmiechnął się do mnie łagodnie, po czym zaśmiał się, prawdopodobnie widząc moje zakłopotanie. – Pierwszy raz cię tu widzę – odparł rozpoczynając rozmowę. Czyżby moja bajka właśnie się rozpoczęła?
- Ah, przyjechałam na wakacje – nerwowo wsunęłam kosmyki włosów za ucho.
- Razem z rodziną królewską? – zapytał zainteresowany. Czy miałam mu powiedzieć, że jestem księżniczką? Uwierzyłby?
- Tak – odpowiedziałam decydując się na coś, co było całkowicie sprzeczne z zasadami idealnej księżniczki. Postanowiłam go okłamać. – Jestem służką księżniczki – poczułam uścisk w sercu, w żołądku, w umyśle, a nawet w duszy.
- Oh, tak wcześnie cię wysłała na targ? To rodzina królewska nie wie, że każdy potrzebuje chwili odpoczynku? – prychnął zakładając ramiona na pierś. Jego wypowiedź zakładała jednoznacznie, że uważał władzę za takie same bezuczuciowe istoty, jak ja, ale bolało, że i mnie, księżniczkę, za taką uważał.
- To nie tak – podniosłam nieco głos. – Ona nie wie, że się wymknęłam – spuściłam głowę. – I ona nie jest, jak reszta tej zniewieściałej arystokracji – powiedziałam unosząc wzrok dumnie wypinając pierś. Postanowiłam obronić swój honor, nawet jeśli wiedziałam, że nie pomoże to na kłamstwo.
- Co masz na myśli? – uniósł brew. Nie przejmowaliśmy się tłumem wokół nas, bo i po co? Sami nie zwracali na nas uwagi, więc dlaczego my byśmy mieli? Nie przeszkadzaliśmy sobie nawzajem.
- Księżniczka nie popiera teraźniejszych rządów. Uważa tych wszystkich bufonów za nic nie wartych kretynów, którzy ślinią się na widok młodych dam i złotych monet – wzruszyłam niedbale ramionami. To było miłe uczucie, tak się wyżalić, nawet jeśli zupełnie obcej osobie, która swoją drogą mogła wszystko wypaplać. Jednak nie musiałam się niczym przejmować, bo przecież służka, którą grałam nie istnieje. – Dla niej ważniejsze jest dobro poddanych.
- To dlaczego jeszcze do nas nie wyszła? – zapytał z wyrzutem. Aż się we mnie zagotowało.
- A skąd wiesz, że nie wyszła? Może właśnie to zrobiła, tylko, że nie jest ubrana w te durne kiece. Nie wiesz tego, tak samo, jak nie wiesz, co ona myśli czy chce zrobić. Ona zmieni ten świat, a takim typkom jak ty szczęka opadnie – szturchnęłam go lekko palcem w pierś.
- Oh, jaka zawzięta w bronienie swojej pani. Ale skoro tak mówisz, to chyba muszę uwierzyć – wzruszył ramionami uśmiechając się delikatnie. Miał naprawdę ładny uśmiech. – Oh, gdzie moje maniery – chwycił mnie za dłoń i subtelnie pocałował jej wierzch. – Jestem Louis – rzekł patrząc na mnie z dołu. Moje serce zabiło mocniej. Wyglądał tak… pociągająco? Nawet nie wiem, jak wygląda osoba pociągające, seksowna! Nie wiedziałam, bo tego królewska etyka nie obejmuje!
- Susan – odparłam przełykając wielką gulę w gardle, która powstała na skutek wyrzutów sumienia, że go okłamałam. Ale i tak by mi nie uwierzył, że to ja jestem księżniczką Rosaline.
- Miło mi, Susan – uśmiechnął się zadziornie i nagle usłyszeliśmy krzyk. Od razu odwróciłam się w stronę, z której dobiegł ten odgłos i zobaczyłam starszą kobietę, pod której nogami walały się rozbite jajka, warzywa i owoce. Bez większego namysłu podbiegłam do niej.
- I wszystkie jajka szlag trafił! – biadoliła i spróbowała się schylić, by pozbierać to, co jeszcze się nadawało do spożycia, ale nagły zastój i chwyt za krzyż mówił, że jednak nie da rady tego zrobić.
