• Wpisów:70
  • Średnio co: 17 dni
  • Ostatni wpis:109 dni temu
  • Licznik odwiedzin:9 017 / 1239 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Witajcie Robaczki!! Jeśli jeszcze ktokolwiek tutaj zajrzy niech wie, że życzę mu wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku. Oby był lepszy niż poprzedni, aby przeszkody jakie napotkacie nie zniechęcały was do dalszej drogi przez życie, aby wena was nie opuszczała (czego życzę również sobie xd), aby zdrowie dopisywało, i zważywszy na to, że w życzeniach jestem beznadziejna, spełnienia marzeń albo chociaż zbliżenia się do ich zrealizowania
Wszystkiego dobrego Robaczki i dobre zabawy
Pozdrawiam~
 

 
Heja wszystkim!! Mamy już 2017 rok, więc życzę wam dużo zdrowia, szczęścia i wszystkiego co najlepsze, oraz aby wasze wszystkie postanowienia i marzenia się spełniły!!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Około godziny ósmej lady Gertrude zaprowadziła dziewczęta do długiego korytarza znajdującego się na pierwszym poziomie podziemi. Hol oświetlany był zapalonymi pochodniami przymocowanymi do ściany po prawej stronie, między drzwiami do pokoi. Oświetlały one cały hol przytłaczającym żółtawym światłem. Po lewej stronie, u samego sufitu znajdowały się zakratowane prostokątne okna. Dawało to wrażenie przebywania w lochach, aniżeli w strefie wypoczynku dla służby. Tuż nad nimi ciągnęły się, już lekko zardzewiałe, rury wodociągowe. Nawet stary czerwony dywan rozłożony na kamiennej posadzce nie mógł sprawić, że to miejsce wydawałoby się mniej przygnębiającym.
Lady Gertrude zatrzymała się prawie na samym środku korytarza i odwróciła się w stronę zestresowanych dziewcząt. Wzięła głęboki oddech wciągając powietrze przez nos, jakby wdychała razem z tlenem ich strach. Uwierzcie mi na słowo, niektóre z nich właśnie tak o niej w tej chwili pomyślało.
- To skrzydło zarezerwowane jest wyłącznie dla służby płci żeńskiej – rozpoczęła swój monolog. - Na każdych drzwiach przyczepione są listy z nazwiskami. Mam nadzieję, że jesteście na tyle ogarnięte, że rozumiecie, co to znaczy.
Lady Gertrude otwarcie kpiła z nich, jednak żadna nie miała odwagi, aby jakkolwiek na to zareagować. A nawet jeżeli już miała, to nie była na tyle głupia, aby się odezwać.
- W każdym pokoju znajdują się podręczniki, w których szczegółowo opisano wszystkie zasady tutaj panujące, jak również wasze obowiązki i prawa. Musicie to przeczytać, zrozumieć, zapamiętać i wykorzystać w praktyce. Przez pierwsze dwa miesiące ja, jak i reszta personelu będziemy przymykać oko na niektóre niedociągnięcia. Później będą traktowane, jako karygodne błędy, na które nie powinien sobie pozwolić ktoś, kto pracuje w takim miejscu. Służba członkom rodziny królewskiej, jak i ich gościom powinno być swoistym podziękowaniem za chleb i dach nad głową, który nam dają – mówiła z takim zaangażowaniem, że Lorinie zrobiło się głupio, choć nawet sama nie wiedziała do końca, dlaczego. Sama chciałaby z taką samą zawziętością podchodzić do swoich obowiązków. Mimo grozy, jaką budziła w niej lady Gertrude, Lorina zaczynała rozumieć, dlaczego to właśnie ta kobieta budzi taki respekt wśród reszty pracowników. Po prostu wprawiała ich w onieśmielenie. Tego, w jaki sposób lady Gertrude opowiadała o tej pracy, nie można było nazwać niczym innym, jak pasją.
- Wszystkiego dowiecie się z tych książek oraz od swoich nowych współlokatorek. Nie bójcie się też pytać mnie o pomoc. Kto pyta, nie błądzi, a my nie możemy sobie na to pozwolić. Chcecie o coś zapytać? – Zlustrowała całą grupkę lodowatym wzrokiem.
Lorina wzięła głęboki oddech i podniosła dłoń.
- Tak? – Lady Gertrude uniosła jedną brew, jakby zdziwiona, że ktoś miał w sobie tyle odwagi, aby skorzystać z możliwości zapytania jej o cokolwiek.
- Chciałabym zapytać, co z osobami wierzącymi. Czy jest jakiś konkretny czas, aby można było udać się do kaplicy? – Spytała blondynka pewnym siebie głosem. Uznała, że aby zyskać choć trochę przychylności tej kobiety należy pokazać jej, że nie jest się przestraszoną owieczką, która boli się wilczycy o nazwisku Gertrude Howard.
Przełożona popatrzyła na nią przez chwilę zmrużonymi oczami, po czym rozluźniła wszystkie mięśnie twarzy i można by przysiąc, że na jej pooranej zmarszczkami twarzy można było dostrzec cień uśmiechu.
- Oczywiście. Co niedzielę, ci, którzy czują taką konieczność, mogą udać się, przed rozpoczęciem pracy, do kaplicy na godzinę szóstą rano. Jednak trzeba najpierw powiadomić mnie o tym. Najpóźniej w piątek wieczorem. – Ton jej głosu nadal był zimny, jednak sposób, w jaki w tej chwili mówiła świadczył, że była zadowolona. Lorina zaczęła przypuszczać, że gdzieś w głębi duszy tej kobiety ukryte są jakieś uczucia, które postanowiła ukryć.
- Gdzie znajduje się ta kaplica? – Dopytywała Lorina.
- Niedaleko. Dwadzieścia minut od zamku. Niestety dziś jest sobota i lista została już zamknięta, a ja nie mogę zrobić wyjątku dla jednej nowoprzybyłej pracownicy.
Mimo tej kąśliwej uwagi blondynka nie chciała uważać swojej przełożonej za aż tak nieczułą kobietę. Chciała wierzyć, że uśmiech na jej twarzy był, choć w małym stopniu, przyjazny. Chciała znaleźć w niej choć odrobinę dobra i ciepła. Każdy zasługuje na szansę pokazania swojego prawdziwego „ja”, prawda?
- Rozumiem – blondynka skinęła głową jednocześnie dziękując za udzieloną odpowiedź.
Lady Gertrude przez kilka sekund nie spuszczała wzroku z Loriny lustrując ją od stóp do głów. Próbowała znaleźć w jej postawie, choć cień niesubordynacji, strachu, czegokolwiek.
- Powiedz, dziecko, jak się nazywasz? – Zapytała po chwili.
- Lorina Druitt – blondynka dygnęła lekko dając pani Howard do zrozumienia, że choć trochę zna etykietę i wie, jak okazać innym szacunek.
Lady Gertrude postanowiła zapamiętać to nazwisko. Widziała w tej młodej damie spory potencjał i postanowiła ją obserwować, bo kto wie? Może okaże się być godną zastąpienia jej?
- Czy któraś z was chce jeszcze o coś zapytać? – Spytała wracając wzrokiem do pozostałych dziewcząt przeskakując oczami z jednej na drugą. – Nie? Dobrze. Na końcu korytarza – wskazała otwartą dłonią na duże drewniane drzwi za sobą przechodząc do następnego tematu. – Znajduje się przejście do kolejnego poziomu podziemi zarezerwowanego dla was. Są tam łazienki, pralnie, szwalnie i skrót do kuchni. Oczywiście nie po to, aby się nocami do niej zakradać – wskazała na nie palcem. – Moje drogie – klasnęła dwa razy w dłonie krótkiej chwili ciszy. – Czas na naszą małą wycieczkę się skończył i muszę jak najszybciej zająć się swoimi obowiązkami. Mam nadzieję, że szybko się przyzwyczaicie do trybu życia w zamku. Zajrzę do was wieczorem. Życzę wam miłego dnia – skłoniła się lekko i ruszyła w stronę schodów jednocześnie wchodząc w grupkę. Młode kobiety od razu zeszły jej z drogi tworząc przejście.
Lorina odprowadziła lady Gertrude wzrokiem starając się zapamiętać sposób, w jaki jej przełożona się porusza. Chód szybki, pełny gracji i zdecydowania, podbródek lekko uniesiony, prezentujący pewność siebie, plecy proste.
Gdy tylko kobieta zniknęła, dziewczęta mogły odetchnąć z ulgą. Wraz z odejściem przełożonej cały stres uleciał, jakby zabrała go ze sobą.
- Co za kobieta – mruknęła jedna z nich. – Te wszystkie plotki były prawdziwe.
- I nie da się zmienić stanowiska! – Marudziła druga.
- A widziałyście ten bat? – Zapytała kolejna.
Lorina zaśmiała się pod nosem słysząc te wszystkie skargi. Mało prawdopodobne było to, żeby nowe pracownice, które raptem godzinę temu przybyły do zamku, pozostawiono samym sobie. Blondynka śmiała przypuszczać, że za każdym rogiem czai się ktoś, kto je obserwuje, aby potem donieść o wszystkim lady Gertrude.
- Uważajcie – odezwała się Lorina zwracając na siebie uwagę pozostałej dziesiątki. – Ściany mają uszy – zaśmiała się stukając palcem o płatek własnego ucha, po czym jak gdyby nigdy nic wróciła na początek korytarza i stanęła przed pierwszymi drzwiami. Były dość stare i wymagały wymiany, jak znaczna większość tutaj. Lista była przymocowana zardzewiałym już gwoździem na ich samym środku. Gdy nie znalazła swojego nazwiska ruszyła do następnych.
Po jej uwadze rozmowy zmieniły się w szept i już nie dotyczyły domniemanej tyranii lady Gertrude. Kłamstwem by było, gdyby powiedzieć, że Lorina nie bała się swojej przełożonej. Czuła strach, ale jednocześnie ogromny respekt. I wiedziała na pewno, że nie chciałaby podpaść tej kobiecie.



Drzwi do pokoju, w którym Lorina miała od dzisiaj mieszkać były dziesiątymi, które sprawdziła. Wzięła głęboki oddech, zapukała dwa razy i nacisnęła klamkę, gdy nie usłyszała żadnego odzewu z drugiej strony. Weszła powoli do pokoju i… zastała pustkę. Według listy miała jeszcze cztery współlokatorki. Lorina wzruszyła ramionami zamykając za sobą drzwi.
Dziewczyna rozejrzała się po pokoju. Ściany były szare i monotonne, a drewniana podłoga skrzypiała przy każdym, nawet najmniejszym kroku. U sufitu wisiały dwa duże żyrandole zrobione z kół od powozu. Na każdym z nich było po dwanaście zapalonych świec osłoniętych przez okrągłe szklane osłonki, które uniemożliwiały szybkie zgaśnięcie ognia. Po obu stronach drzwi przymocowane były pojedyncze lampki zrobione w tym samym stylu. Blask ognia rozświetlał całe pomieszczenie, choć nie niwelowało to tego nieprzyjemnego uczucia, które towarzyszyło Lorinie już na korytarzu.
Wzdłuż lewej ściany ustawione były dwa piętrowe łóżka. Pomiędzy ramą jednego z nich, a drzwiami było trochę wolnego miejsca, więc spożytkowano je przymocowując tam pięć haczyków, a na każdym wisiała lampa naftowa. Jedno jednoosobowe łóżko stało przy ścianie naprzeciwko drzwi. Przy prawej zaś ścianie stała wielka solidna drewniana szafa złożona z pięciu części połączonymi do siebie bocznymi ściankami, wśród których jedna wyglądała na nową, regał z książkami oraz spore drewniane biurko stojące między nimi. Przy meblu postawione było krzesło i walizka Loriny.
Dziewczyna westchnęła głęboko i usiadła na niewygodnym krześle. Biurko, przy prawych nogach, miało pięć równoległych do siebie szuflad, każda zamykana na osobny kluczyk. Wzrok Loriny przykuły jednak trzy spore podręczniki leżące na blacie ciemnego mebla obok kolejnej lampy naftowej. Wzięła do ręki jeden z nich i przejechała palcami po starej okładce.
- „Dobre maniery: Pokojówka” - przeczytała na głos tytuł książki.
Lorina sięgnęła po lampę i pudełko zapałek leżących tuż obok. Podniosła klosz, aby szybko odpalić knot i z powrotem go opuściła. Wyregulowała jeszcze intensywność płomienia i położyła otwarty podręcznik przed sobą na blacie.
Niewielki płomyk spokojnie się palił, co jakiś czas niespodziewanie drgając. Rzucał przyjemne żółtawe światełko na tekst lektury, dzięki czemu Lorina mogła bez problemu zapoznać się z jej treścią.



W pokoju, jak i na korytarzu, panowała idealna cisza. Przerywał ją tylko szelest przewracanych przez Lorinę kartek książki. Jej oczy biegały po linijkach tekstu, usta poruszały się w niemym czytaniu, a umysł pracował na pełnych obrotach starając się nie tylko zapamiętać wszystkie ważne informacje, a również wyobrazić sobie dane sytuacje. Lorina była tak bardzo wciągnięta w naukę, że nie zwróciła uwagi na to, że ktoś właśnie wszedł do pokoju.
- Oh!
Lorina podskoczyła przestraszona i z bijącym sercem odwróciła się do nowoprzybyłej.
Brunetka zamknęła za sobą drzwi i z wielkim uśmiechem na twarzy podeszła do Loriny.
- Ty pewnie jesteś Lorina. Abigaile, ale większość mówi mi Abby. Miło mi – z jej ust wylał się potok słów, gdy stała nad blondynką z wyciągniętą ręką.
Lorina potrząsnęła głową skupiając się całkowicie na swojej współlokatorce.
- Mi również bardzo miło – uśmiechnęła się delikatnie i wstając potrząsnęła lekko dłonią nowej koleżanki.
- Skąd jesteś? – Zapytała Abigaile wspinając się na piętrowe łóżko najbliżej drzwi, po czym rozłożyła się na materacu zakładając ręce pod głowę. Lorina znów usiadła na krześle.
- Z Rosy w Forście.
- Hmm, nie znam – mruknęła cicho, jakby do siebie, jednak nie uszło to uwadze Loriny. Jednakże ta nie poczuła się urażona w jakikolwiek sposób.
- Ja jestem z Elory, dokładniej z Alernu.
- Nie znam – odparła Lorina z figlarnym uśmieszkiem, a Abby się zaśmiała.
- Już cię lubię – brunetka puściła jej oczko. – Oh! I śpisz tu – powiedziała wskazując na dolną część łóżka. – Ogólnie to jednoosobowe łóżko zostało tu przeniesione, abyś miała gdzie spać – zaczęła tłumaczyć, choć nie było to konieczne. Lorina uśmiechnęła się pod nosem. Najwyraźniej ta dziewczyna była bardzo gadatliwa, ale to było o wiele lepsze, niż gdyby panowała między nimi niezręczna cisza.
- Ale Darcy – wymówiła to imię z czystą pogardą wyciągając każdą samogłoskę, a jej twarz wykrzywiła się w grymasie. – Zaczęła dramatyzować i zajęła tamto łóżko. Dlatego chcąc nie chcąc jesteś skazana na spanie tu – mówiąc to ciągle wymachiwała dłonią żywo gestykulując.
- Wcale mi to nie przeszkadza – Lorina wzruszyła ramionami. – Mogę o coś zapytać? – Spytała nieśmiało wyłamując palce lewej dłoni.
- Jasne.
- Czemu jesteś tutaj, a nie pracujesz, jak reszta? – Blondynka spojrzała na nią z dołu.
- Bo mam wolne – wzruszyła ramionami przekręcając się na lewy bok, przodem do Loriny. Zgięła rękę w łokciu i oparła głowę na dłoni. – Miałam iść na całodniową randkę z chłopakiem, ale w ostatniej chwili odebrali mu jego dzień wolny. Niesprawiedliwość! Dwa tygodnie harował na ten jeden dzień! – Smęciła.
- Twój chłopak też pracuje w zamku? – Lorina mimo wszystko była ciekawską osobą, a Abby wydawała jej się dobrym materiałem na przyjaciółkę, więc czemu by nie pozwolić jej mówić?
- Tak. Jest gwardzistą. Okej, ale koniec tych pogaduszek – podniosła się gwałtownie do siadu i spojrzała na Lorinę marszcząc brwi próbując udawać groźną. – Masz bardzo dużo nauki, a bardzo mało czasu!
- Tak jest! – Lorina machinalnie zasalutowała, tak jak to robiła w domu. Za każdym razem, gdy jej ojciec miał dla niej zadanie mówił właśnie z takim tonem. Jakby zwracał się do żołnierza. Lorinie nigdy to nie przeszkadzało, gdyż oboje wiedzieli, że to tylko żarty. Blondynka znów poczuła ucisk w sercu spowodowany tęsknotą za domem.
A może by tak wrócić?... NIE! Nie mogę się teraz poddać, nie mogę ich zawieść! Krzyczała na siebie w myślach.
- I to mi się podoba, żołnierzu! – Zaśmiała się Abby zeskakując na ziemię. Podeszła do Loriny i pochyliła się nad otwartą książką, aby dowiedzieć się, na czym skończyła.
- Dobrze. Na początku wszystko jest ładnie i dość przejrzyście opisane, więc nie będzie żadnego problemu, ale później już może być kłopot. Głównie, jeśli chodzi o królewskich gości, ale wytłumaczę ci, gdy do tego dojdziesz – Abby poklepała przyjaźnie Lorinę po ramieniu posyłając jej przyjazny uśmiech.
- Dziękuję – blondynka oddała jej uśmiech i zaczęła czytać dalej.



