Wpisy użytkownika Sayori Nekomori z dnia 23 grudnia 2015

Liczba wpisów: 1

sayorinekomori
 
Bolało. To tak bardzo bolało, jednak miałam świadomość, że to Louis cierpiał najbardziej. Pewnie większość w takiej chwili chciałoby się odłączyć od rzeczywistości i przestać czuć. Stać się tylko pustą skorupą, która nie żyje, ale wciąż pozostaje w świecie żywych. Ja tak nie chciałam. Nosząc na plecach to wielkie brzemię wmawiałam sobie, że to moja pokuta. Idiotka. To kara.
Cudem uwolniłam się od tych wszystkich dziennikarzy. Nie miałam najmniejszej ochoty tłumaczyć im się z czegokolwiek, ale wiedziałam, że kiedyś ten moment nastąpi. Jestem osobą publiczną. Moje życie, moje czyny i zachowanie nie należą w pełni do mnie. Powinnam być taka, jaką oczekują ode mnie inni. Jestem dla nich, nie dla siebie. To zabawne, ale w tamtej chwili zrozumiałam, że moja matka nie myliła się aż tak bardzo. Co prawda jej metody były… Teraz nie mnie to oceniać. Czuję się, jakbym była gorsza od niej. Zawiodłam na całej linii i nawet nie potrafię przyznać przed światem, że popełniłam błąd. Ona, dumnie wyprostowana, spojrzałaby na tych wszystkich ludzi i powiedziała prawdę. Jednak w taki sposób, żeby wyszło na to, że działała dla dobra ludu, a to, że nie wyszło nie jest jej winą, ale niekompetentnych doradców. Ja tak nie potrafię. Nie nadaję się do tego. Tron nie jest dla mnie.
Nie wiem ile spacerowałam, ale gdy doszłam za wiadukt, zeszłam z drogi i usiadłam na trawie. Zdjęłam rękawiczki i niedbale rzuciłam je obok siebie. Przeczesałam dłońmi włosy i zauważyłam, że przestały drżeć. Oparłam się na ramionach i odchyliłam do tyłu. Zamknęłam oczy i wszystkie dobre wspomnienia z Louisem zaczęły przeskakiwać przed nimi, jak film. Pociągnęłam nosem. Teraz tylko one mi pozostaną. Może z czasem zbledną, ale wiem na pewno, że nikogo tak nie pokocham, jak jego. O ile w ogóle.
- Daleko zaszłaś – na dźwięk czyjegoś głosu wzdrygnęłam się. Odwróciłam głowę, aby spojrzeć na mojego kompana.
- Czasem traci się poczucie czasu – odparłam. Nie widziałam jego twarzy, gdyż był ukryty w cieniu, ale głos wydawał mi się znajomy.
- Zwłaszcza, gdy się o czymś intensywnie myśli. Mogę się przysiąść? – Zapytał nie podchodząc nawet na krok.
- Oczywiście – odpowiedziałam i skierowałam oczy na niebo. Księżyca już prawie nie było widać. Tylko gwiazdy dawały trochę światła.
- Kopę lat, co? – Spytał zwracając moją uwagę z powrotem na siebie. Młody rudy mężczyzna z okularami na nosie. Cudownie…
- Tak. Wolałabym tylko, aby okoliczności były nieco inne – westchnęłam wyłamując sobie palce. – Co tu robisz?
- Szedłem za tobą. Czekałem, aż wreszcie się zmęczysz – zachichotał próbując rozładować atmosferę. Nie to, że mu się udało, ale doceniałam jego starania.
- A czemu nie za Louisem? To ON jest twoim przyjacielem.
- W takich chwilach należy zostawić go samego. Robi się wtedy agresywny i nie panuje nad sobą. Ostatnio, gdy za nim poszedłem złamał mi rękę – odruchowo potarł lewe przedramię.
Przełknęłam głośno ślinę. Wiedziałam, że Louis bywał wybuchowy, ale nie aż do tego stopnia. Ale jakie to ma teraz znaczenie?