- Pomogę pani – odparłam i spojrzałam na leżące produkty. – Ale to już się do jedzenia nie nadaje – rzekłam smutno. Koszyk, który kobieta miała ze sobą był połamany.
- I co ja zrobię? Nie mam więcej pieniędzy, a mój wnuczek jest chory – w jej piwnych oczach otoczonych zmarszczkami ujrzałam łzy. Ten widok i mnie przyprawiał o łzy, ale jako księżniczka nie mogłam ich pokazać. Na pewno nie publicznie.
- Proszę – powiedziałam podając jej własny koszyk. – Proszę to przyjąć – wręcz wcisnęłam kobiecinie kosz w ręce i wręczyłam jej mały plik pieniędzy, który był strategicznie ukryty w małej kieszonce na piersi w sukience i już chciałam je podać starszej pani, gdy energicznym machaniem dłoni mnie zatrzymała. Patrzyła mi w oczy lekko zlękniona i zdumiona zarazem.
- Nie mogę tego od ciebie przyjąć – odparła. – Nie… Nie mogę!
- Ale dlaczego? – zdziwiłam się. Kątem oka spojrzałam na Louisa. Nadal tam stał i przypatrywał się tej sytuacji. Nie pomoże? Zapytałam się w myślach. Może on nie jest taki wspaniały, jakim mi się wydawał?
Kobieta zbliżyła się do mnie i lekko pochyliła, aby nie nadwyrężać pleców.
- Brać pieniądze od księżniczki? Nie wypada. To nie godne – szepnęła, a ja zaniemówiłam. Jedyną oznaką zdziwienia, jaką zdołałam pokazać to opuszczona żuchwa i rozszerzone oczy.
- Nie jestem nią – zaprzeczyłam piskliwym głosem. Staruszka spojrzała na mnie z politowaniem i rozbawieniem.
- Masz oczy króla Rafaela. Rude, a w słońcu czerwone – kobieta mówiła ściszonym głosem, aby nikt nie mógł nas, a raczej jej, usłyszeć. Swoją drogą, i tak nikt nie zwracał na nas większej uwagi. Nawet Louis tylko przeglądał coś w swoim telefonie wyraźnie znudzony. – I ten nietypowy kolor włosów dla młodych ludzi – rzekła i chwyciła w swoje kościste palce kosmyki moich włosów. – Srebro. I nawet cię nie postarza, Rosaline – przełknęłam wielką gulę w gardle. – Zachowam nas sekret w tajemnicy – puściła do mnie konspiracyjnie oczko.
- Uwierzę, jak przyjmie pani ode mnie te pieniądze. Nie będzie pani nic winna ani mi, ani nikomu. W tej chwili tylko tyle mogę zrobić – powiedziałam po chwili zaćmy umysłowej i przybrałam poważny wyraz twarzy. Do tego wszystkiego moja wyprostowana sylwetka aż raziła dostojnością i szlacheckim urodzeniem. Nic dziwnego, że dopiero teraz kilka osób raczyło spojrzeć w naszą stronę. Kobieta tylko się uśmiechnęła i skinęła na mnie głową przyjmując pieniądze.
- Dziękuję, panienko – rzekła. – Nasz sekret pójdzie ze mną do grobu – oznajmiła przyciskając zaciśnięte w pięści banknoty do piersi.
- Oby to się stało jak najpóźniej. Wnuczek pani potrzebuje, prawda? – uśmiechnęłam się przyjaźnie, na co się zaśmiała.
- Tak. Jeszcze raz dziękuję – kobieta mnie przytuliła, a ja z ochotą oddałam ten gest. – Znów wszystko wróci do normy – powiedziała do siebie idąc w swoją stronę.
Podeszłam do Louisa, który tylko patrzył na mnie zdumiony.
- Co? – zapytałam.
- Zawsze jesteś taka dobroduszna? Szastać tak nie swoimi pieniędzmi? – spytał jawnie szukając zaczepki.
- Księżniczka tak by właśnie postąpiła. Nie to co ty – powiedziałam nie ukrywając swojego rozczarowaniem jego postawą.