Witajcie, Robaczki w tą halloweenową noc Oto wasz cukierek ^.^ Smacznego!! :3
Mycie okien jeszcze przed nami, teraz teoria ;p Ogólnie to ten rozdział nie powala. Najgorzej szedł mi opis pokoju. Miałam go w głowie, ale przelanie tego na worda było męczarnią >.<
Lorina jest osobą bardzo wierzącą, dlatego pytanie o kaplicę było obowiązkowe. Będzie regularnie tam chadzać, co nie znaczy, że jak tylko w opowiadaniu będzie niedziela to będę to opisywać. Po prostu miejmy świadomość, że tam była ;
Powiem wam, że relacje LorinaxAbby są jakby odzwierciedleniem mojej przyjaciółki i mnie. Między nimi nie ma żadnych etykiet, więc mogą zachowywać się w stosunku do siebie całkowicie na luzie i to chciałam pokazać już podczas ich pierwszej rozmowy Obie to proste dziołchy ze wsi, więc co się będą oszukiwać xd
Nooo... to by było na tyle Robaczki wy moje Życzę wam udanego Halloween i duuuużo łakoci!!
Dobranoc, Robaczki
 

 
Taaak... To znowu ja i kolejne rozczarowanie, że to nie rozdział, a moje smęcenie... Wybaczcie Ten wpis to raczej chamska reklama xd Tak więc, założyłam wattpada i będą na nim one-shoty i opowiadania, które znajdziecie i tu, ale również te, które się tu nie znajdą, m.in o tematyce BL lub takie opowiadania, których, no nie wiem, wstydziłabym się tu wstawić, aby nie zepsuć tego cukierkowego klimatu?? Wszystko by zależało czy byście chcieli coś takiego tutaj czytać
Tak więc dla tych co wolą czytać na wattpadzie, poczytać BL (choć na tą chwilę nie znajdziecie tam nic nowego) czy poprawioną wersję Princess to zapraszam
https://www.wattpad.com/user/sayorinekomori

W komentarzach dawajcie linki czy swoje nazwy. Wtedy będę bardziej na bieżąco z waszymi opowiadaniami, albo może chcecie kogoś mi polecić?? Bo tysiące książek w bibliotece to za mało xd

Skoro już tu jestem, to powiem wam, że rozdział jest skończony, muszę tylko go nieco poprawić, doszlifować... Przyznam się już teraz, że jest nudno, ale to początek. Zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu nie jest czymś ciekawym i pełnym zawałów i nagłych omdleń. A Haydena planuję wprowadzić jakoś w 4-5 rozdziale (O czym ja będę pisać w tych 2-3 rozdziałach??!! O myciu okien??!! O.O)
Tak więc, na dziś to koniec, życzę wam miłej nocy?miłego dnia
Pozdrawiam, Sayori
 

 


Poznałam kiedyś anioła… Był piękny.
Jasna cera, włosy barwy ciemnej czekolady, naturalnie jaśniejące przy końcówkach i oczy… Te oczy, które potrafiły zmieniać barwę z zieleni w brąz, z brązu w czerń, z czerni na żółte, kocie oczy.
Gdy się uśmiechał, robiło mi się ciepło na duszy. Gdy się śmiał od razu chciałam śmiać się razem z nim, nieważne jak beznadziejne było moje życie w tamtej chwili. Ten dźwięk był kojący.
Gdy nadchodził błyszczał. Otaczała go jasna poświata, która czasem zmuszała mnie do przymrużenia oczu. Taka jasna, taka czysta, taka nieskalana.
Jego śnieżnobiałe skrzydła delikatnie podskakiwały przy każdym ruchu. W niektórych miejscach były pozbawione piór, bo ludzie, którym zaufał, pozbawili go ich. Wyrwali je zadając mu ból. One nie odrosną. Zostały tylko puste miejsca, blizny.
Jest silny, znosi te wszystkie przykrości, jakie go spotkały, ale jest jednocześnie taki kruchy. Jakby był z porcelany.

Poznałam kiedyś anioła… Był stróżem.
Gdy płakałam delikatnie ścierał mi z policzków łzy, mówiąc, że wszystko będzie dobrze, że mnie nie opuści.
Gdy było mi smutno obejmował mnie i czule głaskał po głowie, od czasu do czasu całując jej czubek lub skroń. Czułam się wtedy tak bezpiecznie.
Często również okrywał nas swoimi skrzydłami, aby mnie ogrzać. Gdy łaskotały mnie jego piórka kręciłam nosem, na co tylko się śmiał. Wtedy i ja zaczynałam się śmiać, a wszystko, co złe nagle ulatywało, jak drobny pyłek strącony z rękawa bluzy.
Zanim coś zrobiłam pytałam go, czy postępuję słusznie. Zależało mi na jego opinii. Doradzał mi, ostrzegał przed fałszem i dwulicowością - największymi plagami tego świata. Wiedziałam, że dopóki on był przy mnie i chronił przed dopuszczeniem ich do siebie - byłam zwycięzcą.

Poznałam kiedyś anioła… Zawiodłam go.
Zrobiłam coś niewybaczalnego. Coś, co jest sprzeczne z jego zasadami. Z moimi. Zawiodłam go. Wiem o tym. Wszystko, na co do tej pory oboje pracowaliśmy roztrzaskało się w drobny mak. Ufał mi. Obiecałam go wspierać, tak jak on mnie. Mówiłam, że zawsze będę, gdyby mnie potrzebował, że ma we mnie wsparcie, a ja co? Zniszczyłam tego biednego aniołka. Wyrwałam mu skrzydła! Trzymam je teraz w swoich plugawych dłoniach i rozpaczam nad swoją głupotą. Jedna chwila. Chwila zapomnienia. Desperacja. Nie myślałam o nim w tamtej chwili.
Tak bardzo żałuję! Chciałabym cofnąć czas, ale to niemożliwe. To się stało. Tak po prostu. I on odszedł… Widzę go, ale on na mnie nie patrzy. Wołam go, ale on mnie nie słucha. Podchodzę do niego, ale on ucieka…
Tak bardzo chcę go przeprosić, błagać o wybaczenie. Wiem, że na to nie zasługuję. Brzydzi się mną. Sama się brzydzę… Przegrałam… Przegrałam walkę z pokusą…

Znałam kiedyś anioła…



Witajcie Jak widać, to nie jest kolejny rozdział "Nie zapomnij"... To jest coś bardziej osobistego... Nie będę pisać o tym co się stało, bo rzecz jasna, ten blog nie jest przeznaczony do tego. Jedyne co wam mogę powiedzieć, to to, że przyjaźń jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu człowieka. Nie trzeba mieć wielu przyjaciół, wystarczy choćby jedna osoba, która będzie. Po prostu i naprawdę. Czasem, tylko przyjaciele nam pozostają, więc dbajmy o nich. Starajmy się robić wszystko, aby się na nas nigdy nie zawiedli. A jak już wydarzy się coś takiego to walczmy, nawet jeśli szanse są marne...
 

 
Naszyjnik, który dostała od Haydena, nawet po dziesięciu latach, zdobił jej szyję i niegdyś był niczym pieczęć uwierzytelniająca złożoną niegdyś obietnicę. Teraz przywieszka przestała być przysięgą, została talizmanem, przypominającym jej o tym dniu i jego słowach.
Niestety obecność tego naszyjnika w domu rodziny Druitt mogły sprowadzić niemałe kłopoty. W końcu to pamiątka rodzinna przekazywana z pokolenia na pokolenie każdej przyszłej władczyni Brimy, zamiast pierścionka zaręczynowego. Mając ten naszyjnik można by było insynuować, że Lorina bezkarnie go sobie przywłaszczyła bezczeszcząc go. W końcu wszystko, co posiada wizerunek herbu państwa jest uważane za świętość. Naszyjnik musiał pozostać tajemnicą.
Z każdym kolejnym rokiem wątpliwości i okrutna rzeczywistość dawały się we znaki. Na samym początku obietnica była czymś, czym ta mała dziewczynka żyła. Starała się robić wszystko, aby w przyszłości być godną stania u boku kogoś takiego, jak Hayden. To było jej marzenie i wtedy była pewna, że się spełni i nie chciała przyjąć do wiadomości, że mogłoby być inaczej. Obecnie Lorina wiedziała, że on nie jest w stanie dotrzymać danego słowa. Starała się sobie wmówić, że da rade, że po nią wróci, jednak prawda była jedna. Robiła to, aby się nie załamać, w końcu tyle lat żyła wierząc, że tak się zakończy jej historia.



Wbiegła do domu cała w skowronkach i zamknęła się w pokoju całkowicie ignorując zdziwione spojrzenia domowników. Położyła się na łóżku i uniosła ręce do góry wpatrując się przez dłuższą chwilę w kopertę z jej nazwiskiem. Nie miała żadnych wątpliwości, że to potwierdzenie jej przyjęcia. Była pierwsza na liście i pochodziła z typowo wiejskiej rodziny, gdzie prace domowe są dla niej chlebem powszednim. To nie miało prawa się nie udać.
Przejechała dwoma palcami po czerwonej pieczęci na kopercie wyczuwając każdy szczegół opuszkami. Taki sam symbol ciążył jej na sercu. Herb rodziny królewskiej.
Dosyć już czekania, pomyślała. Złamała pieczęć, wyjęła z koperty list i powoli rozłożyła papier. Pierwsze zdanie jej wystarczyło, aby łzy szczęścia spłynęły jej po policzkach.

„Z przyjemnością informujemy, że panna Lorina Druitt z Rosy w Forście została przyjęta do oddziału służby Jej Królewskiej Mości na stanowisko pokojówki”

Czuła się, jakby śniła. Całe jej ciało ogarnęła ogromna euforia. Przycisnęła papier do serca i zaśmiała się wierzgając nogami niczym małe dziecko.
Mimo swojej dziecinnej reakcji doskonale wiedziała, że jeszcze przed nią długa droga. Złożyła podanie o pracę w królewskim zamku tylko po to, aby pracować, aby wspomóc rodzinę finansowo. Zeszłoroczna zima przyniosła ze sobą wiele nieszczęść, a tegoroczne susze zapowiadały wyjątkowo słaby plon. Praca była jej głównym priorytetem. Spotkanie Haydena było zupełnie inną kwestią. Przecież mógł ją rozpoznać, a może nie i zapomniał o niej, może się nawet nie spotkają osobiście przez ich obowiązki. Wszystko może się wydarzyć, czyż nie?



Noc była wyjątkowo chłodna, ale i bezchmurna, dzięki czemu pełnia mogła się jeszcze lepiej prezentować i bezproblemowo wskazać drogę wędrowcom.
Lorina szczelniej okryła się kożuchem i razem z czwórką pozostałych „przyjętych” wsiadła do powozu, który miał ich zawieść do stolicy Brimy, do królewskiego zamku. Czekała ich długa podróż, więc bez zbędnych formalności postanowili przynajmniej początkową część przespać.
Mimo swojego zmęczenia Lorina nie mogła zasnąć. Gdy tylko zamykała oczy widziała swoją rodzinę. Nienawidziła pożegnań. Zawsze się obawiała, że gdy tylko ujrzy pierwsze łzy rodzicielki zrezygnuje ze swoim zamierzeń i zostanie w domu, aby tylko ta przestała płakać. Nawet tym razem, przed samym wyjściem z domu, zawahała się. Nieświadomie zacisnęła pięści przypominając sobie tą scenę. To było trudne. Opuszczenie domu, wioski, z której się praktycznie nie wychodziło. Jednak to była jej własna, dobrze przemyślana decyzja. Nie chciała się poddawać przez sentymenty. Przecież tu nie chodziło tylko o nią.
W głębi duszy jednak czuła się podle, bo pewna jej część myślała tylko o Haydenie, o ich ponownym spotkaniu. Mimowolnie analizowała wszystkie możliwe scenariusze. Próbowała się powstrzymać, aby później nie cierpieć. Jednak to było trudne. Tak bardzo chciała, aby jej historia skończyła się szczęśliwie, przed ślubnym kobiercem.
Westchnęła przypominając sobie słowa swojego dziadka. Stary Ebro często gadał od rzeczy, ale w tym wypadku trafił w samo sedno.
„-Spełnienie marzeń to piękne uczucie, ale trzeba pamiętać, aby poczekać do odpowiedniej chwili na radość z niego. To jakby cieszyć się ze zwycięstwa wyścigu, kiedy jest się jeszcze daleko przed metą.”
Lorina nie potrafiła powstrzymać niewinnego uśmieszku, który wkradał się na jej usta. Do mety rzeczywiście było dosyć daleko.



Po kilku godzinach podróży, wszyscy w miarę wyspani, zaczęli żywo rozmawiać. Były to całkiem błahe tematy, na przykład rodzina czy przyszła praca. Lorina odpowiadała na pytania i włączała się do dyskusji, tylko, gdy było to konieczne. Nie miała ochoty na „ploteczki”, ale nie chciała wyjść też na niekulturalną. Tak nie wypadało damie, nawet urodzonej w chłopskiej rodzinie.
Oparła głowę o ściankę powozu i zamknęła na chwilę oczy, które nieprzyjemnie zapiekły. Odczekała chwilę, aż dyskomfort minie, po czym ponownie uchyliła powieki. Minęła dłuższa chwila, nim znów ujrzała kontury nowych znajomych w ciemności. Przysłuchując się, jak rozmawiają o jakimś pałacowym gwardziście miętosiła swoją lnianą sukienkę i co jakiś czas stukała trzewikami o drewnianą podłogę powozu. Robiła to mimowolnie. Nigdy nie lubiła podróży. Chciała już być na miejscu i zająć się czymś pożytecznym.
"Chcę go wreszcie zobaczyć".
Ta myśl ciągle pojawiała się w jej głowie, choć starała się ją stłumić.



Nawet nie zauważyła, kiedy ponownie zasnęła. Obudziło ją dopiero lekkie szturchanie w ramię. Gwałtownie otworzyła oczy i ujrzała nad sobą rudą głowę, która posyłała jej promienny uśmiech. O ile dobrze pamiętała była to Tiffany, również przyszła pokojówka.
- Wstawiaj śpiochu. Jesteśmy na miejscu – oznajmiła wesoło wycofując się z powozu.
Lorina pokręciła głową i lekko przetarła oczy, aby całkowicie się dobudzić.
- Tak, tak. Już – powiedziała i wyszła z dorożki. Gdy tylko postawiła swoje stopy na kamiennej posadzce woźnica oddał jej bagaż, który stanowiła stara podniszczona walizka z metalowymi obiciami na rogach, na których było już widać rdzę. Przy samej rączce przymocowana była mała miedziana tabliczka z wygrawerowanym jej nazwiskiem. Podziękowała mężczyźnie z podwiniętym w górę siwym wąsem i razem z rudowłosą podeszły do już sporej grupy osób.
Wszyscy byli w miarę cicho i bynajmniej nie chodziło tu o wczesną porę. Prawdopodobnie było to wywołane stresem przed ich nową pracą. Lorina słyszała wiele plotek, głównie od ludzi, z którymi tu przybyła, o niejakiej lady Gertrude. To najważniejsza ze wszystkich pokojówek oraz kobieta o surowych zasadach i twardej ręce. Być może właśnie ona wzbudzała ten lęk, ale Lorina wolała się upewnić niż wyrabiać sobie zdanie na podstawie plotek.
Blondynka z zafascynowaniem rozglądała się po otaczającej ją przestrzeni. Cały plac obłożony był jasnym kamiennym brukiem. Na samym środku placu z ciemnego kamienia utworzony był herb Brimy. Lorina mimowolnie włożyła dłoń za pazuchę i próbowała wyczuć pod materiałem sukni naszyjnik. Westchnęła z ulgą, gdy między palcami, razem z krzyżykiem, pojawiła się czworokątna przywieszka. Dyskretnie rozejrzała się między towarzyszami, czy jej zachowanie nie wywołało jakiegokolwiek zdziwienia. Na szczęście nikt nie zwrócił na nią większej uwagi.
Plac otoczony był z trzech stron budynkami. Z lewej strony znajdowały się magazyny z żywnością, z prawej królewskie kurniki, wejście do obory i stajni, a centralną częścią, pod którą wszyscy się zebrali, był faktyczny zamek.
Lorina stała blisko drzwi do kuchni, przez co mogła poczuć aromatyczny zapach świeżo upieczonego pieczywa. Dziewczyna dopiero uświadomiła sobie, jaka jest głodna. Wyjęła z wewnętrznej kieszeni kożucha kawałek białego chleba, który zabrała ze sobą na podróż. Odrywała od niego małe fragmenty i wsuwała je sobie do ust.
Gdy tylko skończyła jeść, drzwi od kuchni gwałtownie się otworzyły, o mało nie uderzając dziewcząt stojących zbyt blisko, w tym i Loriny. Nastała grobowa cisza przerywana jedynie ćwierkaniem ptaków i pianiem kogutów. Osoba, która wywołała taki stan, to nie kto inny, jak lady Gertrude, dumnie stojąca w obecności kilku innych kobiet i mężczyzn. Na pierwszy rzut oka było widać, że to ona tu dowodziła. Lorina przyjrzała się jej uważnie. Szczupła, wysoka kobieta, blisko pięćdziesiątki z już siwymi włosami ciasno upiętymi w idealny kok. Jej oczy, lustrujące całe otoczenie, były w odcieniu płynnej stali. Zimne i przyprawiające o ciarki. Ubrana była w czarną suknię z okrągłym dekoltem, spod którego wystawa biała koszula zapięta prawie pod samym podbródkiem. Na piersiach widniała duża złota broszka z wielkim malachitowym kamieniem. Takie same błyskotki znajdowały się w uszach kobiety. Lorina jednak bardziej skupiła wzrok na przedmiocie znajdującym się w pomarszczonych dłoniach. Był to mały bacik podobny do tego, którego używają jockeye do poganiania swoich koni. Na jego widok Lorina głośno przełknęła ślinę.
Po co jej to? Zapytała się w myślach.
Kobieta zmrużyła oczy, przez co uwydatniły jej się zmarszczki na czole, które dodawały jej jeszcze straszniejszego wyglądu. Srogim wzrokiem przejechała po wszystkich zebranych. Lorina kątem oka zauważyła, jak niedawno uśmiechająca się Tiffany zbladła.
- Gratuluję wszystkim, którzy przeszli przez rekrutację – zaczęła mówić donośnym głosem pozbawionym wszelkich uczuć. – Mam nadzieję, że nas nie zawiedziecie. Oczekujemy od was szacunku, dyscypliny oraz nienagannych manierach – na każde wypowiedziane słowo kładka mocny nacisk, co powodowało nieprzyjemne dreszcze na ciele Loriny, jak i pozostałych. – Przez te dwa dni nauczycie się podstaw pracy w królewskim domu, a od poniedziałku zaczniecie prawdziwą pracę. Oczywiście rozumiemy, że na początku będziecie popełniać błędy, jednak każda niesubordynacja będzie surowo karana. Bez żadnych wyjątków. Rozumiemy się? – Zapytała unosząc brwi i uderzając lekko końcówką bacika o otwartą lewą dłoń. Blondynka wzdrygnęła się na ten dźwięk. Nie chciałaby poczuć tego na własnych plecach czy dłoniach.
- Tak jest! – Odpowiedzieli wszyscy chórem, na co kąciki ust lady Gertrude uniosły się w triumfalnym uśmiechu.
- Doskonale – odparła, choć brzmiało to, jakby mówiła bardziej do siebie niż do nich. – Żeby nie było żadnych wątpliwości nazywam się Gertrude Howard. Jestem główną pokojówką jej królewskiej mości Margaret, a także nadzoruję pracę pozostałych pokojówek. Bagaże zostawcie tutaj – szybko przeszła do następnej sprawy, sądząc, że tyle informacji o jej osobie to, aż nadto. - Jeżeli są podpisane zostaną zaniesione do przydzielonych wam wcześniej pokoi. Jeżeli nie, to znajdziecie je przed schodami. A teraz proszę, aby wszystkie osoby, które zostały przyjęte na stanowisko pokojówki poszły za mną. Reszta zostaje tutaj, słucha i dostosowuje się do dalszych instrukcji – odwróciła się i z powrotem weszła do budynku.
Lorina, jak i dziesięć pozostałych dziewcząt odstawiły swoje bagaże pod ścianę i ruszyły za lady Gertrude. Kobieta zerknęła tylko za siebie, aby sprawdzić czy wszystkie idą za nią. Prychnęła, gdy ujrzała te przestraszone istotki, które garbiąc się nie pokazywały ani krzty gracji. Tylko kilka dziewcząt szło wyprostowanych, między innymi Lorina.
- Gracja, posłuszeństwo, punktualność, pracowitość… To tylko jedne z wielu cech, które musi posiadać dobra pokojówka - zaczęła prawdopodobnie wyuczony na pamięć monolog. – Oczywiście na początku będziecie popełniać błędy, ale jeżeli sytuacja się nie poprawi zostaniecie odesłane.
Lorina miała wrażenie, że już od samego początku lady Gertrude tylko czekała, jak któraś z dziewcząt nie wytrzyma tego napięcia, które sama calowo wprowadziła.
- I zanim zapytacie – w głosie kobiety można było usłyszeć rozbawienie. – Nie ma możliwości zmiany stanowiska. Tylko nieliczne przypadki tego dokonały, ale moim zdaniem ci, którzy nie mogą sprostać zadaniom, które zostały im powierzone, nie są jeszcze gotowi na dorosłe życie, z dala od piersi matki.
Odpowiedziała jej cisza przerywana stukotem butów o marmurową posadzkę.