Między nami zapadła niezręczna cisza. Żadne z nas nie wiedziało, jak zacząć. Zdecydowałam się na pierwszy krok.
- Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to mów – rzekłam zaciskając powieki. Szykowałam się na atak.
- Mniej więcej rozumiem, czym się kierowałaś ukrywając przed nim fakt, że jesteś księżniczką, ale to, że powiedziałaś to na oczach tych wszystkich ludzi było nie fair w stosunku do niego – czułam jego przeszywające spojrzenie na swoim ciele. Nadszedł czas, aby wyrzucić to wszystko z siebie.
- Ron, miałbyś jakieś korzyści z wywiadu ze mną? – Zapytałam całkowicie zmieniając temat.
- To nie jest odpo… - zaczął, ale szybko mu przerwałam.
- Miałbyś? – Powtórzyłam z naciskiem patrząc mu w oczy.
- Ehh… - westchnął drapiąc się po głowie. – Jeszcze nikt nie miał okazji na rozmowy z tobą. Dlatego dla tego pierwszego jest przewidziana nagroda i prawdopodobnie awans – spuścił wzrok. Wpatrywał się we własne tenisówki szukając w nich czegoś ciekawszego.
- Możesz przeprowadzić ze mną wywiad. Odpowiem na każde twoje pytanie – powiedziałam hardo zwracając na siebie jego uwagę. Patrzył na mnie z niemałym szokiem.
- Naprawdę?
- Potrzebujesz pieniędzy – dotknęłam delikatnie jego ramienia. – Karin i wasze dziecko ich potrzebują.
W odpowiedzi tylko westchnął i zaczął grzebać w swojej skórzanej torbie na ramię. Dopiero teraz ją zauważyłam. Po chwili wyjął z niej dyktafon.
- To zaczynamy – odparł i włączył urządzenie. – To może zacznijmy od samego początku. Dlaczego postanowiłaś ukryć swoją tożsamość? – Przybliżył dyktafon bliżej moich ust.
- Naprawdę rzadko miałam okazję wyjść z zamku. Dlatego będąc u cioci, wykorzystując odrobinę swobody, wymknęłam się z pałacu incognito. Nie chciałam, aby ktoś mnie rozpoznał. Moja matka nie pochwala takiego zachowania. W zasadzie nic, co robię jej nie odpowiada – mruknęłam. – Przepraszam, odbiegam od tematu – rzekłam trochę piskliwym głosem. - Wpadłam na Louisa zupełnie przypadkiem. Uratował mnie przed upadkiem. Sądziłam, że to tylko jednorazowe spotkanie, więc powiedziałam, że mam na imię Susan. Jednak…
- Stało się zupełnie odwrotnie?
- Właśnie. Fascynował mnie. Obiecywał zupełnie nowe doznania, wolność, którą chciałam poczuć. Pokazywał mi tyle swoich twarzy. Czułam się szczęśliwa, że to ja jestem tą, która je widzi – uśmiechnęłam się do siebie. Tamte chwile wydawały się teraz takie odległe. – Wiedziałam, że powoli się zatracam i okłamywanie go nie wchodzi w grę, ale bałam się, że mi nie uwierzy. Miałam rację – zaśmiałam się głupio.
- To znaczy? – Przechylił głowę, a na jego twarzy malowała się ciekawość bardziej pasująca do przyjaciela niż do dziennikarza.
- Na tej imprezie, na której się poznaliśmy powiedziałam mu prawdę. On mnie wyśmiał uznając to za pijacki żart – przygryzłam wargę zakłopotana. – Czy to, że piłam może pozostać tajemnicą? – Zapytałam patrząc na niego błagalnym wzrokiem.
- Oczywiście – puścił mi oczko. – Więc ci nie uwierzył? A próbowałaś jeszcze raz mu powiedzieć?