- Uznałaś, że dla wszystkich jestem taki miły? – prychnął. – Wychowałem się w patologii. Obcy ludzie traktowali mnie, jak śmiecia. Jak mógłbym teraz pomagać im, skoro oni mieszali mnie z błotem? – spytał całkiem poważnie.
- Ale wszyscy? Ta biedna kobieta też? – nie wierzyłam w to. Mój księże z bajki właśnie zdjął maskę.
Louis zamilkł na krótką chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią. Wyglądał jakby walczył z własnym sumieniem. Ostatecznie westchnął ciężko i rozluźnił wszystkie mięśnie.
- Nie wiem, jak pomagać ludziom, okej? Pomagam tym, którzy mi pomogli, a jest ich naprawdę mało. Nie potrafię podejść do obcego mi człowieka i zaoferować pomoc.
Uśmiechnęłam się.
- Jednak masz uczucia – spiorunował mnie wzrokiem. – A to już dużo. Małymi kroczkami, aż na końcu wstąpisz do jakieś wolontariatu – powiedziałam dumnie.
- Ej, ej, ej! Nie zapędzaj się tak, dobra matko chrzestna – zaśmiał się.
- Żartowałam – szturchnęłam go lekko w ramię. – I tak sądzę, że by cię nie przyjęli.
- A co to miało znaczyć? – udał oburzenie.
- Bo kiedy się nie uśmiechasz wyglądasz strasznie – zanim się spostrzegłam te słowa już opuściły moje usta. Louis uniósł brew i przybliżył się do mnie.
- Więc podoba ci się mój uśmiech, tak? – spytał zniżając ton. Przeszedł mnie dreszcz, a w podbrzuszu poczułam jakiś dziwny ucisk. Moje policzki zaczęły piec i zrobiło mi się gorąco. – Wezmę to za „tak” – zaśmiał się, a ja odwróciłam głowę, by tylko nie patrzeć mu w oczy. Taki wstyd! – Hej! – podniósł głos zmuszając mnie do ponownego spojrzenia na jego osobę. – Może pójdziesz dziś ze mną na imprezę do mojego kumpla z teatru? – zapytał, a w jego oczach ujrzałam iskierki podekscytowania. Czasem był taki uroczy. Szkoda, że te chwile nie trwały długo.
- Teatru? – spytałam, jakbym tylko to zrozumiała.
- Jestem aktorem – odpowiedział. Rozszerzyłam oczy w zdumieniu. Podziwiałam pracę aktorów. Mogli na zawołanie wywoływać u siebie przeróżne emocje. Doskonale maskowali swoje prawdziwe uczucia. To bardzo przydatna cecha w towarzystwie arystokratów.
- Wow – tylko tyle dałam radę z siebie wykrztusić. Louis tylko słodko zarechotał.
- To przyjdziesz? – zapytał jeszcze raz z nadzieją, którą dałam radę wyczuć, mimo tego „muru”, który wybudował wokół siebie, abym to przypadkiem nie dostała się do jego wnętrza. Jednak w tym murze była szczelina, którą odnalazłam i zamierzałam powoli się przez nią przeciskać, a pod koniec wakacji zgrabnie wyjść i prawdopodobnie już go nie spotkać.
- Nigdy nie byłam na TAKIEJ imprezie – przyznałam wykrzywiając usta w grymas. Nudne przyjęcia i bale to nie było to samo, co „impreza”.
- Ty chyba nigdy nie korzystałaś z życia na całego, co? – spytał przechylając głowę na prawo.
- Nie miałam ku temu okazji – odpowiadałam w taki sposób, by nie zrazić go do „księżniczki”, gdyż postanowiłam, że wyznam mu prawdę, gdy będę wyjeżdżać. Oczywiście, gdybym go jeszcze spotkała.
Louis zaczął od niechcenia bawić się moimi włosami, a ja znów zadrżałam, nie wiedząc co mam zrobić.