Była sobota, dochodziła godzina siódma. Lady Gertrude korzystając z tego, że w zamku tylko służba była na nogach, oprowadziła swoje nowe podwładne prawie po całym zamku tłumacząc, co gdzie się znajduje i gdzie nie mają prawa wchodzić bez wyraźnego pozwolenia. W między czasie mówiła, co nieco o zachowaniu, pracach, jakie je czekają, harmonogramie i o czymś, co szczególnie zainteresowało Lorinę, choć to nie znaczy, że powinno.
- Królowa Margaret ma do dyspozycji cztery pokojówki. Pomagają w różnych codziennych czynnościach oraz niekiedy pełnią funkcję towarzystwa Jej Królewskiej Mości. Jednak tylko najlepsze mogą dostąpić tego zaszczytu – powiedziała to tonem, który wręcz krzyczał, że takie młódki, jak one nie mają szans na tak wysokie stanowisko. - Ma również jednego lokaja, jednak jest on również majordomusem całej posiadłości. Książę Elec ma do dyspozycji dwóch lokai i dwie pokojówki, które dbają o czystość w jego komnatach. Natomiast książę Hayden, następca tronu – na samo wspomnienie o brunecie serce Loriny zaczęło bić szybciej. – Posiada jednego lokaja i jedną pokojówkę. Jednak, nie wiedząc czemu, to ona ma więcej obowiązków niż lokaj. Doprawdy – prychnęła, a Lorina mogłaby przysiąc, że kobieta przewróciła oczami.
Lady Gertrude zaczęła opowiadać o obowiązkach tzw. prywatnych pokojówek, a dziewczyna starała się odgonić wszelkie myśli o księciu Haydenie. W końcu przyjechała tu głównie po to, aby pracować i na tym chciała się najbardziej skupić. Wiedziała, że przed nią jeszcze wiele pracy i nie mogła pozwolić sobie, na jakiekolwiek błędy. Nie, gdy wyścig dopiero się rozpoczął.



Witajcie, Robaczki Jak widać nadal jestem wśród żywych, choć było blisko Prawie zabiła mnie historia xd Jutro zakończenie roku, ale to nie znaczy, że moja nauka dobiegła końca i mogę sobie pozwolić na nic-nie-robienie O nieee... czeka mnie robienie notatek z historii i WOS-u oraz czytanie dzieł literackich, tj. "Lalka", "Zbrodnia i kara", "Faust", "Cierpienie młodego Wertera" i wiele wiele innych (niekoniecznie z własnej woli :') i jeszcze trzeba znaleźć czas na przygotowywanie się do Animatsuri (ktoś coś??), chociażby wychodzenie z domu i pisanie swoich opowiadań :' Dwa miesiące to stanowczo za mało.
Ale koniec mojego marudzenia, bo wróciłam ze świata półżywych, a ględzę wam o głupotach ^^
Tak więc oto pierwszy rozdział "Nie zapomnij". Boże ile z tym problemów było... Usiadłam i piszę... ale nie mogę. Blokada mnie dopadła i myśli, że to rozwalę, że zmarnuję potencjał tego opowiadania i wiele innych myśli, ale się spięłam i poprawiając go setki razy skończyłam i oto jest Oczywiście na początku będzie smętnie i nic nie będzie się dziać, ale to się z biegiem czasu zmieni Miejmy nadzieję, że was nie zawiodę ^^
Może umówmy się tak, że jeśli wyłapiecie jakieś bardzo rażące błędy, coś jest niepotrzebne lub czegoś nie dopowiedziałam i nie był to cel zamierzony to napiszecie mi do na priv, a ja postaram się to zmienić Chcę, aby NZ było czymś więcej niż zapchaj-dziurą na letni wieczór
Oh, ale się rozpisałam No więc piszcie, jak się podobało, a jak nie podobało... to też
Do następnego, Robaczki
  • awatar Gość: Jakbym mogła wiedzieć, z jakiego anime jest ta blondynka? XD
  • awatar Lisa Angels: Ile to minęło czasu od ostatniego rozdziału? Zdecydowanie za dużo. Jestem pod wrażeniem, że Lorina tak długo nie potrafi o nim zapomnieć. Mam przeczucie, że się rozczaruje swoim księciem z bajki. No i fakt posiadania naszyjnika, z pewnością sprawi jej dużo kłopotów. W zamku łatwo być oskarżonym o kradzież. Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Jak wszyscy doskonale wiecie mamy święta wielkanocne, więc chciałabym wam złożyć najserdeczniejsze życzenia Obyście w szczęściu i zdrowiu spędzili ten czas z rodziną i bliskimi Wesołych Świąt życzy wam wasza Sayori

 

 
Hej... Tytuł posta pewnie mówi sam za siebie... Starałam się napisać ten rozdział, ale... no nie wyszło... poprawiałam sam początek z pięć razy i nadal mnie nie satysfakcjonuje to co wyszło no i się na tym etapie właśnie zatrzymałam. Wena mnie opuściła, a nie chce wstawiać tu czegoś "aby było". Tak więc zawieszam bloga do odwołania
Wiem, że powód jest błahy, ale innego nie mam. Postaram się wrócić najszybciej, jak tylko się da
Do następnego, Robaczki


No musiałam *-*
 

 
Opowiem wam teraz historię pewnej dziewczynki i o obietnicach, które jej złożono. Wszystko zaczęło się pewnego letniego dnia. Słońce świeciło wysoko na niebie przyjemnie grzejąc już rumiane policzki dziecka. W swojej zwiewnej błękitnej sukience biegała, skakała, zrywała kwiatki i robiła z nich wianki. Jej śmiech prawdopodobnie rozchodził się po całej polanie, ale przecież nikt nie miałby jej tego za złe. To w końcu tylko dziecko.
Po godzinie hasania wreszcie się zmęczyła i niosąc w rączkach dość spory bukiet usiadła na głazie nad małą rzeczką. Ułożyła kwiaty na swoich kolanach i wybrała jedną stokrotkę. Zaczęła wyrywać jej płatki. Jeden po drugim.
- Kocha, nie kocha. Kocha, nie kocha…
Niedawno widziała swoją straszą siostrę, jak to robiła. Nie rozumiejąc sensu „zabawy” postanowiła zrobić to samo. Jej uśmiech zmienił się w lekki grymas, gdyż nie widziała w tym nic zabawnego.
Nagle usłyszała jakiś szmer zza krzaków. Spojrzała w tamtą stronę myśląc, że to ktoś z wioski.
- Nie kocha, kocha. Nie kocha, kocha – wyrwała ostatni płatek i jej oczom ukazał się niezwykle urodziwy chłopiec. Dostrzegł ją i odetchnął z ulgą. Gdy się zbliżył mogła zauważyć, że rękaw jego koszuli był podarty, a jego policzek zdobi czerwona rana, z której wypływała kropla krwi. Od razu zeskoczyła z kamienia i podbiegła do nieznajomego.
- Pomogę ci – stwierdziła i bez wahania chwyciła go za rękę prowadząc go brzegu rzeki.
- Nie powinnaś ufać obcym – oznajmił chłodnym tonem, jednak posłusznie dał się poprowadzić.
- Trzeba pomagać. Nawet, jeśli to ktoś obcy – odrzekła hardo i wskazała na kamień. – Usiądź – rozkazała. Chłopiec uniósł zaskoczony brwi, ale wykonał polecenie. W końcu to tylko dziecko, pomyślał.
W ciszy przyglądał się poczynaniom dziewczynki. Podrapała się po brodzie rozmyślając, czym obmyć mu ranę. Spojrzała na swoją sukienkę i mocnym szarpnięciem wyrwała niedawno naszytą na nią łatkę.
- Co robisz?! – Zapytał zszokowany. Pierwszy raz widział, że jakaś dziewczyna, nawet, jeśli taka mała, niszczy sobie ubranie, aby komuś pomóc. Dziewczynka nie odpowiadając ukucnęła i zamoczyła kawałek materiału w przyjemnie chłodnej wodzie. Chłopiec nie spuszczał z niej wzroku. Obserwował jak się prostuje, podchodzi do niego i siada mu na kolanach. Był nieco speszony tym faktem, ale pozwolił jej działać. Ta tylko uśmiechnęła się do niego promiennie i przyłożyła mu prowizoryczny okład do twarzy. Zamknął oczy i poczuł, że wreszcie mógł się zrelaksować. Dlatego uciekł. Aby wreszcie zaznać trochę spokoju i przyswoić nowe informacje o swojej przyszłości.
- Jestem Lorina, a ty? – Spytała ścierając mu czysta stronę materiału pot z czoła.
- Hayden – odpowiedział.
- Podoba mi się to imię – przyznała. Chłopiec otworzył oczy i ujrzał parę pięknych błękitnych oczu, które intensywnie się w niego wpatrywały. Dostrzegł również wokół źrenicy złotawe promienie. Jej oczy były niczym słońce.
- Pobawisz się ze mną?
Takie niewinne pytanie sprawiło, że zaśmiał się i potargał ją po złotych włosach.
- A w co? – Spytał. Tak dawno z nikim się nie bawił.
- Hmmm… - Lorina zamyśliła się przez chwilę. – Wiem! – Krzyknęła mu prosto do ucha, przez co trochę się skrzywił. – W zamek!
To przeważyło. Zaczął rechotać, jak głupi.
- Co? – Zapytała naburmuszona. – Wyglądasz, jak książę! – Skrzyżowała ręce na piersi i patrzyła na niego z przymrużonymi oczami, dając mu jasno do zrozumienia, że nie podoba jej się jego zachowanie.
- Nawet nim jestem – powiedział przez śmiech i zamilkł zdając sobie sprawę ze swojej gafy. Spojrzał na Lorinę. Złość, jakby za sprawą magicznej różdżki, zniknęła i wpuściła na swoje miejsce radość. To trochę dziwne, pomyślał.
- To ja chcę być twoją księżniczką! – Znów krzyknęła i rzuciła mu się na szyję. Lekko zdezorientowany w końcu objął dziewczynkę i postanowił spędzić z nią trochę czasu. W końcu to tylko dziecko.
Hayden nawet nie przypuszczał, że może się tak dobrze bawić, mimo iż wcześniej uważał takie dziewczęce zabawy za nudne. Lorina ciągle się śmiała, a jemu wbrew pozorom bardzo podobał się ten dźwięk. Karcił się za każdym razem, gdy pomyślał o niej inaczej niż o dziecku. Dzieliła ich przecież potężna granica w postaci statusu społecznego.
Jednak prędzej czy później zabawa musiała się skończyć.
- Będę musiał już wracać – oznajmił smutno. – Mieszkam trochę daleko.
- Nie możesz zostać? Mama na pewno pozwoli ci przenocować.
Lorina bardzo polubiła Haydena. Nie chciała się z nim rozstawać.
- Naprawdę nie mogę – podszedł do niej bliżej i pogłaskał ją czule po głowie. W odpowiedzi tylko wtuliła się do niego. Zadrżała. Wiedział, że zaraz zacznie płakać. Po części rozumiał jej uczucia. Nie chciał odchodzić, aby nie sprawić jej przykrości. Tak pięknie się uśmiechała. Nagle coś mu zaświtało. Odsunął ją trochę od siebie i sięgnął do kieszeni.
- Wyciągnij rączki i zamknij oczy – poprosił z uśmiechem. Lorina spełniła jego prośbę z lekkim ociąganiem. Bała się, że gdy je otworzy już go nie będzie. Nagle poczuła coś ciężkawego w dłoniach. Uchyliła powieki i ujrzała przepiękny złoty naszyjnik. Róża umieszczona w rombie.
Hayden uważnie obserwował jej reakcje, a gdy ujrzał, jak jej oczka się świecą na widok błyskotki uznał, że to była dobra decyzja. Ukucnął przed nią i zamknął w swoich dłoniach jej, nieco drobniejsze.
- To rodowy naszyjnik mojej rodziny. Miałem go podarować osobie dla mnie ważnej – w miarę, jak mówił dziewczynka wydawała się coraz szczęśliwsza. Jaka urocza, pomyślał już nie karcąc się za takie myśli. – Obiecuję, że kiedyś wrócę po ciebie i zostaniesz prawdziwą księżniczką – pogłaskał ją po policzku ścierając przy tym zaschnięte łzy.
- Twoją? – Zapytała lekko drżącym głosem.
- Tylko moją – uniósł się, aby ucałować ją w policzek.
- Obiecujesz, że nie zapomnisz? – Pytając o to przycisnęła naszyjnik do serca.
- Nie zapomnę – obiecał, złożył pocałunek na jej dłoniach i odszedł. Od tego momentu Lorina cały czas nosiła złoty naszyjnik, i mimo swojej wagi nie ciążył jej ani trochę.



Dobry wieczór (albo dzień dobry, zależy kiedy to czytasz ;p) Nie wiem czemu, ale mam słabość do prologów, które przedstawiają zdarzenie wiele lat przed rzeczywistym czasem całej akcji, granica statusu społecznego i różnicę wieku... Od razu was poinformuję (po co macie czekać, aż wzmianka o tym pojawi się w opo??) że między Loriną a Haydenem jest 6 lat różnicy ^^ W prologu ona ma 8, a on 14... Ale to takie czasy tak?? Swatają dzieci zanim się jeszcze urodzą. Kto bogatemu zabroni?? Bogatszy xd (taki suchar haa~)
Dobrze, jakieś skargi, zażalenia, pytania?? Piszcie!! Wytykajcie mi błędy jeśli jakieś znajdziecie, bo samemu trudno je dostrzec
Mi osobiście się bardzo podoba *_*
To do zobaczenia, Robaczki
 

 
Jak pewnie sam tytuł wpisu mówi dziś będzie krótkie wprowadzenie do opowiadania
To na początek okładka ^^


Oto główni bohaterowie


Postaci drugoplanowych, trzecio-planowych itd. jest o wiele więcej niż w przypadku "Princess", dlatego nie będę ich tu umieszczać.
Teraz zajmijmy się całym ogółem, czyli gdzie, kiedy itp.
Wszystko dzieje się w państwie Brima, położonym na wyspie. Dzieli się ona na pięć prowincji: Ida (w niej mieści się stolica), Forst, Elora, Sindan i Wero.
Czas akcji to... raczej połowa XIX w. Biorąc pod uwagę sposób życia mieszkańców Brimy Jednak mimo wszystko rok bliżej nieokreślony.
Brak nowoczesnej technologii. Szczyt luksusu to lampy naftowe, kran z regulacją temperatury wody i prowizoryczna spłuczka w ubikacji.
Takie tam fakty, a teraz mały opis (jeśli się jeszcze nie znudziliście ;p)
***
Dziesięć lat temu pewien mały chłopiec złożył obietnice małej dziewczynce i podarował jej złoty naszyjnik. Ona mu uwierzyła i swoje następne lata przeżyła czekając aż ten chłopiec po nią wróci. Los postanowił pokazać jej ścieżkę, która mogła pomóc jej w spełnieniu marzeń. Jednak co się stanie, gdy spotka tego chłopca ponownie i okaże się, że on... nie pamięta.
***

I jak?? Mam duże oczekiwania jeśli chodzi o to opowiadanie :3 Nie zamierzam się z niczym hamować ^.^
Oki, to tyle na dziś. Jutro, ewentualnie w sobotę pojawi się prolog
Dobranoc, Robaczki

Mała nutka ^^ Uwielbiam <3
  • awatar Seiti: Mam nadzieję, że podołasz z takim początkiem fabuły. Znam niestety sporo historii o podobnym początku, gdzie zmarnowano potencjał, więc będę trzymać kciuki za Twą wyobraźnię. :)
  • awatar MAYA WRITES: Z chcecia poczytam twojego bloga. PS MAM PYTANIE. Moglabys zareklamowac mojego bloga? Jestem nowa i jest mi ciezko.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ja tu tylko na chwilę xd Więc tak...
1. Zawieszam "Listy do Mery Lu". Straciłam ochotę, aby pisać takie smęty Może gdy mnie najdzie depresja (ta, aha...) to może dodam te dwie części xd nie sądzę, że ktoś będzie ubolewał nad tym faktem ;p
2. Są też i dobre wieści ^^ Wszyscy fani romansideł z zamkiem w tle, przygotujcie się na...(werble proszę!!) "Nie zapomnij"!! Jako, że najlepiej się czuję w takich ckliwych romansach to ruszam z nowym projektem ^^ Mam nadzieję, że się wam spodoba
I mam zamiar wprowadzić więcej wątków niż tylko miłosny Trzeba się rozwijać, czyż nie?? (może TO wydam :' Ah~ marzenia są piękne ^\\.\\^)
Oczywiście nie sądzę, że dodam choćby prolog w najbliższym czasie, bo w ciągu następnego tygodnia mam 5 sprawdzianów/kartkówek na 4 dni tortur... znaczy szkoły (W środę mamy wyjście klasowe do teatru, czyli brak zajęć)
Okay, teraz się już żegnam, do następnego, Robaczki