- Nie – przyznałam z zażenowaniem. – Myślałam, że jest naprawdę twardym facetem, a on jest dla mnie tylko miły. Wiesz… Ulitował się nad biedną duszyczką, która nie wie nic o świecie – przyłapałam się na tym, że po raz kolejny zaśmiałam się w głupkowaty sposób.
- Mówisz, myślałaś… Zmieniłaś zdanie?
- Tak. Z każdym kolejnym dniem pokazywał mi więcej swojego delikatnego usposobienia. On nie jest taki zły, jak niektórzy go uważają. Głęboko w środku jest, jak mały chłopiec szukający szczęścia. Chciałam mu to dać, choć odrobinę. A wiedziałam, że mówiąc prawdę po takim czasie znów by się zamknął.
- Nie wiesz tego na pewno – odparł poważnie. – Od czasu, gdy cię spotkał stał się zupełnie innym człowiekiem. Zmieniłaś go. Pozbawiłaś skorupy, w której spokojnie sobie żył bez zbędnych zmartwień. Zaznał prawdziwej miłości, więc powrót do samotności jest dla niego niemożliwy.
Przełknęłam ogromną gulę w gardle. Ale musiałam być twarda.
- On mi nie wybaczy – mój głos drżał.
- Skąd wiesz? – Dociekał.
- Ja nie potrafię sobie wybaczyć, że tak go zraniłam, a to przecież Louis jest tym najbardziej poszkodowanym. Żadne obietnice nie zmienią tego, co się stało – zaczęłam szybko mrugać, aby powstrzymać łzy, przed wypłynięciem. Z marnym skutkiem.
- Jakie obietnica? Co masz na myśli?
- Obiecaliśmy sobie, że nigdy się nie znienawidzimy – gdy wypowiedziałam to na głos zrozumiałam, jakie to było dziecinne. – Niedawno, trochę zdesperowana zapytałam, co muszę zrobić, aby ze mną został. To, co odpowiedział sprawiło, że coś we mnie pękło – otarłam łzy. Byłam zawstydzona i zrozpaczona.
- Co takiego powiedział? – Zapytał ciekawy reakcji swojego przyjaciela.
- „Kochaj mnie. Bądź ze mną. Nie okłamuj mnie” – wyrytowałam jego słowa, które były niczym nóż na gardle. – Miałam okazję, aby wtedy mu powiedzieć, ale wydawał się taki zagubiony, gdy… gdy klęczał przede mną wtulony we mnie – starałam się mówić w miarę wyraźnie, ale co bym nie robiła słychać było łkanie. Desperacki szloch. – Po tym zdecydowałam, że muszę mu powiedzieć przy następnej okazji. Bez względu na konsekwencję – poklepałam się trochę po twarzy, aby się uspokoić.
- I wybrałaś akurat moment, kiedy byliście na widoku? – Zapytał, jednak dało się wyczuć wyrzut w jego głosie.
- Nie miałam pojęcia, że on zejdzie ze sceny na widownię. Chciałam się jakoś prześlizgnąć za kulisy. Wszyscy mnie otoczyli i tak naprawdę to oni mu powiedzieli. Trudno było nie słyszeć: „To księżniczka, to księżniczka”. Sparaliżowało mnie, gdy zobaczyłam jego wzrok. Był zmieszany i zdezorientowany. Czułam się, jakbym wrosła w podłogę, a ci wszyscy ludzie mi tego nie ułatwiali. Byłam pod presją i powiedziałam to.
- Jaka była jego reakcja?
- Płakał – odpowiedziałam cicho przypominając sobie jego załzawione oczy.
- Co? – Ron był się naprawdę zdziwiony. Cóż, kto by nie był?
- On płakał. I uciekł. Nie chciał mnie słuchać. Nie dziwię się – zaśmiałam się drapiąc po nosie. Odgarnęłam włosy z czoła i głęboko westchnęłam. – Wiem, że to było nie fair w stosunku do niego. Wystawiłam go na takie pośmiewisko i dodatkowo zepsułam całe przedstawienie. Nie wiem nawet jak wyrazić to, jak bardzo mi przykro – spojrzałam w niebo po raz setny tego wieczoru.