- To może cię nauczę? – zaproponował. – Pokażę ci, jak się bawią ludzie z niższych sfer – spojrzałam na niego niepewnie. – Niesie to ze sobą tyle korzyści… Wreszcie poczujesz się wolna, zabawisz się, będziesz mogła powiedzieć wszystko, czego się dowiedziałaś księżniczce, aby w przyszłości zmieniła coś w tym kraju. Jedyne co musisz zrobić, to dać mi się porwać do tego innego świata – ostatnie zdanie wyszeptał mi wprost do ucha. Czułam, jak się roztapiam. Zrobiłam się ciężka i ledwo zmuszałam swoje ciało do utrzymania pionu. – Chcesz ze mną tam iść? – spytał aksamitnym głosem, a ja jedyne co mogłam zrobić to zgodzić się.
- Tak – westchnęłam oczarowana jego urokiem. Okazało się, że mój książę jest czarodziejem albo nawet czarnoksiężnikiem… Jakimś magicznym zaklęciem powoli opanowywał mój umysł i kazał mi tańczyć, jak mi zagra. Mimo że wiedziałam, że to może się źle skończyć chciałam za nim iść. Chciałam by chwycił mnie za dłoń i poprowadził do miejsca, w którym zapomnę o etykiecie i będę mogła być sobą. Sobą z nim.
- Świetnie – odsunął się trochę puszczając moje włosy, a mi od razu wróciła jasność umysłu. Spojrzałam na zegarek i aż krzyknęłam. – Co? – spytał zdezorientowany.
- Muszę już iść – odpowiedziałam.
- Odprowadzę cię – zaproponował, a ja bez słowa zaczęłam iść w stronę lasu. – Masz telefon? – zapytał po chwili ciszy.
- Nie – starałam się zachować jakiś dystans. Po tym co się przed chwilą stało bałam się nawet spojrzeć mu w oczy. Taki wstyd!
- Oh, powiało chłodem – prychnął. – Powiedziałem coś nie tak?
- Nie. To nic. Nie chcę aby królowa była zła – powiedziałam co mi ślina na język przyniosła.
- Kiepsko kłamiesz. Słaba byłaby z ciebie aktorka – zaśmiał się.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo się mylisz – burknęłam pod nosem, tak cicho, aby nie usłyszał. Zachowywałam się, jak rozpieszczony bachor, ale co mogłam zrobić? Czułam się tak zażenowana, że wyładowałam się na nim. – Boję się – odparłam szczerze.
- Czego?
- Tego nowego świata – odpowiedziałam speszona.
- Myślę, że ci się spodoba. Oczywiście to są twoje wakacje, więc pokażę ci tylko to, co miłe i przyjemne. Chcę abyś miała dobre wspomnienia ze mną w roli głównej – powiedział uśmiechając się.
- Jesteś zakochany w sobie? – spytałam czując, że dobry humor mi wrócił.
- Nie mam kogo kochać – wzruszył ramionami.
- A przyjaciele? Mówiłeś, że masz kogoś komu ufasz.
- Ale nie o taką miłość mi chodzi. Nigdy nie marzyłaś, aby się zakochać? Tak naprawdę i na zawsze? – spojrzał na mnie. Uśmiechnęłam się w duszy. Sam zaczął poszerzać dla mnie dziurę w murze.
- Codziennie – westchnęłam. – Ale mi chyba nie jest dane się zakochać – prawdopodobnie wyjdę za jakiegoś starego buca, który pragnie tylko władzy i pieniędzy, pomyślałam.
- Na dworze królewskim nie ma kogoś, kto ci się podoba? – spytał, a ja od razu spochmurniałam. Chciał zachęcić mnie do związku, a nie widział, jak na niego reaguję. Oczywiście to nie jest miłość. Miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje. To bajka.
- Nie. To zbyt skomplikowane – westchnęłam.
- Uważasz, że skoro jesteś służką to nie zasługujesz na szczęście?
Nieuchronnie zbliżaliśmy się do skrzyżowania, który zwiastował nasze rozstanie. Chwilowe, ale jednak.
- Mówię, że to skomplikowane. Możemy zostawić ten temat, proszę? – poprosiłam z nadzieją lekko poirytowana.
- Eh, dobrze. Takie małe, a takie nerwowe – potargał mnie po włosach, a ja sapnęłam rozdrażniona.
- A tak w ogóle, to ile masz lat? – zapytał, a ja parsknęłam śmiechem.