  • awatar Lisa Angels: I gdzie to cudowne romansidło z zamkiem w tle? Czekam z niecierpliwością :D
  • awatar Seiti: Czekam zatem na nowe opko. :D Jestem ciekawa Twego rozwoju. :)
  • awatar RainbowxD: Ja najbliższy tydzień również mam zawalony kartkówkami i sprawdzianami ;-;. Czekam na nowe opowiadanie! ^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
„Moja Mery Lu,
Piszę ten list, choć nie mam zamiaru go wysłać. Nie chcę wyjść w Twoich oczach na żałosnego desperata, który nie może znieść tych kilku miesięcy rozłąki. Jednak tak właśnie się czuję. Kiedy nie ma Cię przy mnie mam wrażenie, że to wszystko jest tylko złym snem, z którego zaraz się obudzę, a Ty będziesz leżeć obok mnie, wtulając swoją śliczną twarzyczkę w moją poduszkę zostawiając na niej swój słodki zapach, który ciągle czuję, mimo że wyjechałaś pół roku temu.
Na zegarku widnieje czwarta rano, a ja nie mogę zasnąć. Przez chwilę szukałem ręką Twojej drobnej postaci, aby móc ugłaskać Twoje miękkie włosy i powiedzieć, jak bardzo Cię kocham, ale napotykam tylko zimne prześcieradło. Moja bezsenność trwa i trwa i sądzę, że tylko Twoje ciepło może przynieść mi potrzebny spokój. Często całymi godzinami wiercę się na łóżku nie mogąc znaleźć odpowiedniej pozycji. Jest mi niewygodnie, zimno. Czuję się bez Ciebie taki samotny. Czemu nie chcesz mnie odwiedzić? Czemu nie chcesz przyjechać? Do mnie? Do nas? Już nawet nie dzwonisz, nie piszesz… Tłumaczysz się brakiem czasu, strefą czasową, brakiem pieniędzy na podróż czy rozmowy zagraniczne, ale czy to prawda? Staram się uwierzyć, ale najwyraźniej brak snu podsyca moją wyobraźnię aż do tego stopnia, że przestaję mieć nadzieję na to, że Ty w ogóle mnie kochasz. Nie wiem już, co mam robić. Patrząc w lustro nie widzę siebie, ale jakiś wrak. Też tak wyglądasz? Też czujesz tą niewyobrażalną samotność? Czy też chcesz mieć mnie na wyciągnięcie ręki? Czemu nie chcesz mi powiedzieć?
Moją jedyną towarzyszką nocą jest mała lampka nocna, którą kupiłaś zeszłej jesieni. Żarówka ciągle świeci mętnym żółtym światłem. To nie jest normalne dla kogoś w moim wieku, jednak ty nie widzisz, co ze mną zrobiłaś. A może nie chcesz? Myślenie w taki sposób, pewnie Cię rani, przepraszam, ale czuję, że powoli wariuję.
Siedzę na parapecie przy otwartym oknie i cicho śpiewam naszą ulubioną piosenkę. Wydaję z siebie tylko ciche mruczenie, aby nie zbudzić sąsiadów, którzy chcą jeszcze pospać przed pracą. Wiesz, jak cienkie są ściany w tym budynku. A może to one Ci przeszkadzały? Jeśli tak, czemu nie powiedziałaś? Znalazłbym inne mieszkanie. Zamieszkalibyśmy tam razem. Czy nie tego chciałaś? Czy te wszystkie obietnice były kłamstwem? Przecież taka nie jesteś. Moje Słońce, moja ukochana, moja Beatrycze, moja Oleńka, moja Mery Lu! To dla Ciebie śpiewam o czwartej nad ranem przy akompaniamencie gwiżdżącego czajnika. Słyszysz mnie, prawda? Na pewno mnie słyszysz. Wierzę w to!
Czarna herbata trochę rozjaśnia mi umysł. Czytam ten list jeszcze raz i jeszcze raz. Specjalnie na głos, abyś mnie usłyszała. Śmieję się w duchu, że byłaby z niego całkiem niezła piosenka. Może i na drugim miejscu naszej listy ulubionych kawałków. Topole pod oknem spokojnie szumią, jakby tworzyły do niej melodię. Cudownie, prawda?
Patrzę na zegarek. Już minęła piąta, a zza budynków widać, jak niebo nad horyzontem zmienia kolor dając znak, że słońce zamierza zapanować nad tą półkulą.
Zamierzam na powrót zakopać się w kołdrze z tą nadzieją, że to tylko zły sen, a gdy się obudzę ujrzę Twój piękny uśmiech, szepniesz mi do ucha, że mnie kochasz i złożysz na moim ustach delikatny pocałunek. Chciałbym, aby tak się stało. Więc zamknę oczy, poczekam na sen i zasnę. Może pojawisz się w moim śnie? Byłoby miło.
Dobranoc, moja Mery Lu,
Na zawsze Twój, Vincent”



Witajcie, Robaczki :3 Pamiętacie może wpis, który miał być zapowiedzią do czegoś nowego?? Tak więc oto przedstawiam wam "Listy do Mery Lu"!! Całość ma tylko trzy części i jest w formie właśnie tytułowych listów do Mery Lu, dziewczyny Vincenta, która wyjechała. Vincent jest lekką społeczną ciapą o zbyt delikatnym sercu i zaślepiony miłością. Każda z części będzie "pisana" w różnych okresach jego życia. Teraz miał lat 22.
Po zakończeniu tego pewnie będzie coś dłuższego (o wiele dłuższego niż Princess xd) tylko nie wiem, który pomysł wybrać chyba będę pisać (jeśli czas pozwoli) wszystko na raz, albo założę kolejnego bloga, ale na bloggerze. Ale to jest w fazie: Myślę nad tym, ale kiedy to zrealizuję pozostawia wiele do życzenia
Do następnego, Robaczki
  • awatar Lisa Angels: To takie... smutne...nie bardziej by pasowało słowo tęskne. Ale coś czuje, że ta cała jego dziewczyna najzwyczajniej w świecie próbuje się go pozbyć. I z chęcią przeczytałabym kolejne części gdy znajdziesz na nie wenę :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Dobry wieczór Robaczki :3 Do północy zostało jeszcze trochę czasu, ale już teraz życzę wam wszystkiego dobrego. Oby wasz postanowienia noworoczne się urzeczywistniły, a życzenia, które jeszcze się nie spełniły zrobiły to w tym właśnie roku (Nie wiem, jak wy, ale ja czuję, że w moich zeszytach będzie mnóstwo skreśleń ;p)



Oto kolejny rok, podczas którego siedzę w domu ^^ Z tym wyjątkiem, że piętro niżej są rodzice xd rok temu miałam wolą chatę i maraton yaoi :3 Nadal się zastanawiam, co by tu obejrzeć... Myślałam o SnK albo Another... Ale nie wiem ;p Może wszystkiego po trochu, w końcu mogę!! Od świąt nic, tylko się uczę i czytam Dziady (cz.III)... No za ch*ja nie rozumiem tego!! Ah, ale odstawmy na bok moje miuńczenie i narzekanie
Wyjrzyjmy wszyscy za okno i obejrzyjmy fajerwerki, które nawalają już od czwartej
Do następnego Robaczki


(A może znów obejrzę sobie yaoi...)
 

 
Nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę, a mieszkam tu już od trzech lat. Wszystko tu jest takie piękne i drogie. Czasem mam wrażenie, że ludzie postrzegają mnie, jako oszusta. A co wy byście pomyśleli? Księżniczka okłamała faceta, on się obraził i uciekł, a potem nagle wraca i zostaje jej narzeczonym. To tak jakbym patrzył na Rose przez pryzmat jej władzy i pieniędzy. A przecież to nie tak! Kocham ją, chcę z nią być, a wizja panowania nad państwem jest czymś, co mnie przeraża.
Westchnąłem głęboko. Przecież się nie wycofam. Przynajmniej pociesza mnie myśl, że to ona będzie królową, a ja tylko jej mężem. To ona będzie nosić koronę ojca, a ja będę dumnie stał u jej boku.
Ten czas tak szybko zleciał. Wydawałoby się, że dopiero wczoraj wpadła na mnie i przerażeniem w oczach przepraszała za swoją niezdarność. Była taka słodka. Wydaje mi się, że już wtedy znalazła szparę w murze, którym się otoczyłem i starając się przez nią przecisnąć roztrzaskała go do samego fundamentu. Cieszę się, że to ona. Moja Rose.
Jednak wróćmy do rzeczywistości. Wiecie, co teraz robię? Galopuję przez las w samotności, bo moja narzeczona postanowiła zniknąć w dniu ślubu! No cudownie! Mało mi atrakcji na dziś?! Jeszcze mi powiedźcie, że się rozmyśliła! O nie… Zaciągnę ją do tego ołtarza, choćby i siłą!
- No kolego – pochyliłem się i poklepałem Josepha po masywnej szyi. – Znajdziesz to miejsce, prawda? – Zapytałem. Koń odpowiedział rżeniem i przyśpieszył.
Nie mam pojęcia ile czasu zajęło mi dojechanie na miejsce, ale gdy tylko ujrzałem, jak Rosaline siedzi pod wierzbą poczułem, jakby wielki kamień spadł mi z serca. Zsiadłem z konia, a ten od razu podszedł do jeziorka.
Rose wyglądała, jak anioł śpiąc tak oparta o potężne drzewo. Witki wierzby falowały na wietrze rzucając cień na jej porcelanową twarz. Westchnąłem nagle rozczulony. Czy byłem na nią zły? Nie w tej chwili. Teraz chciałem ją tylko mocno objąć i powiedzieć, że się martwiłem.
Podszedłem do niej i czule pogłaskałem po policzku.
- Rose – cicho wypowiedziałem jej imię, aby zbytnio jej nie przestraszyć, ale to niewiele dało. Gdy tylko się ocknęła krzyknęła.
- Boże, nie strasz – wysapała łapiąc się za serce. Uniosłem brwi i usiadłem obok niej.
- To moja kwestia – pokręciłem z politowaniem głową. – Cały pałac stoi na głowie, bo ich przyszła królowa postanowiła sobie zniknąć nikomu nic nie mówiąc. To było nieodpowiedzialne – skarciłem ją i zaraz potem siebie. Głąbie, delikatniej!
Rosaline przygryzła wargę i zaczęła wyłamywać sobie palce. Zamknąłem jej delikatne dłonie w swoich, aby przestała to robić.
- Dlaczego to zrobiłaś? – Zapytałem już spokojniej. – Nie chcesz… - zacząłem, ale to zdanie nie chciało mi przejść przez gardło.
- Nie! – Przerwała mi gwałtownie. – Nie, to nie tak. Ja… - rzuciła się na mnie wtulając twarz w moją szyję. Objąłem ją czule i pocałowałem w czubek głowy.
- Zawsze wyobrażałam sobie swój ślub, a teraz się okazało, że planowanie wygląda zupełnie inaczej niż myślałam – wyznała.
- Co masz na myśli? – Chyba nigdy nie zrozumiem kobiet.
- Nie mogłam się na niczym skupić, nie dawali mi ani chwili wytchnienia. Jaki kolor obrusu, jakie serwetki, perła czy kość słoniowa, ugh! – Warknęła i rozsiadła się wygodnie na moich kolanach. – Ty też masz takie problemy? – Spojrzała na mnie kocim wzrokiem przesuwając palcami po moim karku. Zadrżałem z przyjemności, ale nie mogłem pozwolić sobie na luksus zatracenia się w ten błogi stan. Jeszcze nie nadszedł na to czas.
- Umm… Nie? – Sam nie byłem pewny. Mruknęła niezadowolona z odpowiedzi. – Skarbie – zacząłem bawiąc się kosmykiem jej włosów. W niewyjaśniony dla mnie sposób było to dla mnie uspokajające i pozwalało mi się skupić. – Wszyscy chcą, aby nasz ślub był wyjątkowy. W końcu cały kraj, o ile nie świat, będzie nas obserwować.
- Ale nie pozwalają mi się tym cieszyć!
Zaśmiałem się. Czasem zachowywała się, jak dziecko. Pocałowałem ją w nos.
- Z czego się śmiejesz? – Warknęła.
- Dzieciaku, wszyscy na ciebie liczą, a ty jakieś fochy odstawiasz – zacząłem mówić do niej sposobem, jakiego wręcz nie znosiła. Powstrzymywałem śmiech, gdy naburmuszyła się, jak indyk. Dosłownie.
- Nie jestem dzieckiem! – Zezłościła się. Jęknąłem, gdy wbiła paznokcie w moje barki. - Jestem tylko zirytowana! Nie mogę nawet napić się herbaty, bo ciągle coś, ciągle coś – marudziła dalej, a ja tylko słuchałem. – Przygotowania trwają rok… ROK! A oni nadal w proszku!
- W tej chwili to my jesteśmy w proszku – oznajmiłem. – Powinniśmy się zacząć przygotowywać, bo w końcu spóźnimy się na własny ślub.
Westchnęła i oparła głowę na moim ramieniu.
- Naprawdę się bałeś, że się rozmyśliłam? – Zapytała po chwili ciszy.
- Tak – odpowiedziałem nieco zawstydzony głaszcząc ją po głowie. Nagle ją poderwała i spojrzała mi w oczy. Lśniły czerwienią, niczym u jakiejś magicznej istoty. Czasem miałem wrażenie, że rola leśnej wróżki idealnie by jej pasowała. Albo diablicy.
- To się nigdy nie zdarzy – szepnęła i musnęła moje wargi. Od razu zareagowałem i przytrzymując jej śliczną buzię w dłoniach wpiłem się w jej usta. Zachichotała z chęcią odwzajemniając mój pocałunek
- Musimy jechać – odparłem, po kilku długich minutach, gdy wreszcie się od siebie oderwaliśmy.
- A obiecasz mi coś? – Zapytała wpatrując się w moje oczy. Przechyliłem głowę i pogłaskałem ją czule po policzku.
- Czego sobie życzysz? – Zapytałem przesuwając kciukiem po jej lekko nabrzmiałych wargach.
- Będziemy żyć długo i szczęśliwie? – Spojrzała na mnie swoimi cudnymi oczami. Byłem nimi oczarowany. Takie śliczne. Moje…
- Będziemy żyć długo i szczęśliwie – złożyłem na jej ustach jeszcze jeden delikatny pocałunek, aby przypieczętować naszą obietnicę.
Teraz mogliśmy bez przeszkód wrócić do domu i zacząć ostateczne przygotowania na powitanie nowej, lepszej przyszłości u swojego boku.



I jak wam się podoba epilog z punktu widzenia Louisa?? Hahaha musiałam nieźle ocenzurować jego myśli, jeśli wiecie o co mi chodzi xd
Chciałam też po raz ostatni pokazać, że nawet jako przyszła królowa Rose jest jak dziecko. No ale trzeba było dać się dziewczynie pofochać, póki jeszcze mogła (w epilogu Rose ma już 20 lat (Louis to stary pryk... 26 lat ma chłopina))
Tak więc, jest to definitywny koniec Princess. Mam nadzieję, że moje następne małe dzieła będą mile przywitane, jak w przypadku Princess
Chciałabym gorąco podziękować wszystkim, którzy wytrwali aż do tego momentu, a w szczególności Lisie Angels. Twoje rady naprawdę mi pomagają. Trudno jest samemu dostrzec pewne błędy, więc bardzo się cieszę, że czyta mnie ktoś taki, jak ty

Teraz wam powiem, że miałam sen... W tym śnie był mega-bosko-cudnie-zajebiście przystojny książę ^^ Zostałam chamsko obudzona, więc nie znam końca mojej historii z tym pięknym człowiekiem, ale może sama go dopiszę? Co wy na to? Przystojny książę i biedna dzieweczka?? (w moim śnie byłam plebsem... Nawet obraziłam sobowtóra królowej Mirandy xd) Oczywiście mam zamiar oprócz wątku miłosnego dodać jakąś intrygę i skupić się nad innymi relacjami między bohaterami (trzeba się rozwijać xd) Praca nad fabułą w toku... Pytanie czy chcecie zostać zalani kolejnym pałacem i romansem?? (Ale daleko do tego heheh)

Dobra, już was nie zamęczam, Robaczki ^^ Jeszcze raz dziękuję, że wytrwaliście aż do końca tej historii i będzie mi niezwykle miło, jeśli kiedyś wam się przypomni i powiecie, że to był dobry cukier xd
Pozdrawiam, Sayori
 

 
Witajcie Robaczki w ten (nieśnieżny) wigilijny wieczór!!
Życzę wam wszystkim
Wesołych Świąt, dużo spokoju mentalnego,
szczęścia wszelakiego,
Mikołaja hojnego
i stołu w dobre jedzenie obfitego!
Samych wspaniałych ludzi poznania,
by nie trapiły Was żadne zmartwienia C:

 

 
~Rozdział nie sprawdzany~

O czym to ja wcześniej mówiłam? Czas, tak? Cóż… Minęło pół roku od tego pamiętnego wydarzenia. Wiele się pozmieniało.
Zacznijmy od tego, że zdetronizowali moją matkę. Dwa miesiące temu lud wszczął bunt na tyle potężny, że gwardziści pałacowi nie dali rady powstrzymać powstania – tym bardziej, że wielu członków armii krajowej brało w nim udział. Królowa przegnieciona do muru zrzekła się korony i uciekła. Nikt nie wie gdzie, ale każdy ma nadzieje, że więcej się nie pokaże. Wiedziałam o wszystkim, jednak nie uprzedziłam matki. Mam lekkie wyrzuty sumienia, ale czy jej się to nie należało? Uciskanie ludu nie jest sposobem uzyskania zaufania. Mimo wszystko to moja matka i czasami łapię się na pytaniach czy jest zdrowa, czy dobrze sobie radzi.
Władzę przejęła ciocia Alexandra do czasu, aż nie ukończę dwudziestu lat. Jednak mam wgląd i decydujący głos w sprawach państwa. Powoli uczę się, jak wszystko funkcjonuje i małymi kroczkami staram się polepszyć życie mieszkańcom – już niedługo – mojego państwa.
Karin i Ronowi urodziła się córeczka. Lorina jest taka śliczna. Od kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy zaczęłam rozmyślać, jakby to było gdybym to ja miała dziecko. Na samą myśl o trzymaniu na rękach takiej małej istotki uśmiecham się.
Po wywiadzie ze mną Ron otrzymał premię i awans społeczny. Kłopoty z pieniędzmi już tak bardzo im nie doskwierają biorąc pod uwagę również to, że co jakiś czas jest wysyłany do mnie o informacje.
Maya i Dorian… są parą. Ich podchody trwały cztery miesiące, ale wszystko dobrze się skończyło. To miłe patrzeć, jak twoi przyjaciele wreszcie znajdują w sobie tyle odwagi, aby wreszcie zmierzyć się z własnymi uczuciami. Cieszy mnie ich szczęście. Choć mam wrażenie, że przy mnie starają się zachować dystans. Nie wiem czy robią to z przyczyn czysto moralnych czy litują się nade mną. Nie muszą. Pogodziłam się z faktem, że straciłam Louisa.
I wreszcie dochodzimy do momentu, który pewnie ciekawi was wszystkich. Od spektaklu nikt nie widział Louisa. Nawet Ron nie miał z nim żadnego kontaktu. Moje wyrzuty sumienia zostały spotęgowane o zniszczenie wieloletniej przyjaźni.
Ciągle starałam się znaleźć dla siebie jakieś zajęcie, aby nie myśleć o nim, ale i tak kończyło się tym, że przeglądałam nasze rozmowy na telefonie. Już nawet nie zwracałam uwagi na to, że płakałam. Często śniła mi się jeszcze scena pod wierzbą na polance czy nad jeziorem. Tak jakby moja własna podświadomość dawała mi w twarz z szyderczym śmiechem przypominała mi na każdym kroku, jaką jestem idiotką. Wiedziałam o tym doskonale, ale czasami ludzie dla siebie samym są większymi potworami niż dla innych. Tyle razy błagałam o wybaczenie, jednak nikt nie słyszał moich modlitw.
Boże, słyszysz mnie?