- Co zamierzasz teraz zrobić? – Pogłaskał mnie ciepło po ramieniu dodając trochę otuchy.
- Nie mam pojęcia. Zastanawiam się nad rezygnacją z tronu – gdy tylko to powiedziałam Ron wytrzeszczył oczy i otworzył usta w szoku.
- Nie możesz tego zrobić – odparł cicho. – Nie możesz! – Powtórzył już głośniej. – Ludzie w tobie widzą jedyną nadzieję.
- Po tym, co zrobiłam nadal to robią? – Zapytałam z lekką ironią.
- Oczywiście! Twój błąd jest niczym w porównaniu do tego, co się teraz dzieje. Jesteś jeszcze dzieckiem i wszyscy to rozumieją. A po twoich słowach wiem, że twoje intencje były szczere – potrząsnął mną lekko za ramiona i spojrzał mi w oczy. – No to, co teraz zamierzasz? – Zapytał ponownie uśmiechając się do mnie promiennie.
Ron miał rację. Mimo iż nie mam bladego pojęcia, jak bardzo tragiczna sytuacja panuje w kraju, to wiem, że rezygnując sprawię, że moja matka zatriumfuje i zapanuje jeszcze większy terror. I do cholery, jestem dzieckiem! Bycie księżniczką to jedno, ale bycie nastolatką to drugie. Człowiek nie jest istotą idealną. Jej zadaniem jest poszukiwanie dobrej drogi, a zbaczanie z niej nie jest niczym dziwnym. Najważniejsze jest, aby znów na nią wrócić. Teraz wszystko jasne… Nawet mój ojciec popełniał błędy, więc czemu ja nie mogę? Muszę się wziąć w garść, bo inaczej nie tylko ja upadnę, ale i cały naród. Nie mogę na to pozwolić.
- Co zamierzam? Zamierzam dać z siebie wszystko, aby być dobrą królową. Jednak póki ta chwila nie nadejdzie będę poznawać ten kraj od podstaw. Dowiem się o wszystkim, co się w nim dzieje i obmyślę plan, aby wyeliminować wszelkie niedogodności – zacisnęłam pięści zdeterminowana do zrealizowania moich wielkich planów. Prawie zapomniałam, że nasza rozmowa ciągle się nagrywa.
- Ha! I o to mi właśnie chodziło! – Ron poklepał mnie po plecach.
- Tak, ale nadal pozostaje sprawa z Louisem… - westchnęłam nagle senna.
- Sądzę, że o to nie powinnaś się martwić – powiedział, ale ja nie czułam się przekonana. – Musisz tylko dać mu trochę czasu. Koniec – odparł nagle po chwili ciszy. – Odprowadzę cię, bo zaraz tu padniesz – zaśmiał się i pomógł mi wstać. Schylił się jeszcze po moje rękawiczki i wziąwszy pod ramię zaczął prowadzić w – mam nadzieję – stronę mojego domu.
Czas płynie… Nie zatrzyma się… Nie cofnie… Trzeba biegnąć razem z nim, inaczej zatrzymamy się, jak zepsuty zegarek, wśród miliona działających… Trochę się tak czuję. Tylko, że mnie odnalazł zegarmistrz o imieniu Ron.

FB_IMG_1443091776300.jpg


Błagam nie bijcie!! Musiałam, ja musiałam to zrobić!! Ten moment był przewidziany już na samym początku, gdy narodził się pomysł na "Princess". Nie miałam bladego pojęcia czym to zastąpić, więc zostawiłam... Starałam się naprostować parę rzeczy... Pomieszanie z poplątaniem, moja kariera się kończy :') Postaram się jeszcze dziś dodać kolejny rozdział...
  • awatar Lisa Angels:

    “A po twoich słowach wiem, że nie twoje intencje były szczere”

    Jedyny błąd jaki znalazłam :D Mi się podobało, a szczególnie ostatni akapit. Lece czytać dalej :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›