- Nie wiesz, że kobiet nie pyta się o wiek? – kiwnęłam na niego palcem przypominając mu, że jest coś takiego, jak dobre wychowanie.
- Chyba już wiesz, że do dżentelmena mi daleko – spojrzał na mnie z politowaniem, co powoli mnie denerwowało.
- Eh, siedemnaście – westchnęłam. - A ty?
- Zgadnij – uśmiechnął się chytrze. Dorian ma dwadzieścia dwa lata, a wygląda na kogoś w moim wieku, więc myśląc w tym kierunku jego wiek jest zbliżony do wieku mojego przyjaciela, pomyślałam. Postanowiłam strzelać.
- Dwadzieścia, dwadzieścia dwa, coś takiego – wzruszyłam ramionami.
- Blisko – uśmiechnął się. – Mam dwadzieścia trzy lata – wytrzeszczyłam oczy. – Co taka zdziwiona? – zaśmiał się. Miał taki piękny śmiech.
- Wyglądasz na nastolatka – stwierdziłam.
- To ty dałaś mi ponad dwadzieścia – przypomniał.
- Bo mój przyjaciel też wygląda, jak nastolatek, a jest od ciebie rok młodszy – machnęłam ręką i weszłam na leśną ścieżkę.
- Gdzie ty idziesz? – zdziwił się.
- Wchodzenie główną bramą byłoby niebezpieczne, nie sądzisz? – uśmiechnęłam się do niego słodko i ruszyłam dalej w las.
- No w sumie – posłusznie ruszył za mną. – O dziewiętnastej zdołasz tu być? – zapytał, gdy już otwierałam klapę.
- Postaram się. Do zobaczenia – odparłam i zaczęłam schodzić w dół. – O! – zatrzymałam się na stopniu modląc się, aby spróchniałe drewno mnie utrzymało. – Nie mów nikomu o tym przejściu, okej? – spojrzałam na niego poważnie wzrokiem nieznoszącym odmowy.
- Możesz mi zaufać – uklęknął przy wnęce i pocałował mnie w policzek. – Będę tutaj czekał – uśmiechnął się łagodnie.
- Nie zgubisz się?
- Postaram się tego nie zrobić – puścił mi oczko i podniósł się. – Załóż coś seksownego. Narazie – posłał mi całusa i ruszył w stronę głównej drogi. Aż spadłabym z drabinki, ale zdołałam utrzymać równowagę. Mruknęłam pod nosem, jaki to on jest zarozumiały i zamknęłam klapę. Podniosłam z ziemi latarkę, którą tu zostawiłam i ruszyłam z powrotem do pałacu. Po drodze rozmyślałam jeszcze, która z moich sukienek jest seksowna. Szczerze powiedziawszy nawet nie za bardzo wiedziałam, jak wygląda taka sukienka. Machnęłam na to ręką i szłam dalej przez ciemny korytarz podświetlając sobie drogę latarką i rozmyślałam, jak fascynujące będą tegoroczne wakacje.
qwert.jpg


Na początku od razu dziękuję za te miłe słowa pod poprzednim rozdziałem ^^ I takie komentarze to ja lubię najbardziej xd
~
Tak, więc dziś poznaliśmy Louisa :) Szczerze powiem, że na samym początku Lou miał być spokojnym i ułożonym aktorzyną, ale ja lubię zmieniać i uznałam, że taka mimoza nie może wprowadzić Rose w ten inny świat :)
Miałam w tym rozdziale zamieścić także tą imprezę, ale z obawy o limit i kolejne zdenerwowanie postanowiłam go skrócić ;)
Mam nadzieję, że się spodobało ;)
Jakiś ślad zawsze mile widziany :)
Oyasumi :*
  • awatar Lisa Angels: Nie przejmuj się limitem, ja się nie obrażę nawet jak będzie w dwóch postach jeden rozdział :D Lou jest taki zabawny, wie jak poderwać dziewczyny. I oto w kolejny raz w ciekawy sposób opisałaś bohaterkę, czekam na kolejny rozdział :D
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Chłopak? Awww... Beszczelny jak Timi :D (cóż za porównanie) Już go lubię ♥
  • awatar książkoholiczka123: świetne :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›