Mimo iż mieliśmy luty na dworze było wyjątkowo ciepło. Słońce przyjemnie ogrzewało moje policzki, gdy żwawym krokiem podążałam na przystanek autobusowy. Chciałam pojechać do centrum zanieść swoje buty do szewca. Czasami, gdy nadarzała się ku temu okazja lubiłam sama załatwiać swoje sprawy. Ostatnimi czasy przyzwyczaiłam się do samotności, więc trzeba było wyjść do ludzi! Nie przewidziałam tylko, że droga na przystanek jest tak długa. Gdy zobaczyłam, jak pojazd ma zamiar ruszać popędziłam, co sił w nogach, aby zdążyć. Następny miał być za godzinę. Przywitała mnie czarna chmura dymów spalinowych. Zaczęłam się dusić. Gdy już w miarę ochłonęłam ze złości kopnęłam grudkę brudnego śniegu. Zdjęłam czapkę z głowy i w akcie wyładowania resztki agresji trzepnęłam nią o słupek ze znakiem przystanku. Przeczesałam srebrne włosy wyjmując je spod kurki i poprawiłam szal. Zaczęłam się poważnie zastanawiać czy lepiej iść do centrum na pieszo czy raczej zawrócić i poprosić, aby ktoś mnie podwiózł.
Rozejrzałam się i zauważyłam, jak w moją stronę podąża czarny samochód. Od razu wpadłam na genialny pomysł. Zaczęłam machać czapką na znak, aby kierowca się zatrzymał. Gdy tylko stanął obok mnie schyliłam się i poczekałam aż potencjalny wybawca otworzy przyciemniane okno. Wreszcie zaczęło się obniżać. Jednak to, kogo ujrzałam we wnętrzu auta zmroziło mnie bardziej niż tegoroczna zima. Mimowolnie cofnęłam się. Moja dolna warga niebezpiecznie zadrżała. Nie…
- Kopę lat – odparł tym swoim zachrypniętym seksownym głosem. – Wsiadasz? – Zapytał lekko zirytowany. Niemrawo pokiwałam głową i dosłownie wgramoliłam się do samochodu. – Dokąd panienka sobie życzy? – Spytał ruszając.
- Do centrum – odpowiedziałam cicho. Byłam zażenowana.
- A trochę więcej szczegółów?
Czułam, że robi się coraz bardziej rozdrażniony. Postanowiłam wziąć się w garść.
- Do szewca – potrząsnęłam swoją skórzaną torbą, mimo iż wiedziałam, że tego nie widzi. – Do Lawlieta – Dodałam. Louis tylko kiwnął głową na znak zrozumienia. Jego grzywka urosła, co było widać po tym, jak zabawnie falowała przy każdym najdrobniejszym ruchu głowy. Miałam wielką ochotę wtopić palce w te puszyste włosy, ale wiedziałam, że nie mogę. Zacisnęłam udami swoje dłonie manifestując zdenerwowanie.
Cisza, jaka panowała w aucie była przytłaczająca. Po raz pierwszy nie czułam się przy nim komfortowo. Postanowiłam coś z tym zrobić.
- Co u ciebie słychać? – Zapytałam niepewnie starając się go nie zdenerwować. Jeszcze by mnie zostawił w środku lasu.
- Jakoś leci – odparł zbywając mnie. Zacisnęłam wargi i po chwili je zagryzłam. Wjechaliśmy w jakąś dziurę, przez co ugryzłam się tak mocno, że poczułam metaliczny posmak w ustach.
- Auuu – jęknęłam.
Louis zjechał na pobocze i spojrzał na mnie dziwnie przerażonym wzrokiem.
- Co się stało?
- U-ugryzłam się – przyznałam cicho kuląc się w sobie i lekko oddalając od niego. Nie chciałam go rozzłościć faktem, iż zatrzymał się tylko dlatego, że przegryzłam sobie wargę.
Louis przechylił lekko głowę i przyjrzał mi się bacznie.
- Boisz się czegoś? – Zapytał poważnie.
- N-nie – wyjąkałam.
Brunet zmarszczył brwi i chwycił mnie za podbródek. Kciukiem rozchylił moje wargi, aby mieć lepszy podgląd na „szkody”.
- Nie zagryzaj warg – powiedział puszczając mnie jakbym parzyła. – Takie marnotrawstwo – dodał tak cicho, że nie byłam pewna, czy aby przypadkiem sobie tego nie wyobraziła. – A co panienka robi sama w lesie? – Spytał ponownie wracając na szosę. – Nie boi się panienka, że panienkę ktoś napadnie? - Subtelnie próbował mi przypomnieć, że go okłamałam.
- Spóźniłam się na autobus – odparłam starając się zachować obojętność na jego docinki.
- Dama błękitnej krwi jeździ autobusem? – Udał zszokowanie. Zacisnęłam szczęki i zamknęłam oczy. Policzyłam w myślach do pięciu starając się uspokoić i nie dawać po sobie poznać, że jego werbalne ataki robią na mnie wrażenie.
- Przestań, proszę – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. W odpowiedzi tylko się zaśmiał. Gdzie się podział tamten Louis? Ah tak… Zniszczyłam go.
Próbowałam powstrzymać łzy. Marzyłam, abyśmy wreszcie byli na miejscu. Chciałam wysiąść z tego samochodu i uciec od tego upokorzenia.
- Gratuluję – przerwał ciszę. – Wreszcie pozbyłaś się mamusi.
- Nie ja. Lud wreszcie się zbuntował – mówiłam, jakby ten temat był mi zupełnie obojętny.
- I nie miałaś z tym problemu? To jednak twoja matka – co takiego on próbował osiągnąć?
- Sama jest sobie winna – zacisnęłam pięści, a paznokcie nieznośnie wbijały mi się w skórę. Nic już nie odpowiedział. Resztę drogi przejechaliśmy w milczeniu. Miałam wrażenie, że ta cisza mnie dusi. Tęskniłam za tymi niby-przypadkowymi dotknięciami, za delikatnymi uśmiechami, za czułymi słówkami… Tęskniłam za nim, ale teraz, gdy siedzi obok mnie wiem, że te czasy już nie wrócą.
Louis zatrzymał się pod warsztatem Lawlieta. Spuściłam wzrok.
- Dzi-dziękuję, za podwiezienie. Odwdzięczę się – oznajmiłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Drobiazg – odparł nawet nie mnie nie patrząc.
- To… Do zobaczenia – ostatni raz na niego spojrzałam. Odwrócił twarz w moją stronę. Nasze oczy się spotkały. Szmaragd stracił swoją intensywną barwę.
- Taa, cześć – pożegnał się beznamiętnie. Zdusiłam w sobie szloch i szybko wysiadłam z auta.
Zrobiło się chłodniej. Jakby pogoda była jakoś powiązana z moim nastrojem. Poprawiłam szalik i zaciskając palce na pasku od torby ruszyłam do warsztatu.

- Dziękuję. Dowidzenia – pożegnałam się z Lawlietem i wyszłam z ogrzanego budynku. Zimny wiatr uderzył w moją twarz. Opatuliłam się szalikiem i ruszyłam w stronę przystanku. Było już dość ciemno, więc musiałam bardziej uważać na lód.
- Hahahaha, przestań! – Usłyszałam czyjś śmiech i mimowolnie zerknęłam w tamtą stronę. Ujrzałam na ławce dwójkę nastolatków. Dziewczyna siedziała na kolanach swojego chłopaka, śmiała się z jego słów i co jakiś czas obdarowywała subtelnym całusem. Uśmiechnęłam się smutno. Miło jest patrzeć na zakochaną parę, ale trudniej to znieść, gdy jeszcze niedawno siedziało się obok swojej miłości, którą się zraniło.
Próbowałam powstrzymać łzy mówiąc sobie, że już niedługo będę w domu i tam będę mogła ryczeć do woli. Jednak one najwyraźniej postanowiły nie słuchać. Pociągnęłam nosem i przetarłam oczy zimną dłonią.
Boże, chciałabym zacząć wszystko od nowa. Proszę… Błagam…
Nagle na kogoś wpadłam. Los, jak zwykle postanowił wziąć sobie mnie na cel swoich żartów, więc pod moimi nogami znalazła się zamarznięta kałuża, na której się poślizgnęłam i wpadłam w ramiona sprawcy całego zdarzenia.
Zacisnęłam powieki nie mając zamiaru ich otworzyć. Chciałam, aby w ramionach trzymał mnie Louis, jak tamtego dnia. Bałam się, że gdy je otworzę to nie będzie on.
- P-przepraszam. Zagapiłam się – rzekłam. Nieświadomie powiedziałam to samo, co wtedy.
Boże, to jest to Twoje „wszystko od nowa”?
- To ja powinien przeprosić. Nie zauważyłem cię – moje serca na moment stanęło. Ten głos. Ten sam rozbawiony ton. – Pierwszy raz cię tu widzę – odparł, a ja odważyłam się otworzyć oczy. Ujrzałam go. Twarz anioła. Rozbawione szmaragdy zamiast oczu. Promienny uśmiech.
Boże…
Mimo iż jego słowa powinny mnie rozzłościć, zaśmiałam się. Postanowiłam zagrać w jego grę.
- Ah, przyjechałam ze stolicy. Dopiero niedawno zdecydowałam się tu zamieszkać – bez kłamstw. Czysta prawda.
- Przyjechałaś sama? – Najwyraźniej spodobała mu się niewypowiedziana zasada: „Zero kłamstw”, bo rozpromienił się jeszcze bardziej. Zeszliśmy ze środka chodnika i ukryliśmy się pod latarnią, która już rozświetlała przechodnią drogę.
- Nie, z służbą.
Jego brew uniosła się, a sam przybliżył się do mnie.
- Czyli pani z wyższych sfer, tak? – Zapytał pokazując mi rzędy swoich białych zębów.
- Można tak powiedzieć – zaśmiałam się. Nasza rozmowa nie miała sensu.
- Co masz na myśli? – Próbował wyciągnąć ze mnie słowa, których nie wypowiedziałam wtedy.
- A zachowasz to w sekrecie? – Przybliżyłam usta do jego ucha. Widziałam jak zadrżał pod wpływem mojego ciepłego oddechu.
- Zależy, co z tego będę miał – wymruczał. Oboje czuliśmy, że to już nie jest zabawa.
- Uwierz mi, że cena będzie adekwatna do tajemnicy – uśmiechnęłam się do niego i patrzyłam, jak seksownie zagryza wargi.
- W takim razie słucham – uśmiechnął się chytrze. Zbliżyłam się bardziej do jego ucha i wyszeptałam muskając ustami płatek jego ucha.
- Nazywam się Rosaline Susan. Jestem księżniczką – odsunęłam się od Louisa i spojrzałam mu w twarz. Jego usta były wykrzywione w promienny uśmiech, a oczy lśniły znowu swoim intensywnym kolorem. Wyciągnął dłoń i pogłaskał mnie po policzku.
- I nie mogłaś powiedzieć tego wtedy? – Zapytał ze śmiechem. Przyłożyłam swoją dłoń do jego i splotłam ze sobą nasze palce.
- Bałam się – wyszeptałam. Poczułam, jak łza, które właśnie wypłynęła z mojego oka zamarza mi na policzku. Louis szybko ją starł.
- Już się nie boisz? – Spytał przyciągając mnie jeszcze bliżej siebie.
- Boję, ale czegoś innego – przyznałam przylegając do jego ciała.
- Powiesz mi? – Objął mnie w talii i oparł brodę na mojej głowie.
- Że znów cię stracę.
- Cóż… Za dochowanie tajemnicy czeka mnie nagroda, prawda? – Jego klatka piersiowa zadrżała, kiedy się zaśmiał. Zadarłam głowę do góry, abym mogła spojrzeć mu w oczy.
- Z-zrobię wszystko – oznajmiłam z lekkim wahaniem. Jakaś cząstka mnie obawiała się, że za tym jego zachowaniem kryje się zemsta.
Louis uśmiechnął się i ujął moją twarz w swoje dłonie.
- Kochaj mnie – rzekł całując mnie w czoło. Serce mi zadrżało. – Bądź ze mną – ucałował mnie w zmarznięty nos. Boże. – Nie okłamuj mnie – złączył nasze usta w delikatnym pocałunku. Na początku wargi tylko się muskały. Westchnęłam i rozchyliłam je dając mu jednocześnie pozwolenie na dalsze działanie. Od razu skorzystał z okazji i wtargnął językiem w czeluści moich ust. Wchodził i wychodził językiem drażniąc się ze mną. Jednak ta zabawa nie trwała długo. W końcu i jego to znudziło i zaczął całować mnie w ogromną pasją. Jakby chciał nadrobić te pół roku.
- Obiecujesz mi to? – Wydyszał odrywając się ode mnie na kilka centymetrów.
- Obiecuję.
Uśmiechnął się i znowu wpił w moje usta.

Siedzieliśmy wtuleni w siebie na fotelu przed kominkiem w salonie głównym opatuleni w puszysty koc. Trzymałam głowę na jego ramieniu, a on bawił się kosmykami moich włosów.
- Gdzie się podziewałeś tyle czasu? – Zapytałam nie odrywając wzroku z ognia.
- Tu i ówdzie. Jeździłem po kraju z pewną trupą teatralną. Chciałem się trochę odizolować od tego miejsca i przemyśleć parę rzeczy – odpowiedział. – Chciałem cię znienawidzić – przyznał po chwili. Auć. Wmawianie sobie czegoś, a usłyszenie tego, to dwa zupełnie różne rzeczy. – Ale nie potrafiłem – pocałował mnie we włosy. – Kochałem cię, więc trudno mi było zapomnieć o tych wszystkich chwilach. Zastanawiałem się, które z nich były prawdziwe, a które nie. To było trudne – zadrżałam i to bynajmniej nie z zimna. Wtuliłam się bardziej w Louisa, a on czule objął mnie ramieniem wciągając na swoje kolana. – Będąc ciągle w drodze trudno było dowiedzieć się czegokolwiek o tym, co się dzieje w kraju, ale jakoś na początku września kupiłem pierwszą lepszą gazetę. A co w niej było? Artykuł mojego najlepszego przyjaciela o tajemnicy księżniczki – zaśmiał się. – Na początku chciałem to ominąć, ale coś mi mówiło, że powinienem to jednak przeczytać. Gdy dotarłem do fragmentu, że jednak mi powiedziałaś o tym, kim jesteś miałem ochotę dać sobie w twarz. Rose, przepraszam – odwrócił mnie w swoją stronę i mocno przytulił. – Przepraszam.
- To nie ty jesteś tą osobą, która powinna przepraszać – zaśmiałam się nerwowo odsuwając go od siebie. Oparliśmy swoje czoła o siebie. – To ja powinnam przepraszać.
- Wybaczam ci. W końcu nie robiłaś tego z premedytacji – pocałował mnie w policzek. – A ty? Wybaczasz mi? – Zamruczał niczym kot wtulając się w moją szyję. Westchnęłam z rozkoszy, gdy poczułam jego wargi na wrażliwej skórze. Przekręciłam się tak, że teraz siedziałam na nim okrakiem. Zarzuciłam mu ręce na szyję i nawet nie przejęłam się tym, że koc zsunął się na podłogę.
- Wybaczam – musnęłam jego wargi i pociągnęłam lekko za włosy.
- Mmmm… - wymruczał kładąc jedną dłoń na mojej talii, a drugą zaczął sunąć po moim udzie. – Pokażesz mi, jak bardzo tęskniłaś? – Zapytał z tym swoim złośliwym uśmieszkiem, a ja poczułam, jak moje policzki zaczynają przybierać barwę dorodnych pomidorów. – Oh, ktoś się tu zawstydził – zaśmiał się przesuwając swoje dłonie na moje pośladki. Ścisnął je, a z moich ust wydobył się jęk. – To chyba znaczy, że bardzo – spojrzał mi w oczy i mocno wpił się w moje usta. Sunął językiem po mojej dolnej wardze, a ja bez wahania je rozchyliłam. Całował namiętnie i czule. Czułam, jakbym się rozpływała pod wpływem jego warg. Przylgnęłam do niego jeszcze bardziej sprawiając, że nie istniała już między nami żadna odległość.
- A… Co… Jeśli… Ktoś… Wejdzie – wzdychałam między pocałunkami.
- To może się gdzieś przeniesiemy? – Zapytał odsuwając się ode mnie. Widziałam, jak za mgłą. Louis obrócił mnie bokiem do siebie. Jedną dłonią mnie objął, a drugą wsunął pod moje kolana i jednym płynnym ruchem wstał. Czułam się, jak dziecko, ale byłam szczęśliwa, że to on się mną zajmuje.
- Prowadź, moja pani – pocałował mnie w czoło i skierował się do mojego pokoju według moich wskazówek.



Meri Kurisumasu Robaczki!!
No cóż... Miałam wstawić wczoraj... Ale hej! Jest dopiero pierwsza w nocy ^^ Godzinka w te czy we wte, nikogo nie zbawi ;p
Jezu, czy ze mną jest coś nie tak, skoro najlepiej się czuję pisząc takie sceny, jak ta pod koniec?? Że wtedy wydaje mi się, że jest najlepiej?? Gdyby nie fakt, że jest pierwsza, a mój komputer znajduje się w innym pokoju i klawiatura, jak i światło przeszkadza moim rodzicom to pewnie bym opisała ich seks -_-" Ale to przecież nie jest erotyk!! (Choć Sayori bardzo by chciała to opisać )
Dla naprostowania... Louis czekał, aż Rosaline wyjdzie od Lawlieta Po prostu nie chciał, aby wzięła go za jakiegoś stalkera A pod przystankiem to przypadek Biedny musiał przemyśleć dalszy plan działania i nieźle się przy tym powstrzymywać, bo rzuciłby się na Rose ^^ Ah, mój niegrzeczny chłopczyk :3 (Udajmy, że tego nie było ;p)
Tak więc, czeka nas epilog... Tylko nie wiem czy jutro czy pojutrze... To zależy od wielu czynników. Im większa kurwica w domu tym prawdopodobieństwo wcześniejszego terminu większe :3
Moi kochani nauczyciele się zmówili i na święta trzeba się uczyć... Czy wy też 4 i 5 idziecie do szkoły, czy tylko moja dyrka jest taka wspaniałomyślna, aby nie wykorzystywać dni dyrektorskich?? Cudownie -_- ale co zrobisz?? Nic nie zrobisz

Ogólnie zamierzam założyć nowego bloga na bloggerze, na którym będą tylko opowiadania yaoi. Czekam tylko na szablon od koleżanki, aby ruszyć z parą Tu będą tylko na takie słodkości, jak Princess :3 Tak tylko pytam czy znajdzie się ktoś, kto będzie tam zaglądał??

Dobra, koniec tego!! Zaraz mnie opieprzą, więc spadam
Dobranoc, Robaczki
  • awatar Lisa Angels: Ja też idę 4 i 5 do szkoły, więc nie jesteś sama, a co do opowiadania. Serduszko bije mi jeszcze z wrażenia nad końcówką, naprawdę te sceny i są twoim konikiem :D Szkoda, że to już koniec, bo naprawdę lubię tą historię, cieszę się, że udało im się pogodzić i, że są razem :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Bolało. To tak bardzo bolało, jednak miałam świadomość, że to Louis cierpiał najbardziej. Pewnie większość w takiej chwili chciałoby się odłączyć od rzeczywistości i przestać czuć. Stać się tylko pustą skorupą, która nie żyje, ale wciąż pozostaje w świecie żywych. Ja tak nie chciałam. Nosząc na plecach to wielkie brzemię wmawiałam sobie, że to moja pokuta. Idiotka. To kara.
Cudem uwolniłam się od tych wszystkich dziennikarzy. Nie miałam najmniejszej ochoty tłumaczyć im się z czegokolwiek, ale wiedziałam, że kiedyś ten moment nastąpi. Jestem osobą publiczną. Moje życie, moje czyny i zachowanie nie należą w pełni do mnie. Powinnam być taka, jaką oczekują ode mnie inni. Jestem dla nich, nie dla siebie. To zabawne, ale w tamtej chwili zrozumiałam, że moja matka nie myliła się aż tak bardzo. Co prawda jej metody były… Teraz nie mnie to oceniać. Czuję się, jakbym była gorsza od niej. Zawiodłam na całej linii i nawet nie potrafię przyznać przed światem, że popełniłam błąd. Ona, dumnie wyprostowana, spojrzałaby na tych wszystkich ludzi i powiedziała prawdę. Jednak w taki sposób, żeby wyszło na to, że działała dla dobra ludu, a to, że nie wyszło nie jest jej winą, ale niekompetentnych doradców. Ja tak nie potrafię. Nie nadaję się do tego. Tron nie jest dla mnie.
Nie wiem ile spacerowałam, ale gdy doszłam za wiadukt, zeszłam z drogi i usiadłam na trawie. Zdjęłam rękawiczki i niedbale rzuciłam je obok siebie. Przeczesałam dłońmi włosy i zauważyłam, że przestały drżeć. Oparłam się na ramionach i odchyliłam do tyłu. Zamknęłam oczy i wszystkie dobre wspomnienia z Louisem zaczęły przeskakiwać przed nimi, jak film. Pociągnęłam nosem. Teraz tylko one mi pozostaną. Może z czasem zbledną, ale wiem na pewno, że nikogo tak nie pokocham, jak jego. O ile w ogóle.
- Daleko zaszłaś – na dźwięk czyjegoś głosu wzdrygnęłam się. Odwróciłam głowę, aby spojrzeć na mojego kompana.
- Czasem traci się poczucie czasu – odparłam. Nie widziałam jego twarzy, gdyż był ukryty w cieniu, ale głos wydawał mi się znajomy.
- Zwłaszcza, gdy się o czymś intensywnie myśli. Mogę się przysiąść? – Zapytał nie podchodząc nawet na krok.
- Oczywiście – odpowiedziałam i skierowałam oczy na niebo. Księżyca już prawie nie było widać. Tylko gwiazdy dawały trochę światła.
- Kopę lat, co? – Spytał zwracając moją uwagę z powrotem na siebie. Młody rudy mężczyzna z okularami na nosie. Cudownie…
- Tak. Wolałabym tylko, aby okoliczności były nieco inne – westchnęłam wyłamując sobie palce. – Co tu robisz?
- Szedłem za tobą. Czekałem, aż wreszcie się zmęczysz – zachichotał próbując rozładować atmosferę. Nie to, że mu się udało, ale doceniałam jego starania.
- A czemu nie za Louisem? To ON jest twoim przyjacielem.
- W takich chwilach należy zostawić go samego. Robi się wtedy agresywny i nie panuje nad sobą. Ostatnio, gdy za nim poszedłem złamał mi rękę – odruchowo potarł lewe przedramię.
Przełknęłam głośno ślinę. Wiedziałam, że Louis bywał wybuchowy, ale nie aż do tego stopnia. Ale jakie to ma teraz znaczenie?
Między nami zapadła niezręczna cisza. Żadne z nas nie wiedziało, jak zacząć. Zdecydowałam się na pierwszy krok.
- Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to mów – rzekłam zaciskając powieki. Szykowałam się na atak.
- Mniej więcej rozumiem, czym się kierowałaś ukrywając przed nim fakt, że jesteś księżniczką, ale to, że powiedziałaś to na oczach tych wszystkich ludzi było nie fair w stosunku do niego – czułam jego przeszywające spojrzenie na swoim ciele. Nadszedł czas, aby wyrzucić to wszystko z siebie.
- Ron, miałbyś jakieś korzyści z wywiadu ze mną? – Zapytałam całkowicie zmieniając temat.
- To nie jest odpo… - zaczął, ale szybko mu przerwałam.
- Miałbyś? – Powtórzyłam z naciskiem patrząc mu w oczy.
- Ehh… - westchnął drapiąc się po głowie. – Jeszcze nikt nie miał okazji na rozmowy z tobą. Dlatego dla tego pierwszego jest przewidziana nagroda i prawdopodobnie awans – spuścił wzrok. Wpatrywał się we własne tenisówki szukając w nich czegoś ciekawszego.
- Możesz przeprowadzić ze mną wywiad. Odpowiem na każde twoje pytanie – powiedziałam hardo zwracając na siebie jego uwagę. Patrzył na mnie z niemałym szokiem.
- Naprawdę?
- Potrzebujesz pieniędzy – dotknęłam delikatnie jego ramienia. – Karin i wasze dziecko ich potrzebują.
W odpowiedzi tylko westchnął i zaczął grzebać w swojej skórzanej torbie na ramię. Dopiero teraz ją zauważyłam. Po chwili wyjął z niej dyktafon.
- To zaczynamy – odparł i włączył urządzenie. – To może zacznijmy od samego początku. Dlaczego postanowiłaś ukryć swoją tożsamość? – Przybliżył dyktafon bliżej moich ust.
- Naprawdę rzadko miałam okazję wyjść z zamku. Dlatego będąc u cioci, wykorzystując odrobinę swobody, wymknęłam się z pałacu incognito. Nie chciałam, aby ktoś mnie rozpoznał. Moja matka nie pochwala takiego zachowania. W zasadzie nic, co robię jej nie odpowiada – mruknęłam. – Przepraszam, odbiegam od tematu – rzekłam trochę piskliwym głosem. - Wpadłam na Louisa zupełnie przypadkiem. Uratował mnie przed upadkiem. Sądziłam, że to tylko jednorazowe spotkanie, więc powiedziałam, że mam na imię Susan. Jednak…
- Stało się zupełnie odwrotnie?
- Właśnie. Fascynował mnie. Obiecywał zupełnie nowe doznania, wolność, którą chciałam poczuć. Pokazywał mi tyle swoich twarzy. Czułam się szczęśliwa, że to ja jestem tą, która je widzi – uśmiechnęłam się do siebie. Tamte chwile wydawały się teraz takie odległe. – Wiedziałam, że powoli się zatracam i okłamywanie go nie wchodzi w grę, ale bałam się, że mi nie uwierzy. Miałam rację – zaśmiałam się głupio.
- To znaczy? – Przechylił głowę, a na jego twarzy malowała się ciekawość bardziej pasująca do przyjaciela niż do dziennikarza.
- Na tej imprezie, na której się poznaliśmy powiedziałam mu prawdę. On mnie wyśmiał uznając to za pijacki żart – przygryzłam wargę zakłopotana. – Czy to, że piłam może pozostać tajemnicą? – Zapytałam patrząc na niego błagalnym wzrokiem.
- Oczywiście – puścił mi oczko. – Więc ci nie uwierzył? A próbowałaś jeszcze raz mu powiedzieć?
- Nie – przyznałam z zażenowaniem. – Myślałam, że jest naprawdę twardym facetem, a on jest dla mnie tylko miły. Wiesz… Ulitował się nad biedną duszyczką, która nie wie nic o świecie – przyłapałam się na tym, że po raz kolejny zaśmiałam się w głupkowaty sposób.
- Mówisz, myślałaś… Zmieniłaś zdanie?
- Tak. Z każdym kolejnym dniem pokazywał mi więcej swojego delikatnego usposobienia. On nie jest taki zły, jak niektórzy go uważają. Głęboko w środku jest, jak mały chłopiec szukający szczęścia. Chciałam mu to dać, choć odrobinę. A wiedziałam, że mówiąc prawdę po takim czasie znów by się zamknął.
- Nie wiesz tego na pewno – odparł poważnie. – Od czasu, gdy cię spotkał stał się zupełnie innym człowiekiem. Zmieniłaś go. Pozbawiłaś skorupy, w której spokojnie sobie żył bez zbędnych zmartwień. Zaznał prawdziwej miłości, więc powrót do samotności jest dla niego niemożliwy.
Przełknęłam ogromną gulę w gardle. Ale musiałam być twarda.
- On mi nie wybaczy – mój głos drżał.
- Skąd wiesz? – Dociekał.
- Ja nie potrafię sobie wybaczyć, że tak go zraniłam, a to przecież Louis jest tym najbardziej poszkodowanym. Żadne obietnice nie zmienią tego, co się stało – zaczęłam szybko mrugać, aby powstrzymać łzy, przed wypłynięciem. Z marnym skutkiem.
- Jakie obietnica? Co masz na myśli?
- Obiecaliśmy sobie, że nigdy się nie znienawidzimy – gdy wypowiedziałam to na głos zrozumiałam, jakie to było dziecinne. – Niedawno, trochę zdesperowana zapytałam, co muszę zrobić, aby ze mną został. To, co odpowiedział sprawiło, że coś we mnie pękło – otarłam łzy. Byłam zawstydzona i zrozpaczona.
- Co takiego powiedział? – Zapytał ciekawy reakcji swojego przyjaciela.
- „Kochaj mnie. Bądź ze mną. Nie okłamuj mnie” – wyrytowałam jego słowa, które były niczym nóż na gardle. – Miałam okazję, aby wtedy mu powiedzieć, ale wydawał się taki zagubiony, gdy… gdy klęczał przede mną wtulony we mnie – starałam się mówić w miarę wyraźnie, ale co bym nie robiła słychać było łkanie. Desperacki szloch. – Po tym zdecydowałam, że muszę mu powiedzieć przy następnej okazji. Bez względu na konsekwencję – poklepałam się trochę po twarzy, aby się uspokoić.
- I wybrałaś akurat moment, kiedy byliście na widoku? – Zapytał, jednak dało się wyczuć wyrzut w jego głosie.
- Nie miałam pojęcia, że on zejdzie ze sceny na widownię. Chciałam się jakoś prześlizgnąć za kulisy. Wszyscy mnie otoczyli i tak naprawdę to oni mu powiedzieli. Trudno było nie słyszeć: „To księżniczka, to księżniczka”. Sparaliżowało mnie, gdy zobaczyłam jego wzrok. Był zmieszany i zdezorientowany. Czułam się, jakbym wrosła w podłogę, a ci wszyscy ludzie mi tego nie ułatwiali. Byłam pod presją i powiedziałam to.
- Jaka była jego reakcja?
- Płakał – odpowiedziałam cicho przypominając sobie jego załzawione oczy.
- Co? – Ron był się naprawdę zdziwiony. Cóż, kto by nie był?
- On płakał. I uciekł. Nie chciał mnie słuchać. Nie dziwię się – zaśmiałam się drapiąc po nosie. Odgarnęłam włosy z czoła i głęboko westchnęłam. – Wiem, że to było nie fair w stosunku do niego. Wystawiłam go na takie pośmiewisko i dodatkowo zepsułam całe przedstawienie. Nie wiem nawet jak wyrazić to, jak bardzo mi przykro – spojrzałam w niebo po raz setny tego wieczoru.
- Co zamierzasz teraz zrobić? – Pogłaskał mnie ciepło po ramieniu dodając trochę otuchy.
- Nie mam pojęcia. Zastanawiam się nad rezygnacją z tronu – gdy tylko to powiedziałam Ron wytrzeszczył oczy i otworzył usta w szoku.
- Nie możesz tego zrobić – odparł cicho. – Nie możesz! – Powtórzył już głośniej. – Ludzie w tobie widzą jedyną nadzieję.
- Po tym, co zrobiłam nadal to robią? – Zapytałam z lekką ironią.
- Oczywiście! Twój błąd jest niczym w porównaniu do tego, co się teraz dzieje. Jesteś jeszcze dzieckiem i wszyscy to rozumieją. A po twoich słowach wiem, że twoje intencje były szczere – potrząsnął mną lekko za ramiona i spojrzał mi w oczy. – No to, co teraz zamierzasz? – Zapytał ponownie uśmiechając się do mnie promiennie.
Ron miał rację. Mimo iż nie mam bladego pojęcia, jak bardzo tragiczna sytuacja panuje w kraju, to wiem, że rezygnując sprawię, że moja matka zatriumfuje i zapanuje jeszcze większy terror. I do cholery, jestem dzieckiem! Bycie księżniczką to jedno, ale bycie nastolatką to drugie. Człowiek nie jest istotą idealną. Jej zadaniem jest poszukiwanie dobrej drogi, a zbaczanie z niej nie jest niczym dziwnym. Najważniejsze jest, aby znów na nią wrócić. Teraz wszystko jasne… Nawet mój ojciec popełniał błędy, więc czemu ja nie mogę? Muszę się wziąć w garść, bo inaczej nie tylko ja upadnę, ale i cały naród. Nie mogę na to pozwolić.
- Co zamierzam? Zamierzam dać z siebie wszystko, aby być dobrą królową. Jednak póki ta chwila nie nadejdzie będę poznawać ten kraj od podstaw. Dowiem się o wszystkim, co się w nim dzieje i obmyślę plan, aby wyeliminować wszelkie niedogodności – zacisnęłam pięści zdeterminowana do zrealizowania moich wielkich planów. Prawie zapomniałam, że nasza rozmowa ciągle się nagrywa.
- Ha! I o to mi właśnie chodziło! – Ron poklepał mnie po plecach.
- Tak, ale nadal pozostaje sprawa z Louisem… - westchnęłam nagle senna.
- Sądzę, że o to nie powinnaś się martwić – powiedział, ale ja nie czułam się przekonana. – Musisz tylko dać mu trochę czasu. Koniec – odparł nagle po chwili ciszy. – Odprowadzę cię, bo zaraz tu padniesz – zaśmiał się i pomógł mi wstać. Schylił się jeszcze po moje rękawiczki i wziąwszy pod ramię zaczął prowadzić w – mam nadzieję – stronę mojego domu.
Czas płynie… Nie zatrzyma się… Nie cofnie… Trzeba biegnąć razem z nim, inaczej zatrzymamy się, jak zepsuty zegarek, wśród miliona działających… Trochę się tak czuję. Tylko, że mnie odnalazł zegarmistrz o imieniu Ron.



Błagam nie bijcie!! Musiałam, ja musiałam to zrobić!! Ten moment był przewidziany już na samym początku, gdy narodził się pomysł na "Princess". Nie miałam bladego pojęcia czym to zastąpić, więc zostawiłam... Starałam się naprostować parę rzeczy... Pomieszanie z poplątaniem, moja kariera się kończy :' Postaram się jeszcze dziś dodać kolejny rozdział...
  • awatar Lisa Angels: "A po twoich słowach wiem, że nie twoje intencje były szczere" Jedyny błąd jaki znalazłam :D Mi się podobało, a szczególnie ostatni akapit. Lece czytać dalej :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Obudziłam się z dziwnym przeczuciem, że dziś coś się stanie i to niekoniecznie będzie dobre. W związku z tym, że to był najgorętszy dzień w sierpniu od lat, nie miałam siły, aby dalej zagłębiać się w tą zagadkę.
Ubrana w jasnożółtą zwiewną sukienkę na ramiączka „nieodpowiednią dla kogoś, tak szlachetnie urodzonego, jak ja” oraz złote sandałki na rzemyku i tak spacerowałam po korytarzach pałacu, jednocześnie wachlując się pięknym wachlarzem z różowym kwiatowym wzorem, zakończonym czarną koronką. Chłodne powietrze dodawało ukojenie rozgrzanej skórze, ale nadal brakowało mi chęci do czegokolwiek. Zastanawiałam się nad przejażdżką, ale Ramon nienawidzi takich temperatur w takim samym stopniu, co ja, więc nie mogłabym zrobić mu czegoś takiego.
Z Louisem nie widziałam się od dłuższego czasu, ponieważ właśnie trwały ostateczne przygotowania do premiery ich spektaklu. Miał się odbyć w następnym tygodniu. Bardzo chciałam na niego iść, ale wolałabym nie pojawiać się na premierze z przyczyn oczywistych.

Właśnie miałam wejść do kuchni, aby wziąć sobie coś do picia, gdy ni stąd ni zowąd pojawił się Dorian. Był zziajany i lekko przerażony.
- Co się stało? – Spytałam i automatycznie położyłam mu dłonie na ramionach.
- Louis… - sapnął.
- Boże, co z nim!? – Przestraszona potrząsnęłam przyjacielem. W głowie zaczęły pojawiać mi się najczarniejsze scenariusze.
- On tu jest! W pałacu!
Momentalnie zdębiałam.
- Co? Ale jak? Po co? Co!? – Zaczęłam nerwowo chodzić w kółko, aby tylko nie wpaść w histerię.
- Przyszedł, aby zaprosić KSIĘŻNICZKĘ i SUSAN na spektakl – powiedział to z takim wyrzutem, że poczułam się, jakby to moja matka mnie karciła.
- Co mu powiedziałeś? – Starałam się myśleć w miarę trzeźwo próbując jednocześnie wymyślić jakiś dobry plan wymigania się.
- Księżniczka jest na przejażdżce i nie wiadomo, kiedy wróci, ale pójdę po Susan.
- Dobrze, dobrze, dobrze… Ugh! Trzeba coś wymyślić…
- Mam doskonały pomysł. Skończ tą maskaradę – spojrzałam mu w oczy. Spodziewałam się gniewnego spojrzenia, a napotkałam tylko współczucie. – Ranisz nie tylko jego, ale również siebie i tych, którzy przypadkowo się w to wmieszali. Daj już spokój. Ile jeszcze tak pociągniesz? On się w końcu dowie i to niekoniecznie od ciebie.
Jego słowa kłuły niczym kolce róży. To bolało tak bardzo, ponieważ wiedziałam, że to prawda.
- Wiem – zamknęłam oczy, aby powstrzymać łzy. – Ale nie chcę go stracić – wyznałam dość egoistycznie. Czy wszystkie zakochane nastolatki mają takie problemy?
- Jeśli jego uczucia względem ciebie są prawdziwe to wybaczy ci. Ja bym tak zrobił – posłał mi delikatny uśmiech i przygarnął do siebie. Jego silne ramiona dawały mi pewność, że zawsze mogę na niego liczyć nawet, jeśli chodzi o podanie chusteczki, bo czuję, że zaraz pobrudzę mu koszulę.
- Dziękuję – rzekłam odrywając się od niego. – Doceniam to. Gdzie on jest? – Zapytałam.
- W saloniku dla gości.
Po usłyszeniu tego zdania zbladłam. To było ulubione miejsce cioci. Jeśli by go tam spotkała wszystko momentalnie by się skończyło, a ja nie miałabym szans na wybaczenie z jego strony.
- Dzięki – pocałowałam go w policzek, wcisnęłam mu w dłonie wachlarz i wbiegłam do kuchni. Porwałam jeden z fartuszków wiszących na haczyku przy drzwiach. – Pożyczam! – Krzyknęłam i pognałam do salonu błagając w duchu, aby cioci tam nie było. Jednak biorąc pod uwagę, że los się na mnie uwziął ujrzałam, jak właśnie stamtąd wychodzi. Widząc mnie, biegnącą w jej stronę i jednocześnie zawiązującą fartuszek na plecach, zatrzymała się osłupiała.
- Umm… Skarbie?
- Co mu powiedziałaś? – Szepnęłam, aby przypadkiem Louis mnie nie usłyszał.
- Spytał o ciebie i jakąś Susan, twoją pokojówkę – ciocia również zaczęła szeptać. – Chciałam naprostować, że to Maya, ale Dorian mnie uprzedził mówiąc, że jesteś na przejażdżce i zaraz pójdzie po Susan. O kogo mu chodziło?
- O mnie – widząc jej zdezorientowany wzrok dodałam szybko. – Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię.
Ciocia uśmiechnęła się ciepło i pogłaskała mnie po głowie.
- Wysłucham wszystkiego, co masz mi do powiedzenia. I wierzę, że poradzisz sobie w tej… skomplikowanej sytuacji – pocałowała mnie w czoło. – Powodzenia.
I odeszła. Wzięłam głęboki oddech i uśmiechając się od ucha do ucha weszłam do salonu.
- Sue! – Louis od razu się podniósł z fotela i wziął mnie w ramiona.
Boże, nie dam rady!
- Louis… - zaczęłam, a on jak oparzony odskoczył ode mnie.
- Przepraszam. To nie jest miejsce na to, ale cieszę się, że cię widzę – posłał mi tak zniewalający uśmiech, że poczułam, jak miękną mi kolana.
- Też tęskniłam. Czemu nie napisałeś?
- Chciałem, żeby to była niespodzianka. Dwie pieczenie na jednym ogniu! Spotkanie z tobą i księżniczką! Ale skoro jej nie ma, to mam więcej czasu dla ciebie – posłał mi ten swój chytry uśmieszek.
Oj, te pieczenie to się chyba już spaliły na węgiel.
Dopiero teraz zauważyłam, że ma białą koszulę wciągniętą w czarne lniane spodnie. Wyglądał elegancko i niezwykle pociągająco.
Boże, za co?
- Usiądźmy – zaproponowałam. Louis usiadł na swoim poprzednim miejscu, a ja na fotelu naprzeciwko. Dzielił nas tylko mały, niski, okrągły stoliczek. – Więc?
- Chciałem zaprosić ciebie i księżniczkę na nasz spektakl, choć osobiście zależy mi na twojej obecności – nachylił się nad stolikiem i chwycił mnie za dłoń, która spoczywała na podłokietniku. Potarł delikatnie kciukiem jej wierzch, a ja nie mogłam przestać myśleć, jak bardzo ta sytuacja jest popaprana.
- Louis… - westchnęłam, mimo wszystko wzruszona. – To naprawdę miło z twojej strony. Dziękuję.
- Dla ciebie wszystko – uśmiechnął się ukazując rzędy białych zębów.
- Nie jestem pewna, czy księżniczka zgodzi się przyjść na premierę – odezwałam się smutno po chwili ciszy.
- Hmm… To mogłaby być niezła reklama dla naszego teatru. Może wtedy główny urząd dałby nam dotacje na remont, a nie tylko o tym „myślał” – mówiąc to skrzywił się.
- Rozumiem, ale to… - zawiesiłam się nagle nie wiedząc, co powiedzieć. – Nie jest takie proste – zwiesiłam głowę.
- Proszę cię.
Louis nagle znalazł się obok mnie. Klęczał przede mną chwytając moją twarz w swoje dłonie. Już nie były zimne. Były ciepłe. Widać, że takie temperatury oddziałują również na niego.
- Spróbujesz? – Zapytał błagalnym tonem. Jego oczy wydawały się lśnić. Nie potrafiłam im odmówić. Nie potrafiłam mu powiedzieć „Nie”. Ten teatr jest dla niego naprawdę ważny, a on jest ważny dla mnie, dlatego nie pozostawił mi wyboru.
- Spróbuję – westchnęłam gładząc jego szczękę teraz idealnie gładką. Odwrócił głowę, aby ucałować wnętrze mojej dłoni.
Będzie mi tego brakowało.
- Louis… - Zaczęłam niepewnie.
- Tak? – Spojrzał na mnie tak czułym wzrokiem, że mogłoby się wydawać, że przede mną nie znajduje się Louis, a raczej anioł. Mój anioł, którego siłą usidliłam dając jakąś nadzieję na wspólne życie. Ciekawe, co wybierze? Mnie czy nicość i zesłanie do grona upadłych?
- Jest sposób, abyś zawsze był ze mną? – Zapytałam drżącym głosem. Zaczęłam nerwowo bawić się jego włosami. Sunęłam palcami po całej jego głowie. Puszyste włosy przerzedzały się między moimi palcami powodując przyjemne uczucie łaskotania.
- Kochaj mnie – powiedział pewnie i bez wahania. – Bądź ze mną – przywarł do mojego ciała wtulając głowę w mój brzuch. Objął mnie szczelnie ramionami wokół pasa i nie chciał puścić. Tak jakby się bał, że zaraz zniknę. – Nie okłamuj mnie.
Zagryzłam mocno dolną wargę, a pojedyncze łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Pochyliłam się dając mu jeszcze więcej bliskości. Przypominał mi małe dziecko, które opuszczone przez matkę szukało schronienia w ramionach kogoś innego.
Pociągnęłam nosem i spojrzałam w stronę drzwi mając przeczucie, że ktoś nas obserwuje. Miałam racje. Oparta o framugę stała księżna Alexanda. Patrzyła na nas ze współczuciem i czymś, czego nie potrafiłam rozszyfrować. Jednak moja intuicja podpowiadała mi, że to był zawód i rozczarowanie.

Od wieków w naszym państwie panował zwyczaj, który mówił, że podczas ważnych uroczystości państwowych, religijnych czy choćby wystawnych bankietów lub zwykłego wyjścia do teatru ubierano się w iście królewskie stroje. To było naprawdę niesamowite uczucie widzieć tylu wystrojonych ludzi mając jednocześnie świadomość, że w hierarchii są prawie na dnie. Tak, jak dzisiaj.
Z nerwów zaciskałam pięści na muślinie mojej rudej sukni i co chwila poprawiałam okulary przeciwsłoneczne lub kapelusz. Zrobiłam wszystko, aby moja tożsamość pozostała tajemnicą, przynajmniej do czasu zakończenia spektaklu. Nie mniej jednak ciągle miałam wrażenie, że wszyscy patrzą akurat na mnie. Musiałam zachować spokój. Strzepałam niewidzialny kurz z sukni i wyprostowana i pełna gracji ruszyłam w stronę mojego miejsca, które – o zgrozo – było w pierwszym rzędzie.
- Myślisz, że dasz radę? – Zapytała Maya, która mi towarzyszyła. Szła krok za mną z przyzwyczajenia, dlatego zwalniałam, abyśmy mogły iść ramię w ramię. Czułam się wtedy spokojniej.
- Muszę. Podjęłam decyzję i nie mogę się teraz wycofać.
Ciągle powtarzałam sobie w myślach ewentualny przebieg wydarzeń. Niestety większość kończyła się istną katastrofą.
Zajęłyśmy nasze miejsca. Zdjęłam kapelusz, po czym Maya od razu go pochwyciła. Rozejrzałam się dookoła znad okularów i obserwowałam tłum. To dziwne, ale będąc wśród tych ludzi bez żadnej ochrony, z prawdopodobieństwem rozpoznania, czułam się… Dumna z siebie? To dobre określenie? Będąc w tym miejscu, to tak, jakbym publicznie zrzuciła kajdany władzy rodzicielskiej i weszła na swoją własną drogę ku władzy, na zupełnie innych zasadach. Nie byłam jednak pewna, czy po tym, co niedługo się wydarzy, nadal będą chcieli takiej królowej.
Zmarszczyłam brwi i zagryzłam wargę.
- Nie gryź – Maya uścisnęła mi dłoń ukrytą pod białą aksamitną rękawiczką. – Zrobi się rana. Nie martw się. Nie jesteś sama – uśmiechnęła się do mnie promiennie, na co ja delikatnie odpowiedziałam tym samym mocniej ściskając jej szczupłe palce.
- „Prosimy o zajęcie miejsc. Spektakl już za chwilę się rozpocznie” – z ukrytych głośników wydobył się zniekształcony głos.
Widownia zaczęła się zapełniać. Ktoś usiadł obok mnie. Był to starszy mężczyzna w okularach. Ubrany był w stary frak z kilkoma łatami. Uśmiechnęłam się do siebie na myśl, że sentyment może mieć aż taką siłę, że pozbycie się jakiejkolwiek rzeczy jest niezwykle trudnym zadaniem.
- Uwielbiam teatr – starszy pan lekko pochylił się w moją stroną zaczynając rozmowę. Zdjęłam okulary z nosa i spojrzałam na niego przyjaźnie.
- Ja również. Niestety, nie było mi dane często się pojawiać w takich miejscach – odparłam obserwując, jak mężczyzna przez chwilę bacznie mi się przygląda, po czym skina głową w sposób charakterystyczny. Tak, jak wita się monarchę.
- Wielka szkoda – westchnął. Światła zaczęły powoli gasnąć. – O, zaczyna się – rzekł podekscytowany.
Westchnęłam w zwróciłam głowę w kierunku sceny. Kurtyna poszła w górę.

Widziałam kawałek próby, ale to nie mogło się równać z tym, co ujrzałam na scenie. Gra wszystkich uczestników była fenomenalna! Nie rozumiałam, czemu nikt nie chciał ich wspomóc finansowo.
Jako pierwsza wstałam i zaczęłam klaskać. Cała reszta poszła w moje ślady. Miałam wrażenie, że pomiędzy dźwiękami obijanych o siebie dłoni słyszałam: „Księżniczka”.
Błagam, niech to nie będzie prawda.
Aktorzy ukłonili się chyba z dziesiąty raz i za każdym razem widziałam, jak Louis patrzy na mnie ze sceny i posyła mi promienny uśmiech.
Boże, błagam. Nie zabieraj mu tego uśmiechu.
Artyści zaczęli powoli opuszczać scenę, aby zejść do widowni. Niestety moje przypuszczenia się sprawdziły. Ludzie przylgnęli do mnie pytając, czy to na pewno „ja”. Nie miałam szans na dojście do głosu w tym hałasie.
- Przepraszam, przepraszam – wśród tego całego szumu usłyszałam donośny głos Louisa i po chwili ujrzałam, jak przepycha się między ludźmi.
Przepraszam.
Wśród zgromadzonych zapanowało niezadowolenie, że ktoś w ogóle śmiał się tak zachować. W końcu Louis stanął ze mną twarzą w twarz.
Przepraszam!
- Sue, tak się cieszę, że przyszłaś – rzekł i wziął mnie w ramionach, co było tylko dolaniem oliwy do ognia rozgniewanego tłumu.
- Jak on śmie?
- Kim on jest?
- Czy jest blisko z księżniczką?
- Cóż za brak wychowania!
- Louis – jęknęłam bliska rozpaczy. Odsunął się ode mnie. Patrzył mi w oczy z szokiem i niedowierzaniem. Obejrzał się. Ciągle było słychać te wszystkie uwagi na nasz temat.
- Louis – odepchnęłam go na długość moich ramion. Wyprostowałam się i spojrzałam mu w oczy. Dolna warga i podbródek niebezpiecznie zadrżały. Przełknęłam wielką gulę, która pojawiła się w moim gardle.
PRZEPRASZAM!
- Nazywam się Rozaline Susan. Jestem następczynią tronu – powiedziałam to tak obojętnym tonem, jakbym była wyprana z wszelkich emocji. Uwierzcie, w tej chwili tego chciałam, bo ból, jaki wywołało pęknięcie mojego serca był nie do zniesienia.
Zacisnęłam oczy i wargi, po czym je otworzyłam i ujrzałam coś, co mnie zabiło już ostatecznie.
W oczach Louisa pojawiły się łzy. Smutek, ból, rozczarowanie… Żadna obietnica, jaką sobie złożyliśmy nie była istotna, bo one już nie istniały. Zmieniły się w pył i odleciały.
- Louis, ja… - zaczęłam próbując dotknąć jego ramienia, ale on odtrącił moją dłoń. Publicznie.
- Nie chcę teraz tego słuchać – warknął. Jęknęłam żałośnie pozwalając łzom spłynąć po moich policzkach. Pokręcił głową zrezygnowany i uciekł wciskając się między ludzi. Nie odwrócił się. Nawet nie śmiałam marzyć, że wróci.
Zadrżałam, ale starałam się opanować. Do moich uszu dochodziło tysiące głosów, jednak nie rozumiałam nic. Wszystko słyszałam, jakby pod wodą. Łzy ograniczały mi widoczność. Starłam je z twarzy pozostawiając resztki makijażu na palcach białych rękawiczek. Ruszyłam do wyjścia ignorując pytania dziennikarzy. Nogi miałam, jak z waty, ale mimo to szłam dalej wyprostowana z dumnie uniesioną głową. Chciałam zachować resztki godności.
Zepsułam wszystko.
Zepsułam to, co było między mną a Louisem.
Zepsułam swoje relacje z matką, jakie by nie były.
Zepsułam spektakl, który mógł uratować to miejsce.
Zepsułam reputację mojej rodziny.
Przepraszam tato… Chyba nie jestem godna, aby nosić twoją koronę. Nie jestem godna, aby być twoją córką… Przepraszam, tato…



Czy ktoś tu jeszcze jest?? Mam nadzieję
Bardzo, bardzo, ale to bardzo przepraszam was, że musieliście tak długo czekać, ale jak zawsze pod koniec jakiegoś opowiadania tracę w nie wiarę. Jakby dołożyć do tego brak czasu to już w ogóle :'
Chciałam wycisnąć z was łzy, ale nie sądzę iż mi się to udało Jakiś cichy głos w mojej głowie mówi mi, że coś schrzaniłam, ale pozostawmy to w spokoju ^^ Lepszy już chyba nie będzie xd
Mam małe wrażenie, że robię z Louisa ciapę ;p
Dobrze... Czekają nas prawdopodobnie jeszcze dwa rozdziały i koniec. Muszę spiąć dupsko i skończyć to do świąt (taaaa, ciekawe kiedy znajdę na to czas, gdy ma się sprawdzian z historii i WOS-u i do tego poprawę z obu tych przedmiotów Dodam, że oba w rozszerzeniu), ale jak to mówią: Dla chcącego nic trudnego ^^
Dobrze więc ja już się żegnam
Dobranoc, Robaczki
Sayori
  • awatar Lisa Angels: Ja jestem :D to było takie smutne, aż mam łzy w oczach. Szkoda, że mu nie powiedziała w tym salonie... bo robić z tego oficjalną opereretkę nie było far wogec Luisa. I że ten się wcześniej nie zorientował że wszyscy wokół nazywają ją księżniczką... co cóż to tylko moje spostrzeżeni, czekam na kolejne rozdzialy :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Może to moja wina? Może za mało się staram i już mnie nie chce? Może... może znalazła sobie kogoś innego? A co jeśli tak? Nie poradzę sobie bez niej! Miłości moja! Moja Beatrycze! Oleńko! Cóżem ci uczynił?! Twoje milczenie i obojętność są niczym cierniowe korony na mojej głowie, duszy i sercu. To moja wina? Powinienem się obwiniać o Twoje odejście? Tak? Nie? Powiedz mi, bo czuję że wariuje. W głowie mi się kręci od samego myślenia o tym. Jednak każda myśl o tobie jest zakazanym owocem, którego smak jest mi tak dobrze znany, że ciągle czuje na ustach jego smak. Czemu odeszłaś? Czemu mnie zostawiłaś? Czy ty mnie nienawidzisz? Czy moja miłość była zbyt słaba? A może zbyt wielka na twoje drobne ciało? Już sam nie wiem co myśleć. Już sam nie wiem jak żyć. Może to znak że czas to zakończyć... skoro ty odeszłaś to sens mojego życia powędrował za tobą niczym wierny pies. Też bym tak zrobił gdyby nie to ze nie mam pojęcia gdzie się udałaś. Znam zapach twojej skóry schowany za drogimi perfumami, ale nie mogę cię odnaleźć. Moja Beatrycze. Moja Mery Lou... upadłem i nie potrafię wstać. Wyciągnij do mnie dłoń bo sam nie dam rady. Beatrycze... pomóż mi. Gdzie te wszystkie słodkie słówka, które zmysłowo mi szeptałaś do ucha? Gdzie ten czuły dotyk i zmysłowe pocałunki? Już zapomniałaś? A może w ogóle cię nie było i jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni? Nie wiem! Naprawdę już nic nie wiem! Nie mam sił. Nie mam nadziei... Nie ma mnie...



P.S. Mała zapowiedź do tego, co nastąpi zaraz po zakończeniu Princess
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Zabij mnie albo daj mi coś czym mogę to zrobić. Zabiję się w szkole. W ciemnym kącie w czasie lekcji aby nikt nie zauważył. Cicho cichutko łkając odejdę z tego świata. Z piekła na ziemi do piekła lucyferowego. Cicho cichutko łzy z oczu płyną a ja z uśmiechem na twarzy ostatni raz wsłucham się w dzwonek na przerwę. Irytujący dźwięk stanie się marszem śmierci.

  • awatar Sayori Nekomori: @Lisa Angels: Postaram się go napisać, jak najszybciej, ale jakoś mi nie idzie :( Weny i czasu brak, więc nie wiem, jak to będzie. Ponadto dopadł mnie kryzys twórczy dotyczący Princess, ale postaram się go napisać tak szybko, jak tylko będę mogła ;)
  • awatar Lisa Angels: Witaj wśród żywych, jak kolewiek to brzmi pod tym tekstem. Kiedy mogę się doczekać kolejnego rozdziału Princess?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Serce na moment stanęło ci w piersiach, aby zaraz potem wznowić pracę z trzykrotną siłą prawie roztrzaskując twoje żebra. Z twoich ust wydobył się cichutki jęk. Stałaś w miejscu i wpatrywałaś się w swojego ukochanego.
Lord Lucas ciągle wystawiał dłoń w twoim kierunku. Na jego idealnej twarzy widać było lekkie zirytowanie zaistniałą sytuacją, ale usta cały czas były rozciągnięte w pięknym uśmiechu. Odchrząknął dwa razy, aby zwrócić twoją uwagę, ale nic sobie z tego nie zrobiłaś. Minęłaś go tylko wprawiając wszystkich w osłupienie. Za kogo ty się miałaś, aby tak potraktować lorda Lucasa?
Łzy spływały po twoich policzkach i nie miały zamiaru przestać. Paliły cię, jak ogień jednak nic z tym nie mogłaś zrobić. Mogłaś tylko pozwolić im na opuszczenie twoich oczu.
Przylgnęłaś dłońmi do płótna, w którym uwięziona była dusza twojego kochanka.
- Timi – jęknęłaś żałośnie. Zdawałaś sobie doskonale sprawę, że dziesiątki par oczu spoglądają na ciebie z szokiem i nienawiścią, że w tej właśnie chwili ostatecznie zawiodłaś swoich rodziców. Nie było już dla ciebie ratunku, ale świadomość tego nie była wcale taka straszna, jak na początku ci się wydawało. W końcu to była twoja decyzja, więc nie ma, co przejmować się opinią tych bezwartościowych ludzi.
- Timi – szepnęłaś jeszcze raz. Wtedy on przerwał swoją pracę i spojrzał na ciebie wzrokiem pełnym ciepła i miłości. Tak bardzo za tym tęskniłaś. Za nim. – Przepraszam – powiedziałaś. Ten tylko się uśmiechnął i rzekł coś, ale nie byłaś wstanie tego usłyszeć. Mogłaś jedynie czytać z ruchu jego warg.
„Kocham cię”
To właśnie powiedział.
- Kocham cię – odpowiedziałaś niezmiernie szczęśliwa, że mimo tego, co się stało, on nadal żywi do ciebie tak głębokie uczucie.
Prychnięcie rozległo się po całej sali. W oczach arystokracji byliście tylko marnym spektaklem amatorów. Nie warci choćby grosza z ich przepełnionych sakiewek.
- Chodź do mnie – usłyszałaś głos Lucasa. Była to prośba, ale w jego tonie można było dosłyszeć tą nutkę zirytowania. Tak pięknie ozdobiony rozkaz. Nie zwróciłaś na niego najmniejszej uwagi i dalej wpatrywałaś się w piękne oczy twojego ukochanego.
Timi sięgnął do kieszeni, umiejscowionej na podbrzuszu, swojego brudnego fartucha. Wyjął z niej małą błyskotkę, którą okazał się pierścionek z cienkiego drucika i małego koralika w kolorze twoich oczu. Podszedł do ciebie i przyłożył dłoń do twojej. Nie czułaś dotyku jego skóry, ale zamiast tego poczułaś, jak metal przesuwa się wzdłuż twojego palca. W miejscu gdzie powinien teraz się znajdować drogi kamień spoczywał ten mały koralik i drucik. Łzy płynęły po twoich bladych policzkach, ale tym razem smutek i żal zostały zastąpione płynnym szczęściem. Byłaś jego. Należałaś do niego ciałem, sercem, duszą. Ten mały pierścionek był waszą więzią. Połączeniem między dwoma światami. Przysięgą, że kiedyś oboje spotkacie się w jednym miejscu.
Dłoń Timi’ego ciągle spoczywała w tym samym miejscu. Znałaś jego dotyk na pamięć, więc nie było ci trudno wyobrazić sobie, że czujesz ciepło tych dużych, zniszczonych przez pracę dłoni. Patrzyliście sobie w oczy. W jego ciemnych tęczówkach widziałaś te wesołe iskierki, które wesoło podskakiwały za każdym razem, gdy na ciebie patrzył. Byłaś jego światem i doskonale zdawałaś sobie z tego sprawę. Wiedziałaś również, że on był twoim. To zabawne, że jeden, prawie nic nieznaczący, moment w życiu sprawia, że w szarej rzeczywistości ktoś otwiera ci drzwi do zupełnie innego świata, w którym czujesz się po prostu szczęśliwa. Jedyną zapłatą za przekroczenie tego progu było uczucie, którym obdarzysz odźwiernego.
Zatracona w swoim własnym świecie straciłaś czujność i nawet nie zdążyłaś zareagować, gdy gwardzista odciągnął cię od obrazu. Zanim zdałaś sobie sprawę z tego, co się dzieje lord Lucas już wbił ostrze zdobionego sztyletu w płótno i przejechał po nim. Brzeszczot był tak ostry, że nie było z tym żadnego problemu. Perfekcja.
Z twoich ust wydobył się przeraźliwy krzyk. Taki sam, jak tego dnia. Po raz drugi widziałaś, jak twój ukochany ginie. Tym razem już nieodwracalnie. Trzymana przez gwardzistę obserwowałaś.
Timi spojrzał na swój przecięty brzuch, na sekundę zajrzał ci w oczy i rozsypał się. Pył – jego dusza – uwolniona spod zaklęcia wydostała się z obrazu i uleciała wraz z przeciągiem.
Drżałaś. Twoje nogi były jak z waty. Nie potrafiły utrzymać cię w pionie. Osunęłaś się na kolana i żałośnie szlochałaś chowając twarz w dłoniach.
- Nienawidzę cię – szepnęłaś patrząc na Lucasa przez palce. – Twoja dusza na wieki będzie potępiona! Po śmierci będziesz smażył się w ogniach piekielnych! Diabeł! Szatan! – Krzyczałaś pochłonięta przez agonię. Instynktownie chwyciłaś za krzyż wiszący u twojej szyi i zaczęłaś się modlić. Jeszcze nigdy twoja modlitwa nie była tak żarliwa, jak dziś.
Zebrani patrzyli na ciebie, jak na chorą psychicznie. Nawet gwardzista się odsunął. Tylko Lucas nie okazywał żadnej ekspresji. Był niczym rzeźba.
Trzepot skrzydeł. Wszyscy, wraz z tobą, zadarli głową, aby ujrzeć, co to jest. Śnieżnobiały gołąb przysiadł na oparciu tronu, który miał należeć do ciebie. Ptak spoglądał na twoją marną postać swoimi czarnymi ślepiami. W sali było słychać tylko jego gruchanie. Kilka osób się przeżegnało, kilka padło na kolana. Wraz z potężnym grzmotem gołąb wzleciał nad ich głowami w kierunku drzwi, które same otworzyły się przed nim.
Pokierowana dziwną siłą ruszyłaś za ptakiem biegiem gubiąc przy tym buty. Gołąb leciał szybko, ale nie na tyle, abyś straciła go z oczu. Żwir osuwał się spod twoich bosych stóp raniąc je przy tym. Ból tu nie miał znaczenia. Ten gołąb doprowadzi cię do Timi’ego. Wiedziałaś to.
Na nosie poczułaś pierwszą kroplę deszczu, a za nią kolejną i kolejną, aż w pewnym momencie byłaś cała przemoczona. Czarna suknia bardzo ci ciążyła, ale nie miałaś czas na pozbycia się przeszkadzających elementów, więc tylko objęłaś sporą ilość muślinu i podciągnęłaś go pod same piersi. Twoje kroki od razu się wydłużyły i przyśpieszyłaś. Oddychałaś ciężko. Powietrze syczało wydobywając się i na nowo wracając do twoich ust przez zaciśnięte zęby.
Wydawałoby się, że wszystko wokół ciebie zatrzymało się. Tylko ty i ten gołąb jesteście w ruchu. Tylko wy macie do tego prawo.
Mokre włosy przyklejały ci się do czoła zakłócając widoczność. Co chwile odgarniałaś je dłonią, jednak jak na złość ciągle wracały na swoje poprzednie miejsce, jakby ktoś rzucił na ciebie urok.
Nie miałaś pojęcia, gdzie biegniesz. Coraz bardziej zagłębiałaś się w ciemny las. Ta nieznana droga miała w sobie coś niezwykłego, przyciągającego, wręcz magicznego. Miałaś wrażenie, że biegniesz tam, gdzie spełniają się cuda.
Byłaś zmęczona. Z każdą kolejną minutą zwalniałaś. Nie mogłaś złapać oddechu. Gardło zaciskało się uniemożliwiając ci wdychanie życiodajnego tlenu, przez co z twoich ust wydobywało się coś co przypominało skomlenie. Jednak nie zatrzymywałaś się. Nie mogłaś. Twoje nogi jakby same prowadziły cię dalej w głąb lasu. Zanim się zorientowałaś znalazłaś się na małej plaży nad jeziorem. Nad wodą unosiła się gęsta mgła, ale zdołałaś ujrzeć białą drewnianą altankę na środku zbiornika. Wydawała się unosić nad parą.
Gołąb przysiadł na daszku altanki i skubał sobie próra. Dyszałaś, a pot spływający po twojej odkrytej skórze mieszał się z deszczem. Zrobiłaś krok w stronę wody i weszłaś do niej. Była przeraźliwie zimna, ale to cię nie powstrzymywało. Jezioro było głębokie, a suknia dodatkowo utrudniała ci płynięcie. Nie miałaś pojęcia skąd brałaś tą całą siłę. Może to sprawa boska, może jakieś zaklęcie, a może ona zawsze w tobie była. Tyle niewiadomych, ale czułaś, że odpowiedź znajdziesz w tej altance.
Gdy wreszcie dopłynęłaś do małego zabudowania odkryłaś, że unosi nad wodą. Podtrzymywana przez grube pale ośmiokątna altanka była całkiem dobrze utrzymana i, co najważniejsze, stabilna. Wdrapałaś się na posadzkę i próbowałaś ustabilizować swój oddech. Gdy już ci się to udało podniosłaś się do pionu i zaczęłaś się rozglądać. Otaczała cię mgła. Nie widziałaś ani gruntu, ani koron drzew. Wszystko było, jakby za zasłoną. Czułaś się trochę jak aktorka, która stoi za kurtyną i czeka na swój debiut.
- Timi? – Zapytałaś czując jego obecność.
Chwyciłaś za swój krzyż, który wydał ci się dziwnie gorący.
„Jakie jest twoje życzenie?”
Usłyszałaś nieznany ci głos. To jakaś zjawa? Morskie nimfy? Bóg? Może mgła?
Kilka kropel deszczu skapnęło ci na głowę, przez małą dziurę w daszku.
„Jakie jest twoje życzenie?”
Pytanie się powtórzyło. Wzięłaś głęboki oddech, zacisnęłaś zmarznięte palce na krzyżu i przycisnęłaś go do serca.
- Chcę być z Timi’m już na zawsze – odpowiedziałaś drżącym głosem.
„Jesteś pewna, iż to jest twoje życzenie?”
Przełknęłaś ślinę i wzięłaś głęboki oddech.
- Chcę być z Timi’m już na zawsze – powtórzyłaś pewnym i donośnym głosem. Echo twoich słów rozniosło się po całym jeziorze.
„Ale on nie żyje”
Czy ta „zjawa” się z ciebie nabija? Nie wyłapałaś drwiny, ale w tym świecie niczego nie można być pewnym. Mimo to wierzyłaś, że twoje życzenie zostanie spełnione. Czy to w ogóle miało sens?
- Byłam świadkiem jego śmierci. Widziałam też, jak jego dusza ucieka z obrazu. Teraz jest wolny i ja też chcę być wolna. Razem z nim – mówiłaś pewnie. Twój głos nie drżał, nie słychać w nim było żadnego zawahania. Byłaś w pełni świadoma wypowiadanych przez ciebie słów.
„Twoja miłość jest tak głęboka, że pragniesz stracić to, co powinno być najważniejsze?”
- Nic nie jest ważniejsze od niego – łzy spłynęła po twoich policzkach. Nawet nie drgnęłaś, aby je zetrzeć. Byłaś z nich dumna. Byłaś dumna z każdej łzy, która wypłynęła dla niego.
„Nie będzie odwrotu”
- Jestem tego w pełni świadoma.
„Twoje serce jest szczere, a twoje łzy czyste. Miłość głęboka, a słowa prawdziwe. Twe życzenie zostanie spełnione. Ceną jest twoje życie. Patrząc w zachodzące słońce zaciśnij krzyż i wykrzycz swe pragnienia. Woda pochłonie twe ciało, a dusza zazna spokoju”
Po tych słowach deszcz przestał padać, a mgła rozstąpiła się przed słońcem, które już chowało się za horyzontem. Spojrzałaś na ognistą kulę starając się nie mrużyć oczu. Zacisnęłaś krzyż jeszcze mocniej i wzięłaś głęboki oddech.
- Pragnę być z Timi’m już na zawsze! Na wieki! Amen! – Wrzasnęłaś. Twój krzyk zabrał wiatr roznosząc echo tych proroczych słów po całym świecie. Wszyscy ci, którzy je usłyszeli odwrócili głowę na zachód. Na moment wszystko zamarło w oczekiwaniu…
Krzyż zaczął cię palić niczym ogień. Nagle podmuch wiatru uderzył w twoje ciało, przez co straciłaś równowagę. Poczułaś ból w klatce piersiowej. Jakby rozrywano ci serce. Z miejsca, w którym przyciskałaś krzyż, wydobywała się stróżka światła, która stawała się coraz jaśniejsza i większa, jakby starała się przyćmić samo słońce.
Cisza.
Zero bólu.
Zero myśli.
Martwe ciało wpadło do wody powoli opadając na same dno, które od teraz będzie twoim grobem. Stoisz teraz w altance i patrzysz, jak znikasz w czeluściach jeziora. Co się stało?
Patrzysz na swoje dłonie. Są półprzeźroczyste. Widzisz ich zarys i deski podłogi pod nimi.
- Czekałem na ciebie – usłyszałaś za sobą ten aksamitny głos, który zawsze wprawiał cię w drżenie i wywoływał spokój. Odwróciłaś się i rzuciłaś na stojącego za tobą chłopaka. Płakaliście trwając w szczelnym uścisku. Ile czasu tak staliście? Co za różnica? W końcu przed wami cała wieczność.




No i się udało ^^ Powiem wam, że ten motyw z gołębiem był na poczekaniu ;p Taki znak boży, wiecie ;P
Oczywiście część druga również jest dedykowana Paulinie (nie zawiodłam cię, prawda??)
Art, który widzicie powyżej, jak i "Tourner Dans Le Vide" były inspiracją całego two-shota ^^ mam w zanadrzu jeszcze wiele małych opowiadanek na podstawie piosenek, więc ich wyczekujcie...
Prędzej ich niż Princess, jak podejrzewam... Gomen!!
Dobrze, a teraz mykam, bo jutro trzeba wstać o 6
Do następnego robaczki
  • awatar Dath: Nienawidzę cię... prawie się popłakałam w pewnym momencie... ugh. Cudownie piszesz wiesz o tym przecież
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jak tam wam minął pierwszy dzień w szkole?? Jak tam wasze plany lekcji?? Podobają się?? Bo u mnie... zjebali ;_; No przepraszam bardzo, ale taka jest prawda... W poniedziałki i środy mam 9 godzin, czyli w domu będę około 17, a gdzie nauka??!! We wtorki i piątki mam 8, ale plus, że w piątek mam na 10, a po szkole od razu na trening, a czwartki to ja kocham po prostu *Q* Niech mi go nie zmieniają (plan może się zmienić nawet cztery razy w ciągu września xd) bo nie dość, że mam na 10 to jeszcze TYLKO 3 godziny ^^ Jedyna pozytywna rzecz w tej szarej rzeczywistości, ehhh...

Wena pojawia się wieczorami, gdy powinnam już kończyć "pracę" na komputerze... Miała całe wakacje na to ;_; I chyba robi mnie w balona, bo druga część "W deszczu" niby prawie jest skończona, ale jakoś tak dziwna mi się wydaje O.o a o "Princess" to nawet nie wspomnę ;_; Jak skończę czytać "Potop" (czyt. gwałt analny nożem) i nie będę miała co robić na tych zajebistych okienkach w ciągu lekcji to może coś naskrobię ;p

Oki... żegnam się teraz z wami. Może wstawię dziś drugą część, ale nic nie obiecuję ;p
Pozdrawiam, robaczki

  • awatar Sayori Nekomori: @Lisa Angels: Nie przepadam zbytnio za powieściami historycznymi (W Krzyżakach przebrnęłam przez dwa rozdziały i uznałam, że obejrzę film kilka razy xd) więc zabranie się do tego było trudne... Wstęp to był koszmar >.< drugi tom mi się w miarę łatwo czytało, a jak z trzecim to się zobaczy ;p (mam tydzień)
  • awatar Lisa Angels: Potop, skończyłam czytać (czyt. słuchać) jakiś czas temu, ale nawet nie było tragedii, tylko początek i pierwsze dwie strony każdego rozdziału były męczarnią. Co do szkoły, już mam zapowiedziane 3 sprawdziany XP A jeszcze nawet lekcji nie miałam... Masakra. Wstaw rozdział, bo nie mogę się już go doczekać :D
  • awatar ★ On the other side of the lens ★: Bedzie dobrze!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›